wtorek, 28 grudnia 2010
While Heaven Wept - Vast oceans lachrymose

While Heaven Wept - Vast oceans lachrymose

Gatunek: doom metal
Kraj pochodzenia: Stany Zjednoczone
Rok wydania:
2009
Wytwórnia: Cruz Del Sur

Od czasów Black Sabbath, na doomowym poletku wyrosły nieprzeliczone zastępy zespołów z różnych stron świata, nie wyłączając oczywiście USA. Za oceanem bardziej popularne niż w Europie wydaje się mieszanie tego gatunku z hardcorem, stoner/southern metalem i crossoverem, czego dowodzi twórczość takich zespołów, jak Corrosion of Conformity, Crowbar czy młodsze High on Fire oraz Unearthly Trance. Osobiście ostrożnie podchodzę do tego rodzaju mikstur i przyswajam je w dość ograniczonym zakresie, zdecydowanie bardziej przemawia do mnie bowiem klasyczne podejście do tematu. Kapele w rodzaju Solitude Aeturnus i wczesnego Trouble są zdecydowanie bliższe mojemu sercu i takiż jest właśnie opisywany tutaj krążek pochodzącego z Dale City w stanie Virginia While Heaven Wept.

Na muzyczną zawartość Vast oceans lachrymose składa się sześć kompozycji i zdawać by sie mogło, iż ta skromna liczba zwiastuje potężne, rozbudowane lub nawet rozwlekłe metalowe suity. Czy tak jest w istocie? I tak i nie. Płyta rozpoczyna się co prawda od ponad piętnastominutowego kawałka The furthest shore, potem jednak robi się zadziwiająco zwięźle, albowiem średnia długość kolejnych numerów nie przekracza sześciu minut. Otwierająca album monumentalna pieśń jest bardzo dobrze poukładana, dzięki czemu nie nuży, a w logiczny sposób prowadzi słuchacza poprzez ponure krajobrazy i wiarygodnie oddaje nastrój desperacji samotnego rozbitka pośród bezbrzeżnych wód.

Mimo rozbudowanej formy, w strukturze The furthest shore wyróżnić można poszczególne zwrotki i  chwytliwe partie, co zdecydowanie wspomaga jej przyswajalność. Po przesłuchaniu całej płyty nie sposób nie zauważyć, że panowie z Dale City chcą i potrafią pisać wpadające w ucho melodie, a wersy Tonight will you sail away/with open arms and eyes ablaze? stanowiące refren Vessel na długo pozostają w głowie. To wander the void natomiast zaskakuje podskórnym odniesieniem do klasyki w stylu Uriah Heep, być może wcale zresztą niezamierzonym. Agresywne i rozpędzone zwrotki powtarzające charakterystyczną linię melodyczną, przeplatane chóralnym zaśpiewem budzą u mnie nieodparte skojarzenia z jakąś heavymetalową wersją Lady in black. Nie ma tu oczywiście mowy o zrzynaniu – prawdopodobnie inna osoba nawet nie zauważyłaby zbieżności. Album zamykają dwa utwory instrumentalne (tak, tak, tylko w czterech numerach na płycie udziela sie wokalista), tytułowy Vast oceans lachrymose oraz stanowiący swego rodzaju outro Epilogue. Nie da się ukryć, że taki zestaw pozostawia odrobinę niedosytu, gdyż krążek kręci się w odtwarzaczu zaledwie 42 minuty, co jak na ten gatunek metalu nie jest imponującym wynikiem. Wydaje się to tym boleśniejsze, że jakość materiału jest bardzo wysoka i ani przez chwilę nie nudzi, zaostrza za to apetyt na więcej.

Instrumentalnie Vast oceans lachrymose to całkiem ciężki kawał metalowego grania. Gdyby nie podniosłe, heavymetalowe wokalizy Raina Irvinga, możnaby spokojnie postawić ten krążek na półce z nowoczesnym doom deathem spod znaku Novembers Doom, ewentualnie w sąsiedztwie Szwedzkiego Isole, lub Celtów z Mael Mórdha. Sekcja rytmiczna napiera do przodu, tworząc wraz z gitarami potężne, acz przestrzenne brzmienie, zwalniając i ustępując pola akustykom z odrobiną klawiszy w kilku spokojnych, bardziej nastrojowych fragmentach piosenek. Operujący w wysokich rejestrach frontman While Heaven Wept momentami naprawdę zachwyca, a jego naznaczony nutką melancholii głos idealnie harmonizuje z „płaczącymi”, doomowymi riffami i jest rozpoznawalny właściwie od pierwszego dźwięku.

Reasumując, Vast oceans lachrymose to bardzo dobra płyta, której prawdopodobnie nie zaszkodziłoby dodatkowe kilka minut materiału. Z drugiej strony jednak, zdecydowanie wolę albumy, których jakość przewyższa ilość zawartej na nich muzyki, a nie odwrotnie, a do tych pierwszych zalicza się właśnie dzieło While Heaven Wept. Mogę z czystym sumieniem zapewnić, iż warto zgłębić te niespełna trzy kwadranse świetnego doom metalu, zwłaszcza że aura za oknem sprzyja przyswajaniu takiej właśnie sztuki.

Ocena: 8/10

Profil myspace

 

20:00, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 grudnia 2010
Podsumowanie roku 2010

Wszystkie oczekiwane przeze mnie tegoroczne premiery stoją już na półce, w niedzielę zaliczyłam ostatni koncert, mogę zatem przystąpić do muzycznego podsumowania roku 2010. Mimo że metalowe gwiazdy nie zachwyciły swoimi wydawnictwami (nie żebym spodziewała się po Iron Maiden, Cradle of Filth czy okrojonym składzie Dimmu Borgir powalających krążków – właściwie tylko Kredki wypadły poniżej moich oczekiwań, gdyż całkiem dobry Godspeed on the Devil’s Thunder nadmiernie rozbudził mój apetyt), świetnych albumów wyszło sporo i wybranie dziesięciu najlepszych stanowiło nie lada wyzwanie. Ostatecznie, moje top 10 płyt metalowych 2010 przedstawia się następująco:

  1. EnslavedAxioma Ethica Odini
  2. Deathspell OmegaParacletus
  3. Void of SilenceThe Grave of Civilization
  4. SighScenes from Hell
  5. BorknagarUniversal
  6. AborymPsychogrotesque
  7. IhsahnAfter
  8. Mar de GrisesStreams Inwards
  9. Grand MagusHammer of the North
  10. NightfallAstron Black and the Thirty Tyrants

Morowe cover

Wydawnictwa plasujące się tuż za pierwszą dziesiątką to Melechesh The Epigenesis, October Tide A Thin Shell i Morowe Piekło. Labirynty. Diabły. Ostatni z wymienionych albumów, mimo że do top 10 się nie załapał, zasługuje na pewno na tytuł polskiej płyty roku, a jego twórcy na miano najlepszych tegorocznych debiutantów. Trwa moda na powroty po latach, z których cieszy szczególnie udany reunion moich ulubionych greckich metalowców z Nightfall oraz zmartwychwstanie amerykańskiej legendy sceny post-punkowej, Swans.

Jedną z większych pozytywnych niespodzianek kończącego się właśnie roku była dla mnie działalność Witching Hour Productions. Wytwórnia Barta z Hermh wykonuje kawał naprawdę świetnej roboty, zarówno przypominając stare polskie klasyki, jak i promując nowe podziemne wydawnictwa. Powala oprawa graficzna wszystkich wypuszczonych z tej stajni krążków – na przykład Eternal Circle Non Opus Dei to istne dzieło sztuki introligatorskiej, dawno nie miałam w rękach tak pięknie wydanego albumu. W połączeniu z atrakcyjnymi cenami i dużą dostępnością ich produktów, czyni to Witching Hour jedną z moich ulubionych wytwórni.

Sigh

Koncertowo rok 2010 był... średni. Z jednej strony zmartwił mnie bardzo brak Metalmanii i jakichkolwiek informacji o niej, z drugiej ucieszyło, że do Polski zawitał Sonisphere Festival. Numerem jeden jest dla mnie jednak występ My Dying Bride na czeskim Brutal Assault. Klimat stworzony przez Brytyjczyków, set pełen starych przebojów, pierwszy raz od lat „żywy” skrzypek w składzie, no i świetna dyspozycja wokalna Aarona Stainthorpe złożyły się na show deklasujący wszystko, co miałam okazję ostatnimi czasy oglądać. Na wspomnienie zasługuje także gig Sigh na tym samym festiwalu, który utkwił w mojej pamięci nie tylko ze względu na zaprezentowaną przez szalonych Japończyków muzykę, ale również dużą ilość domowej roboty sprzętu pirotechnicznego, którego (nad)używanie przez Mikannibal zakończyło się efektownym podpaleniem odsłuchu, a także (na szczęście niegroźnymi) poparzeniami sprawczyni całego zamieszania.

Jeśli chodzi o mniejsze koncerty, to jak zwykle nie zawiedli Szwedzi z Marduk (01.09.2010, Poznań, Blue Note) ani Grecy z Rotting Christ (25.04.2010, Poznań Blue Note), fajny stonerowy klimat miał kameralny gig Shrinebuilder (13.11.2010, Poznań, Eskulap), nieco natomiast rozczarował show Soulfly (02.11.2010, Poznań, CK Zamek), podczas którego Maxowi, mimo częstej zmiany różnokolorowych gitar i złożonego z samych hitów setu, jakoś nie udało się porwać mnie do radosnych podskoków.

Jarboe

Z imprez niemetalowych na wzmiankę zasługuje, ze względu na niesamowitą sceniczną osobowość legendarnej wokalistki i wykreowaną przez nią atmosferę, solowy występ Jarboe (Asymmetry Festival, 9.04.2010, Wrocław, Firlej) oraz podobnie klimatyczny koncert jej macierzystego zespołu, Swans (10.12.2010, Warszawa, Stodoła, relację można znaleźć tutaj). Ciekawie zaprezentował się też w poznańskiej Arenie jeden z moich ulubionych projektów elektronicznych, Gotan Project (16.06.2010), choć zdecydowanie wolałabym, gdyby na płycie zamiast sektora z krzesłami dla vipów znajdowały się standardowe miejsca stojące, szczególnie, że muzyka była do tańca i innych form zabawy niezwykle zachęcająca. A tak, dopiero pod sam koniec imprezy dzięki inicjatywie członków zespołu udało się nieco rozruszać publiczność.

Wspominając wydarzenia roku 2010 trudno nie dojść do wniosku, że był to okres szczególnie smutny dla ciężkiej muzyki. Śmierć jednego z twórców heavy metalu Ronniego Jamesa Dio, wokalisty Type O Negative Petera Steele’a, basisty Slipknot Paula Grey’a, poważna choroba Nergala, problemy zdrowotne i operacja kręgosłupa Toma Araya (ponoć spowodowane zbyt żywiołowym headbangingiem radośnie wykonywanym przez niemal pięćdziesięcioletniego muzyka podczas koncertów Slayer), zawał serca i operacja wszczepienia by-passów u Kinga Diamonda (złośliwi sugerują, że przeszło dwa razy młodsza od Króla żona może mieć z tymi dolegliwościami coś wspólnego), a na koniec śmierć założyciela Metal Mind Productions, naczelnego Metal Hammera, Tomasza Dziubińskiego... Wygląda na to, że Szatan odwrócił się ostatnio od twórców swojej ulubionej muzyki.

Project Hate - cover

A jak zapowiada się przyszły rok? Moim zdaniem całkiem obiecująco. W styczniu wychodzi nowy album Silent Stream of Godless Elegy, w lutym The Project Hate MCMXCIX, oba nareszcie nakładem sporej wytwórni (Season of Mist), co pozwala żywić nadzieję, że niedługo po premierach trafią do mojego odtwarzacza i jak zwykle nie zawiodą. O ile fragmenty albumu Czechów już słyszałam, o tyle ekipa Lorda K. ujawniła na razie jedynie okładkę i tracklistę, a że nadchodząca płyta będzie pierwszą z nową wokalistką, wciąż odrobinę się o nią niepokoję. Na styczeń zostało także przesunięte wydanie Biało-czarnej Kata, aczkolwiek jest to już przynajmniej trzecia data premiery tego krążka, więc nie przywiązuję się do niej zbytnio. Na oficjalnej stronie zespołu pojawiły się jednak niedawno całkiem obiecujące próbki kawałków z nowego albumu, więc liczę po cichu, że może nie już w styczniu, ale kiedyś w ciągu roku płyta trafi na sklepowe półki. Na 2011 zapowiedziane są także nowe wydawnictwa Ulver oraz Vintersorg, a i perkusista Primordial wreszcie wrócił do formy i ekipa Alana Nemtheangi ma w niedalekiej przyszłości wejść do studia.

Koncertowo również wygląda ciekawie: Iron Maiden i Motörhead na Sonisphere, Ozzy w Sopocie, Morbid Angel, Skyforger i Triptykon na Brutal Assault, no i europejska trasa Rush. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że wystarczy czasu i innych potrzebnych zasobów, aby zaliczyć wszystkie interesujące imprezy. Z drugiej strony, problemy poznańskiego Eskulapa i remont w CK Zamek spowodują pewnie, że przegapię sporo mniejszych tras, więc może przyszły rok upłynie pod znakiem dużych festiwali? Między innymi o tym, jeśli tylko dożyję, poinformuję już za dwanaście miesięcy w muzycznym podsumowaniu roku 2011.

*Zdjęcia Mikannibal i Jarboe zostały wykonane przez Namtara podczas opisywanych koncertów.

01:56, ereshkigal_of_irkalla , Komentarze
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 grudnia 2010
Biomechanical - Cannibalised

Biomechanical - Cannibalised

Gatunek: symphonic / avant-garde metal
Kraj pochodzenia: Wielka Brytania
Rok produkcji: 2008
Wytwórnia: Earache Records

Ta płyta to ścieżka dźwiękowa do całkowitej zagłady, jakiegoś kosmicznego kataklizmu. Przed włożeniem jej do odtwarzacza należy przygotować sie na ciężką przeprawę, zwłaszcza jeżeli ktoś ma ochotę zadać sobie trud i wniknąć w pokręcone dźwięki, które serwuje nam Biomechanical. Pozostający na styku awangardy, industrialu, heavy metalu, thrashu i muzyki filmowej twór nie daje minuty wytchnienia i stanowi prawdziwy monolit. Najciekawsze jest jednak to, że w tym labiryncie nie brak miejsca dla melodii, a piosenki mimo iż pogmatwane do granic wytrzymałości, są zwarte i nie pozbawione specyficznie pojętej przebojowości.

Jak zatem brzmi Cannibalised? Jakby supergrupa, złożona z członków Slayer, Judas Priest, Fear Factory i Meshuggah, we współpracy z Johnem Williamsem i pod artystyczną dyrekcją H.R. Gigera spreparowała soundtrack do wyimaginowanego filmu science-fiction, opowiadającego o totalnej anihilacji rodzaju ludzkiego przez obcą cywilizację. Jakkolwiek kuriozalnie by to nie brzmiało, w rzeczywistości album Brytyjczyków jest iście przerażającym dziełem, dusznym i chorym, acz zrealizowanym z prawdziwie epickim rozmachem. Już w pierwszym utworze rosnące z sekundy na sekundę tempo prowadzi słuchacza z oszałamiającą prędkością, pośród ścian potężnych orkiestracji, w sam środek wojennej zawieruchy, od której nie ma odwrotu aż do ostatniej minuty Cannibalised.

Kilka słów należy się wokaliście Biomechanical, przeplatającemu gęsto wrzaski charakterystyczne dla nowoczesnego metalu czystymi partiami, które w niczym nie przypominają wyczynów cały czas popularnych metalcore’owców. Jego głos to prawdziwa heavy / powerowa petarda. Kiedy parę lat wcześniej po raz pierwszy usłyszałem Anglików, możliwości frontmana sprawiły, że zbierałem szczękę z podłogi. Reszta zespołu doskonale odnajduje się w tej gmatwaninie dźwięków, skutecznie tworząc instrumentalny amalgamat, współgrający z wszechobecnymi, rozbuchanymi orkiestracjami rodem z najbardziej monumentalnych i mrocznych ścieżek dźwiękowych w historii „Fabryki Snów”.

Biomechanical Cannibalised to dzieło fascynujące, ciężkie jak zbrojony ołowiem beton, z którego zbudowane są ściany atomowego bunkra, a zarazem naznaczone specyficznym pięknem i odrobiną komercyjnej przebojowiści. Kolejna płyta, której trzeba uważnie posłuchać, aby ją w pełni docenić...

Ocena: 9/10

Profil myspace

Silent Stream of Godless Elegy - Themes

Themes cover

Gatunek: doom/folk metal
Kraj pochodzenia: Czechy
Rok wydania: 2000
Wytwórnia: Redblack

Na początek kilka słów o samym zespole. Twórczość Silent Stream of Godless Elegy podzielić można na dwa etapy, z których pierwszy zamyka recenzowany właśnie przeze mnie krążek Themes. Po jego wydaniu grupa doświadczyła istotnych roszad kadrowych, w wyniku których w składzie pozostali tylko gitarzysta Radek Hajda i wiolonczelista Michal Sýkora. Tak znaczące zmiany musiały pociągnąć za sobą także przemianę stylistyczną – kolejny album, Relic Dances, jest znacznie spokojniejszy od poprzednika, mniej doomowy, ze zredukowaną ilością growli, rozwinięto na nim natomiast inspiracje czeskim folkiem, a w kwestii wokali postawiono przede wszystkim na jeden z nowych nabytków zespołu, Hankę Nogolovą.

Jak grało SSoGE przed swoją stylistyczną przemianą? Trudno ich twórczość jednoznacznie sklasyfikować. Dużo tu przede wszystkim wpływów doom i doom/death metalu, jednak połączone są one z inspirowanymi tradycyjną muzyką morawską partiami instrumentów smyczkowych, co daje bardzo oryginalny efekt. Mimo doomowej struktury, utwory mają w sobie folkową skoczność, są niesamowicie melodyjne i bardzo szybko zapadają w pamięć (już po pierwszym przesłuchaniu Themes można złapać się na podśpiewywaniu refrenu kawałka We shall go). Wykorzystanie w metalu instrumentów kojarzonych tradycyjnie z innymi gatunkami muzycznymi to dziś już żadna awangarda, lecz SSoGE unika banalnego wygrywania ludowych piosenek na skrzypkach, a zamiast tego, umiejętnie używając rozbudowanego instrumentarium, tworzy ciekawy klimat. Na albumie pojawiają się także trzy interesujące akustyczne interludia.

Na uwagę zasługuje zróżnicowanie partii wokalnych – Petr Staněk swobodnie porusza się po wszelkich przyjętych w metalu sposobach artykulacji – od niskich growli, poprzez zahaczające o blackową stylistykę screamy, aż do partii czystego śpiewu, ocierających się momentami o melorecytację. Wspomaga go skrzypaczka, Zuzana Zamazalová, której możliwości wokalne docenić można między innymi w utworze Winter Queen. Na Themes pojawia się też pierwszy w historii grupy kawałek po czesku, Hrob. Ostatnimi czasy zespół wrócił do tego pomysłu i planowany na styczeń 2011 nowy krążek, Návaz, będzie ponoć w całości w ojczystym języku muzyków.

Stare płyty Silent Stream of Godless Elegy, w tym recenzowana Themes, pełne są nawiązań do różnych gatunków muzyki nie tylko metalowej – aby się o tym przekonać, wystarczy posłuchać kojarzącego się momentami ze ścieżką dźwiękową z jakiegoś filmu utworu II TSOHG. Na trzecim albumie Czechów znajdują się zarówno długie doomowe kompozycje, jak i trzyminutowe killery w rodzaju wspomnianego już We shall go. Jedyne, co można zarzucić temu wydawnictwu, to nieco kulejące brzmienie, choć przyznać trzeba jednocześnie, że jak na czeską płytę sprzed dziesięciu lat, nie jest wcale najgorzej.

Polecam Themes wszystkim fanom metalu, nawet tym, którzy słyszeli już mnóstwo dooma i jeszcze więcej folku. A może w szczególności im, gdyż będą w stanie w pełni docenić oryginalność podejścia Czechów do tego połączenia gatunków. Ja zaś, nucąc sobie pod nosem We shall go, oczekuję niecierpliwie na nową płytę, bo choć wolałam pierwotne wcielenie Silent Stream of Godless Elegy, obecne również jest warte uwagi.

Ocena: 8/10

Profil myspace

18:21, ereshkigal_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Relacja z koncertu: Swans. Warszawa, Stodoła, 10.12.2010

Jeden z pierwszych muzycznych newsów upływającego właśnie roku brzmiał: Michael Gira reaktywował Swans. Jakiś czas później pojawiły się konkretne informacje o nowej płycie, o planowanej trasie, a wreszcie o dwóch koncertach w Polsce. Na początku zalała mnie fala szczęścia wymieszanego z niedowierzaniem, bo nie przypuszczałam, że kiedykolwiek uda mi się zobaczyć Łabędzie na żywo – w końcu nie istnieli już od kilkunastu lat, a zarówno Gira jak i jego dawna partnerka wydawali się zajęci własnymi projektami i nic nie wskazywało na to, by któreś z nich tęskniło za swoim pierwszym zespołem.

Po jakimś czasie zaczęły nachodzić mnie wątpliwości – że bez Jarboe to już nie będzie to samo, że zamiast nagrać płytę w stylu Swans Michael zaserwuje fanom nieco cięższą wersję muzyki tworzonej przez niego w Angels of Light, a to znowu, że na koncercie pewnie nie ma co liczyć na stare klasyki. Mój stosunek do zbliżającego się występu zmieniał się kilkakrotnie w ciągu minionego roku i jeszcze dwa tygodnie przed ustaloną datą nie byłam nawet pewna, czy na niego pojadę. W końcu jednak ciekawość przeważyła i wraz z Namtarem wsiedliśmy w piątek do pociągu zmierzającego w stronę stolicy.

O supporcie w osobie Jamesa Blackshawa nie potrafię powiedzieć zbyt wiele. Kilka nastrojowych kompozycji odegranych przez niego na dwunastostrunowej gitarze akustycznej zbudowało nawet przyjemny klimat, jednak nie sądzę, bym po piątkowym występie miała na długo zapamiętać jego nazwisko. Przyznać trzeba, że rola, która przypadła mu w udziale, nie należała do łatwych i nie mam pojęcia, jaki zespół musiałby być na jego miejscu, by rzeczywiście przykuć uwagę oczekujących z niecierpliwością na gwiazdę wieczoru fanów.

Wreszcie, o godzinie 21, na scenie zaczęli pojawiać się muzycy Swans. Pierwszy za swoim instrumentem zasiadł perkusista, Phil Puleo, a co kilka minut dołączali kolejni członkowie zespołu – budzący skojarzenia z Tubular bells Mike’a Oldfielda opener nowego krążka grupy, No words/No thoughts, rozpoczął widowisko. Od pierwszych minut Swans zbudowali niesamowity klimat i wprowadzili publikę w swego rodzaju trans. Pod względem atmosfery wykreowanej podczas koncertu, występ Łabędzi można porównać do show tworzonych na przykład przez Neurosis czy solowy projekt dawnej koleżanki z zespołu Michaela, Jarboe, choć zachowanie na scenie członków Swans zdecydowanie słabiej współgrało z prezentowanym przedstawieniem, niż w przypadku muzyków wspomnianych zespołów. O ile Gira rzeczywiście wczuwał się w odgrywane kawałki, to klękając, to skacząc, to znów wykonując różne erotyczne gesty – od niewinnego całowania mikrofonu, aż po symulowanie masturbacji – o tyle pozostała część jego ekipy zdawała się w najmniejszym stopniu nie podzielać uniesień Michaela.

Znaczną część setlisty zajęły utwory z nowej płyty, jednak zespół zagrał też kilka klasyków, z których ucieszył mnie w szczególności Sex, God, Sex z albumu Children of God. Zabrakło kompozycji z kultowego White light from the mouth of infinity, a szkoda, bo miałam nadzieję usłyszeć na żywo Failure. Cały show trwał jednak pełne dwie godziny i całkowicie mnie usatysfakcjonował, mimo że nie zawierał wszystkich kawałków, które sobie wymarzyłam. Na wzmiankę zasługują niewątpliwie ciekawe rozwiązania instrumentalne wykorzystane przez członków Swans – widział ktoś kiedyś grę smyczkiem na ksylofonie? Słyszał ktoś solówkę na drumli w rockowo-industrialowym kawałku? Cóż, ja od piątku już tak. Niesamowicie rozbudowana sekcja rytmiczna, a także popisy odpowiedzialnego za elektronikę Christopha Hahna to kolejne elementy występu amerykańskiej legendy, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Jeśli chodzi o formę wokalną Michaela, także nie sposób się do czegokolwiek przyczepić.

Od strony organizacyjno – technicznej koncert przebiegł bez zarzutu: brzmienie wyśmienite i żadnych opóźnień. Dodatkową miłą niespodzianką był całkowity brak fosy i barierek, co na polskich imprezach jest rzadko spotykane, a szkoda, gdyż powoduje wrażenie lepszego kontaktu zespołu z publicznością i poczucie kameralności koncertu. A propos kontaktu zespołu z publicznością – Gira zdawał się wyraźnie poirytowany żywiołową reakcją niektórych fanów na występ Swans i kilkakrotnie starał się zapobiec formowaniu się pod sceną niewielkiego młyna. Jakoś nie wydaje mi się, by w latach 80. również tak bardzo troszczył się o bezpieczeństwo fanów – przeciwnie, pierwsze koncerty jego formacji bywały podobno dość ekstremalne...

Nie spodziewałam się, że gig Michaela będzie w stanie przebić występ Jarboe, który miałam okazję obejrzeć w kwietniu tego roku. I rzeczywiście, pod względem osobowości scenicznej dawna wokalistka Swans cały czas plasuje się w mojej hierarchii wyżej od swojego kolegi, jednak bogactwo aranżacji i rozbudowane instrumentarium przemawiają zdecydowanie na korzyść Giry. Przede wszystkim jednak, Michael i spółka, mimo długoletniego odpoczynku od tego typu muzyki, piszą moim zdaniem po prostu lepsze, bardziej klimatyczne i szybciej wpadające w ucho piosenki, dzięki czemu nawet znając z nowej płyty tylko jeden utwór, na koncercie bawiłam się świetnie.

Reasumując, warto było ryzykować zimową przeprawę PKP, warto było także obejrzeć koncert do ostatniej minuty, mimo że poskutkowało to spóźnieniem na pociąg i nieplanowaną nocą w Warszawie. Ktokolwiek wątpił w sensowność reaktywacji Swans, mylił się, a ktokolwiek na koncert nie pojechał, ma czego żałować.

Członkowie Swans

Chwilowo niestety nie dysponujemy z Namtarem aparatem fotograficznym, więc nie mogę wzbogacić relacji o autorskie zdjęcia. Foty członków zespołu pochodzą z poligrafii najnowszego albumu Swans, My father will guide me up a rope to the sky (u góry od lewej: Michael Gira, Norman Westberg, Christoph Hahn – członkowie Swans przed reaktywacją, na dole od lewej: Thor Harris, Phil Puleo, Chris Pravdica – nowi muzycy w zespole).

Profil myspace Swans

19:48, ereshkigal_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 grudnia 2010
Crystal Viper - Legends

Crystal Viper - Legends

Gatunek: power metal
Kraj pochodzenia: Polska
Rok wydania: 2010
Wytwórnia: AFM Records

Od kilku dni w moim odtwarzaczu gości nowy krążek Crystal Viper. Muszę przyznać, iż przy okazji owego wydawnictwa pierwszy raz zetknąłem się z ich muzyką. Jakiś czas temu mialem co prawda okazję usłyszeć pojedyncze kawałki polskich powerowców z Katowic, ale dopiero po konfrontacji z Legends mogę powiedzieć, że rzeczywiście zapoznałem się z tym, co kapela ta ma do zaoferowania. A ma niemało, całkiem zresztą przyzwoitego grania, kojarzącego się nieco z dokonaniami Szwedów z Hammerfall. O ile muzyka tych ostatnich jakoś nie bardzo do mnie trafia, o tyle płytka Crystal Viper zadziwiająco dobrze mi wchodzi.

Zawsze miałem sentyment do dobrych melodii, a tych na Legends jest naprawdę dużo. Wystarczy włączyć Ghost Ship, żeby zrozumieć o co chodzi – osobiście już po pierwszym przesłuchaniu nie mogłem sie uwolnić od refrenu. Takiej czystej wody przebojowości jest na albumie bardzo dużo. Secret of the black water i nieco bardziej galopujący Blood of the heroes to heavy metalowe samograje, których potencjał imprezowo – koncertowy jest niezaprzeczalny, a pozostałe numery nie ustępują im ani o krok. Nie da się nie zauważyć, iż jest to muzyka jak najbardziej stereotypowa i sztampowa, ale właśnie na tym polega jej siła. Słychać, że Crystal Viper skupiają się na graniu tego, co wychodzi im najlepiej i co kochają, bez zbędnego kombinowania, które jedynie rozcieńczyłoby ostateczną formę albumu. Duch Manowar, Virgin Steele, Warlock, a także młodszych zespołów, jak wspomniany Hammerfall i jemu podobne po prostu bije od tego wydawnictwa.

Na odrębny akapit zasługuje kwestia wokalistki Crystal Viper. Nie da się ukryć, iż obecność Marty Gabriel w składzie kapeli jest olbrzymim atutem (skojarzenia z Doro są jednak nieuniknione), a prezentowane przez nią skala i „kop” imponują od pierwszych sekund Legends. Chyba najlepiej słychać to we wspomnianym wcześniej pirackim hymnie Ghost ship, który  bardzo dużo zyskuje na jej umiejętności przechodzenia z niższych do wysokich rejestrów. Niestety jest jedno poważne „ale” – akcent  pani Marty jest, oględnie mówiąc, nie najlepszy. Kiedy w pewnym momencie skonfrontowałem to, co usłyszałem w Ghost ship z tekstami w książeczce płyty, nie mogłem się nadziwić radosnej interpretacji angielskiej wymowy. Najbardziej jednak cierpi na tym jedyna na krążku ballada – Sydonia Bork. Za każdym razem poważnie mi to zgrzyta, zwłaszcza że barwa głosu wokalistki oraz wspomniane już umiejętności naprawdę robią wrażenie.

Można oczywiście czepiać się wtórności tej muzyki, ale wolę traktować to jako swoisty hołd złożony sztuce, która w dzisiejszych czasach powoli odchodzi do lamusa. Na pewno fakt, że Legends tak mi podchodzi, jest częściowo wynikiem sentymentu z dawnych lat, jakim darzę ten konkretny gatunek ekstremalnego grania. Tak czy inaczej, polecam płytę Crystal Viper ze względu na ilość wyjątkowo chwytliwych kawałków, dużą dawkę bitewnego wigoru oraz doskonały przykład na to, że mocny, damski wokal w power metalu bywa prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Ocena: 8/10

Profil Youtube

20:32, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 grudnia 2010
Tytani Metalu: Kristoffer Rygg. Część III

Poprzednią część artykułu o Garmie można przeczytać tutaj.

Osobnym rozdziałem historii o Garmie jest jego wytwórnia i praca jako producenta. Założona w 1998 Jester Records zajmuje się, poza projektami Trickstera G., głównie promowaniem podziemnych norweskich artystów, z których do najbardziej znanych zaliczyć można avant-blackowców z Virus. Jeśli chodzi o produkcję i mastering, Kristoffer Rygg przyczynił się do powstania takich metalowych klasyków jak Anthems to the welkin at dusk Emperor, Deep tracts of hell Aura Noir, Wolf’s Lair Abyss Mayhem czy Monumental Possesion Dødheimsgard.

Garm

Trochę miejsca poświęcić należy także gościnnym występom Trickstera G. Na ich tle wyróżnia się rockowy projekt portugalskiego muzyka znanego z Sirius i Re:aktor, Daniela Cardoso. Kristoffer, zapytany w jednym z wywiadów, co skłoniło go do zaangażowania się w zespół grający tak prostą i daleką od jego obecnych zainteresowań muzykę, wskazuje przede wszystkim na upór Portugalczyka. Podobno zasypywał on Rygga mailami tak długo, aż ten zgodził się zaśpiewać na jego płycie... Dodatkowo, praca nad napisanymi przez kogoś innego utworami, w zespole, dla którego nie trzeba poświęcać stu procent swojego czasu i energii, była dla Garma ciekawym i odświeżającym doświadczeniem.

Gościnne partie wokalne Trickstera G. usłyszeć można na bardzo zróżnicowanych stylistycznie wydawnictwach, w tym między innymi avant-garde’owym Black for death Solefald, gothic/doomowym Blood of Bacchus Ava Inferi, elektroniczno – ambientowym Iter.Viator Star of Ash, czy na ostatnim krążku gigantów symfonicznego black metalu, Dimmu Borgir. Ciekawostką jest nagranie przez Ulver coveru piosenki Strange Ways jednego z ulubionych zespołów Garma (tak, tak, ten wyrafinowany Norweg jest fanem Kiss) na raczej mało znane wydawnictwo zatytułowane Gods of thunder - A Norwegian tribute to Kiss. Sporządzenie choćby tylko częściowo kompletnej listy wszystkich gościnnych występów Kristoffera zdecydowanie wykracza poza moje możliwości, nie wspominając już o wymienieniu choćby znaczącej części wykonanych przez niego remiksów. Słowem, jeśli ktoś lubi jakiś norweski zespół, jest spora szansa, że Trickster G. w jakiś sposób przyczynił się do powstania któregoś z jego utworów.

Pod szyldem Ulver skomponowane zostały także trzy soundtracki do skandynawskich filmów – szwedzkiego Lyckantropen z 2002 roku oraz norweskich Svidd Neger (2003) i Uno (2004), z których ostatni został nagrodzony prestiżową nagrodą Amandaprisen dla najlepszego reżysera. W wywiadach Garm ujawnia, iż nie wyklucza dalszego zaangażowania swojego zespołu w tworzenie muzyki filmowej.

Kristoffer Rygg osiągnął coś, co nie udało się jeszcze żadnemu muzykowi (no, może Justin Broadrick mógłby spróbować konkurować z Tricksterem G. w tej kwestii) – skłonił metalowców do sięgnięcia po muzykę elektroniczną, zdecydowanie wykraczającą poza ramy szeroko rozumianego rocka. I mimo że już od wielu lat nie stworzył niczego, co można by określić mianem muzyki metalowej, fani ciężkich brzmień wciąż nie tylko słuchają jego płyt, ale doceniają je i zachwycają się nimi.

Garm

Wszystkie zdjęcia Garma zostały wykonane przez Namtara podczas drugiego w historii koncertu Ulver na festiwalu Brutal Assault, 6-8.08.2009, Jaroměř, Czechy.

Pisząc artykuł o Kristofferze Ryggu korzystałam z wywiadów zamieszczonych:

  1. w książce M. Moynihan i D. Søderlind Władcy Chaosu;
  2. w magazynie 7 Gates nr 1/2009;
  3. na blogu TheForgotton with an 'O';
  4. na stronie >Heathen Harvest;
  5. na stronie heavymetal.about.com;
  6. w zinie The Plague Web-Zine;
  7. w zinie Lollipop Magazine Online

oraz ze stron:

  1. wytwórni Jester Records;
  2. zespołu Ulver;
  3. profilu myspace zespołu Aethenor;
  4. Encyclopaedia Metallum.
Tytani Metalu: Kristoffer Rygg. Część II

Poprzednią część artykułu o Garmie można przeczytać tutaj.

Po wydaniu trzech metalowych klasyków w jednym roku nastąpił zdecydowany odwrót Rygga od ciężkich brzmień w stronę muzyki elektronicznej, podkreślony przez zmianę używanego przez niego pseudonimu na Trickster G. Swoją nagłą utratę zainteresowania black metalem tłumaczy on na kilka sposobów – z jednej strony odpowiadały za nią zmiany na norweskiej scenie undergroundowej, spopularyzowanie się blackowej stylistyki i zatracenie przez twórców pierwotnej idei tego gatunku. Duży wpływ wywarło na Garma także poznanie tajników pracy w studiu nagraniowym i kontakt z zainteresowanym już wówczas muzyką elektroniczną późniejszym członkiem Ulver, Tore Ylwizakerem. Nie bez znaczenia była również ewolucja poglądów Rygga, który prosto pojmowany satanizm zastąpił bardziej złożoną autorską życiową filozofią. Po 1997 roku powstała już tylko jedna metalowa płyta z udziałem Trickstera G. jako głównego wokalisty, Sham mirrors Arcturus. Opuścił on grupę krótko potem, uzasadniając tę decyzję niemożliwością poświęcenia się w pełni jednocześnie dwóm zespołom, swojej wytwórni oraz rodzinie, a na pozycji wokalisty zastąpił go ten sam człowiek, który wcześniej przejął od niego tę rolę w Borknagar – ICS Vortex.

Garm

Kolejne wydawnictwa Ulver zaliczyć można do szeroko rozumianej muzyki elektronicznej, jednak każde z nich znacznie różni się od poprzedniego, a ani jednego nie da się jednoznacznie przypisać do konkretnego gatunku muzycznego. Wydany w 1998 roku Themes From William Blake's The Marriage of Heaven and Hell, inspirowany jak łatwo się domyślić poezją Williama Blake’a, zawiera niezwykle nastrojowe, spokojne kompozycje, wykorzystujące zarówno klasyczne metalowe instrumentarium, jak i elektronikę. Ciekawostkę dotyczącą tej płyty stanowi gościnny udział trzech legendarnych blackowych muzyków – Ihsahna, Samotha i Fenriza. Kolejny krążek Rygga i spółki, Perdition City to już prawie wyłącznie elektronika, sample i klawisze, a muzykę można sklasyfikować jako twór zawieszony gdzieś między industrialem, trip-hopem i nurtem neoclassical. Nikt by nie uwierzył, że jeszcze trzy lata temu twórcy tego albumu posądzani byli o nagrywanie w lesie prawdziwego black metalu.

Na następnej pełnej płycie, Blood inside, Norwegowie osiągają szczyt progresji i nieprzewidywalności, tworząc niesamowicie nastrojową i niepowtarzalną, aczkolwiek dość trudną w odbiorze elektroniczną mieszankę. Przed nagraniem następnego albumu, Tore Ylwizaker postanowił wziąć rok „urlopu” od Ulver i poświęcić ten czas na zgłębianie tajników kompozycji i słuchanie muzyki klasycznej. W związku z tym, według klawiszowca Wilków, należy doszukiwać się analogii pomiędzy Shadows of the sun a twórczością Igora Stravińskiego. Natomiast zagadnięty o wpływ nowych umiejętności swojego współpracownika na zawartość krążka Rygg z rozbrajającą szczerością odpowiada, że szczególnych zmian nie widzi, a gdyby sam miał rok wolnego od Ulver, wykorzystałby ten czas zdecydowanie przyjemniej, niż na naukę czegokolwiek.

Shadows of the sun cover

O ostatnim dziele norweskiej formacji można na pewno powiedzieć, iż znacznie zwalnia w porównaniu do swojego poprzednika, a większy nacisk położony na nim został na wykreowanie atmosfery smutku i przygnębienia, niż na techniczne popisy i częste zmiany tempa. Niektóre momenty zahaczają wręcz o klimaty drone’owe, które zresztą są chyba Garmowi dość bliskie, o czym świadczy jego kolejny projekt, Aethenor, w ramach którego wraz ze znanym z Sunn O))) Stephenem O’Malley oraz swoim kolegą z Ulver, Danielem O’Sullivanem, Trickster G. radośnie łączy elementy free jazzu, ambientu, noise i właśnie drone. Jeśli ktoś uważa, że wszystko, co do tej pory słyszał, było zbyt lekkie, łatwe, mainstreamowe i przede wszystkim zbyt rozrywkowe, zdecydowanie powinien wypróbować którąś z trzech płyt Aethenor. Osobom mniej odważnym pozostaje czekać na nowe wydawnictwo Ulver, Critical Geography, które ma ukazać się w przyszłym roku – trudno powiedzieć, jaka będzie zawartość muzyczna tego krążka, można jednak być pewnym, że odmienna od wszystkich poprzednich i zaskakująca. Nie bez powodu na pytanie o to, co w jego zespole jest najważniejsze, Garm odpowiada bez wahania: ciągły rozwój.

Można nie doceniać muzyki Aethenor, jednak każdy fan metalowej awangardy powinien być im wdzięczny za możliwość zobaczenia na żywo Ulver. Wilki nie koncertowały przez przeszło piętnaście lat swojej kariery – początkowo z racji faktu, że kultowemu zespołowi blackowemu zwyczajnie nie wypada pokazywać się na żywo, bo jak powszechnie wiadomo szkodzi to jego prawdziwości, później zaś z powodu problemów natury technicznej. Rozbudowana elektronika stanowiąca podstawę dokonań grupy uniemożliwiała artystom zagranie koncertu bez wynajmowania dodatkowych osób do obsługi rozlicznych komputerów i konsol, a Garm i spółka nie byli gotowi, by powierzyć wykonywanie swojej muzyki komukolwiek innemu. Dodatkowo, Kristoffer czuł potrzebę zapewnienia podkładu wizualnego dla swoich ewentualnych występów, a na przygotowanie takich atrakcji nigdy nie starczało mu czasu. Dopiero udana trasa koncertowa z Aethenor w połączeniu z namowami pisarza Stiga Sæterbakkena doprowadziły do pierwszego występu Ulver na żywo 30 maja 2009 przy okazji Norweskiego Festiwalu Literatury w Lillehammer. Swoją drogą, Norwegia to jednak piękny kraj, aż strach pomyśleć, jaka gwiazda uatrakcyjniałaby swoim występem analogiczny polski festiwal. Fani z całego świata zjechali by obejrzeć występ swoich idoli, a zachęcony powodzeniem pierwszego show Garm zdecydował się ruszyć z zespołem w historyczną trasę koncertową.

Wszystkie zdjęcia Garma zostały wykonane przez Namtara podczas drugiego w historii koncertu Ulver na festiwalu Brutal Assault, 6-8.08.2009, Jaroměř, Czechy.

Z cyklu Tytani Metalu: Kristoffer Rygg

Garm

Historia jednego z najbardziej wpływowych norweskich wokalistów rozpoczęła się w 1993 roku, kiedy to szesnastoletni Kristoffer Rygg postanowił rzucić szkołę i pozyskany w ten sposób wolny czas poświęcić na tworzenie muzyki. Zafascynowany szalejącymi właśnie pożarami pierwszej fali norweskiego black metalu, żywo zainteresowany nordycką mitologią i symboliką, Kristoffer przyjął pseudonim Garm i założył działający do dziś zespół Ulver (takie norweskie Wilki...). Już pierwsza taśma demo tej grupy była na ówczesnej scenie czymś wyjątkowym – czyste wokale, akustyczne fragmenty, nawiązania do muzyki ludowej (dalekie jednak od dzisiejszego rozumienia folk metalu) uzupełniają na Vargnatt tradycyjną black metalową formułę. I nie są to tylko pojawiające się tu i tam, prawie niedostrzegalne smaczki – na przykład utwór Trollskogen jest w całości akustyczny, co można uznać za zapowiedź kierunku obranego przez zespół na drugiej pełnej płycie, Kveldssanger. W 1993 roku jeszcze nikt tak nie grał – nic więc dziwnego, że Ulver z miejsca stał się inspiracją dla bardzo wielu skandynawskich muzyków.

Jeszcze w tym samym roku, w którym norweskie podziemie zachwyciło się Vargnatt, Garm zasilił jako wokalista szeregi innego początkującego pioniera avant-garde metalu, Arcturus. Oparte na klawiszowych melodiach i wzbogacone o czyste partie wokalne, a jednak wciąż black metalowe utwory tej grupy z epki Constellation, takie jak Du Nordavind, są do dziś wymieniane jako jedne z najpiękniejszych klasyków norweskiej sceny avant-blackowej.

Już na pierwszych wydawnictwach ujawnia się niesamowity talent wokalny Rygga – growle, screamy, a przede wszystkim bardzo urozmaicone czyste wokale stanowią do dziś jego wizytówkę i mimo że od lat nie jest już bezpośrednio związany ze sceną metalową, wiele grających cięższe odmiany muzyki zespołów wciąż zaprasza go do nagrywania gościnnych partii wokalnych do swoich piosenek.

Nattens Madrigal cover

W pierwszych latach twórczości, poza Ulver i Arcturus, Garm został także wokalistą równie kultowego jak jego pozostałe projekty avant-garde black metalowego Borknagar, z którym wydał dwie płyty, w tym uważaną przez wielu (w tym piszącą te słowa) za ich najlepsze dzieło The olden domain. Rok 1997 to ważna data w historii Kristoffera Rygga – powstał wtedy wspomniany drugi album Borknagar, druga pełna płyta Arcturus, La masquerade infernale, od której często datuje się początek istnienia gatunku avant-garde metal, zaś Ulver wydał najbardziej ekstremalne ze wszystkich swoich dzieł – Nattens Madrigal. O płycie tej krążą legendy, jakoby dla większej prawdziwości i wierności black metalowym ideałom miała być nagrywana nocą w lesie, jednak w jednym z niedawnych wywiadów Garm zdementował tę rozkoszną pogłoskę. Mimo że materiał napisany przez Kristoffera na tę płytę wzorowany był na pierwszych dokonaniach Darkthrone, nie udało mu się w pełni powściągnąć swoich artystycznych zapędów i w kilku miejscach pojawiają się nieco bardziej progresywne partie.

Garm

Wszystkie zdjęcia Garma zostały wykonane przez Namtara podczas drugiego w historii koncertu Ulver na festiwalu Brutal Assault, 6-8.08.2009, Jaroměř, Czechy.

Negura Bunget - Vîrstele pamîntului

negura bunget cover virstele pamintului

Gatunek: post black metal / folk
Kraj pochodzenia: Rumunia
Rok produkcji: 2010
Wytwórnia: Code666

Przygotujcie się na wyprawę w ostępy transylwańskich lasów i wędrówkę wśród skalistych grani Karpat. Z niedalekich okolic, a dokładniej z rumuńskiej Timişoary, pochodzi bowiem Negura Bunget, zespół tworzący muzykę, którą sklasyfikować można w przybliżeniu jako klimatyczny black z wyraźnymi wpływami lokalnego folku. Pewnym jest, iż ze świecą szukać można na scenie metalowej podobnych klejnotów. Wystarczy posłuchać otwierającego Vîrstele pamîntului utworu Pãmînt, żeby zrozumieć, jak niezwykłe to zjawisko. Dźwięki pasterskich dzwonków, drewniane kołatki i piszczałki malują krajobraz skąpanej w gęstniejącym mroku górskiej łąki, by pod koniec kompozycji ustąpić pola metalowej furii, przypominającej o tym, jak dzikie i nieprzyjazne są ojczyste ziemie legendarnego Vlada Draculi. Taka też jest sztuka ludowa, którą wplata w swe kompozycje Negura Bunget – mroczna, tajemnicza i melancholijna i choć zespół z płyty na płytę coraz bardziej odchodzi od klasycznego black metalu, mocniej akcentując tę właśnie niesamowitą aurę, całość materiału ani odrobinę nie traci na drapieżności.

Gdy ze słuchawkami na uszach kontempluję Vîrstele pamîntului, raz po raz uderza mnie niezwykłe wręcz piękno i geniusz muzyki Rumunów. Tradycyjne metalowe instrumentarium komplementują wspomniane piszczałki, dzwonki, rogi oraz kotły a także inne smaczki doskonale wpasowane w ten fascynujący pejzaż. Całości dopełniają dźwięki klawiszy, stanowiące tło dla kompozycji i nadające im głębi. Nie są to oczywiście keyboardowe galopady w stylu Alestorm czy Equilibrium, lecz raczej mroczne, ambientowe plamy. Tak potraktowany folk, w wykonaniu Negura Bunget daleki jest od banału, w który często popadają dziś flagowe zespoły dużych wytwórni.

Jakkolwiek wyraźne nie byłyby elementy etniczne na Vîrstele pamîntului, muzycy ani na chwilę nie pozwalają zapomnieć, że mamy do czynienia z płytą metalową. Nawet stanowiące niejako stylistyczną klamrę albumu utwory Pãmînt i Întoarcerea amurgului, choć głównie akustyczne, rozwijają się w końcu w kierunku blackowej ekstremy. Trwający niespełna osiem minut Arborele Lumii natomiast, od początku do końca atakuje słuchacza stricte metalowym uderzeniem, odrobinę zaprawionym progresją w stylu późnego Enslaved.

W warstwie wokalnej albumu usłyszeć można  tak tradycyjne  screamy, jak i czysty śpiew, utrzymany w dość niskich rejestrach – wszystko oczywiście w ojczystym języku muzyków. W takim na przykład Chei de rouă daje to niezwykły efekt... Tego po prostu trzeba posłuchać. Moment gdy po wściekłej, jadowitej części następuje nieznaczne uspokojenie i wprowadzona zostaje zaśpiewana po rumuńsku ludowa melodia, jest jednym z najbardziej charakterystycznych na krążku.

Słuchanie Vîrstele pamîntului przypomina lekturę dobrej książki. Należy poświęcić tej płycie pełną uwagę, uruchomić wyobraźnię i wczuć się w panujący na niej klimat. Naprawdę nie trzeba znać języka rumuńskiego, by dać się porwać tym kompozycjom i powędrować w noc wśród splątanych gałęzi wiekowych buków, ku pasterskiej chacie o zmurszałych ścianach z drewnianych bali. Polecam.

Ocena: 10/10

Profil myspace

 
1 , 2 , 3