sobota, 14 stycznia 2017
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2016

Po raz kolejny, po długim milczeniu na łamach Irkalli, nadszedł czas na muzyczne podsumowanie minionych 12 miesięcy i przypomnienie, że blog wciąż od czasu do czasu potrafi wybudzić się z letargu. Choć ostatnio, z różnych powodów, pisanie nie przychodzi mi łatwo, intensywność z jaką przekopuję się przez świeże wyziewy z metalowego podziemia (i nie tylko) bynajmniej nie zmalała. Wydaje się, że scena ekstremalna ma się świetnie – wyraźnie widać, że pochodnię przechwytują młode kapele, które z jednej strony kombinują i mieszają na rozmaite sposoby, z drugiej zaś z powodzeniem i ewidentną radością grania utrzymują przy życiu klasyczne brzmienia, nieustannie wypluwając na świat kawałki doskonałego materiału. Poza tym, kolejne zespoły w średnim wieku zdają się przeżywać drugą młodość . Najbardziej rzuca się to w oczy na thrashowym poletku, które wyjątkowo obrodziło w solidne produkcje (nawet plastikowi celebryci z Metalliki zbliżyli się odrobinę do czoła stawki, mimo kilku fatalnych muzycznych decyzji), ale na równe tory wrócili także w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy choćby Ihsahn, Katatonia, Dark Tranquillity czy Avantasia i Hammerfall prezentując bardzo mocne albumy po okresie mniej lub bardziej udanych poszukiwań.

Podsumowując – jest nieźle. Rok 2016 obfitował w mocne pozycje, wśród których nie brakuje prawdziwych perełek. Poniżej lista moich dziesięciu wspaniałych:

 

10. Volbeat - Seal the deal & let’s boogie

Volbeat - Seal the deal & let's boogie

W przypadku takich kapel jak Volbeat wszystko sprowadza się do riffów, melodii i wiadra haczyków. Jeżeli te elementy stoją na wysokim poziomie, sukces jest murowany. Duńczycy pokazali, że wyczucie zajebistości mają nie do zdarcia, nawet jeśli na Outlaw gentlemen… nieco się zachwiało. Seal the deal to krążek, który iskrzy od energii, a każdy refren aż prosi się o chóralne odśpiewanie. Nie jest to wysoka sztuka, ale jakże przyjemnie się jej słucha!

 

9. Negura BungetZi

Negura Bunget - Zi

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że po rozłamie w obozie Negura Bunget, w wyniku którego pod oryginalną banderą pozostał tylko perkusista, Negru, Rumunom uda się wyprodukować tak dobrą płytę. Zi balansuje pomiędzy akustycznym folkiem, post blackiem spod znaku Agalloch, a bardziej klasyczną ekstremalną formułą, splatając organicznie wszystkie wątki we wciągającą, meandrującą opowieść, z punktami kulminacyjnymi w postaci Gradina Stelelor, Baciu mosneag i Stanciu gruiul. Dobrze słyszeć tę ekipę w tak doskonałej formie.

 

8. MeshuggahThe violent sleep of reason

Meshuggah - The violent sleep of reason

Nieodmiennie cieszy mnie, jak co chwilę jakieś dzieciaki próbują bawić się w granie modnego djenta, po czym na scenę wraca Meshuggah z nowym albumem i zmiata te wszystkie wynalazki z powierzchni ziemi. Tak było w przypadku Koloss, tak jest i teraz. Szwedzi stworzyli ten nurt, czują się w nim jak w domu i niepodzielnie nim rządzą. Pozostali to tylko turyści.

 

7. HexvesselWhen we are death

Hexvessel - When we are death

Leśno-folkowy projekt z Mattem McNerneyem, znanym również (pewnie coraz słabiej) jako Kvohst, za mikrofonem, obrał na swoim ostatnim dziele klasycznie rockowy kierunek. Akustyczne rytualne pieśni z ich pierwszych dwóch krążków, choć przyjemne, nigdy do końca mnie nie przekonały, natomiast When we are death uważam za strzał w dziesiątkę. Klimatyczny, a jednocześnie zaraźliwie energetyczny, buja niemożliwie już od pierwszych dźwięków Transparent eyeball, nie dając jednak zapomnieć, że korzenie ekipy sięgają psychodelicznych, okultystycznych koncepcji.

 

6. Black Crown InitiateSelves we cannot forgive

Black Crown Initiate - Selves we cannot forgive

Z technicznym deathem mam tak, że często przez jego kliniczną, sterylną formułę, trudno mi go naprawdę lubić. Zawsze na pewnym poziomie wydaje mi się sztuczny i kuriozalny, mimo, że szczerze doceniam fachowość tworzących go muzyków. Black Crown Initiate są kapelą wyjątkową. Nigdy nie popadają w nadmierną techniczną popisówę, która przesłoniłaby im to, czym powinna być dobra piosenka. Nie boją się wpuszczać powietrza do swoich kompozycji, a jednocześnie potrafią utrzymać ich brutalny charakter. Selves we cannot forgive stanowi rozwinięcie formuły, którą zaprezentowali na swoim debiutanckim krążku – jest bardziej dojrzały, zróżnicowany i progresywny, brzmi lepiej i od początku do końca trzyma ekstremalnie wysoki poziom.

 

5. KhemmisHunted

Khemmis - Hunted

Ten album wylądował prawdopodobnie w osiemdziesięciu procentach zeszłorocznych zestawień. Trudno się dziwić – Hunted to genialny kawał klasycznego dooma, łączący nowoczesną oprawę, charakterystyczną dla trendsetterów takich jak Pallbearer, z tradycyjnymi, charyzmatycznymi wokalizami, którym daleko do modnej post-rockowej powściągliwości. Również same kompozycje przywodzą na myśl klasykę, a mianowicie monumentalne dokonania Candlemass sprzed ponad dwudziestu lat. O tym krążku na pewno będę pamiętał w nadchodzących latach i porównywał z nim kolejne doomowe debiuty. Nawiasem mówiąc, otwierający go Above the water musiał trafić do ścisłej czołówki moich ulubionych piosenek minionego roku.

 

4. BorknagarWinter thrice

Borknagar - Winter thrice

Borknagar to dzisiaj prawdziwy skandynawski dream team. Vortex, Lazare, Vintersorg, Kolstad, Athera, nie mówiąc o trzonie zespołu… Na dodatek, do udziału w nagrywaniu Winter thrice udało im się ściągnąć z powrotem na metalową scenę samego Kristoffera Rygga, który opuścił ich szeregi w 1997, po perfekcyjnym The olden domain. Wynik satysfakcjonuje w dwustu procentach. Nie sposób nie docenić starannej kompozycji i imponującego bogactwa utworów, które znalazły się na krążku, ale to co naprawdę chwyta za gardło to genialne melodie zaklęte w liniach wokalnych, w kawałkach takich jak choćby Cold runs the river, Panorama, Erodent i Terminus.

 

3. Cult of Luna & Julie ChristmasMariner

Cult of Luna - Mariner

Po doskonałym Vertikal czekałem z niecierpliwością na kolejne wydawnictwo Szwedów. Ci wprawdzie ogłosili przerwę w nagrywaniu, na szczęście w międzyczasie zdecydowali się jednak na zorganizowanie jednorazowej (rzekomo) współpracy z Julie Christmas, wokalistką znaną między innymi z Made out of Babies. Mariner jest ich wspólnym dziełem i stanowi w dużej mierze kontynuację dokonań szwedzkiego ansamblu, czyli powolny, ciężki, progresywny sludge, podbity kosmiczną pracą syntezatorów, a zarazem precyzyjny i nieugięty niczym linia produkcyjna w fabryce Volvo. Julie wniosła do muzyki nieco piękna i piosenkowej nośności, ale również niepokojące, pulsujące pod skórą szaleństwo. Efekt końcowy jest wręcz uzależniający - otwierające płytę trio utworów to czysta perfekcja i choć następujący po nich Approaching transition nieco psuje wrażenie swoją nijakością, materiał wraca na tor dzięki Cygnus i ostatecznie broni się doskonale.

 

2. Anaal NathrakhThe whole of the law

Anaal Nathrakh - The whole of the law

To jest płyta, przy której podziwiający swoje sznurówki post-rockowi hipsterzy spierdalają w krzaki, albo po prostu zostają rozerwani na strzępy. Po Anaal Nathrakh nie należy spodziewać się niczego mniej niż absolutnej dźwiękowej apokalipsy, tym niebezpieczniejszej, że niespotykanie jak na taką muzę, zaraźliwej. The whole of the law to właśnie niesie – czystą radość destrukcji, zrealizowaną skutecznie od pierwszej do ostatniej sekundy. Brytyjczycy nigdy nie zeszli poniżej pewnego, wysokiego poziomu, ale tym razem wspięli się na wyżyny swojej niszczycielskiej sztuki. So hold your children close and pray for oblivion!

 

1. KatatoniaThe fall of hearts

Katatonia - The fall of hearts

Jak cudownie słyszeć Katatonię wreszcie ostatecznie uwolnioną z więzów minimalistycznej formuły, które krępowały ich ruchy od pierwszych nut Dance of december souls. The fall of hearts to płyta obdarzona głębią; płyta, która wreszcie w pełni wykorzystuje potencjał prog-rockowych aspiracji zespołu, ich instrumentalnego profesjonalizmu i wysublimowania, nie mówiąc o wokalnych możliwościach Jonasa Renkse. Dzięki temu potrafiła żelaznymi hakami wbić się w moją świadomość. Old hearts fall, Serein i Last song before the fade to numery, które nieustannie towarzyszyły mi przez cały ubiegły rok i, jak się okazało, nie mogło być innego kandydata do pierwszego miejsca tej listy.

***

 

Rishloo - Living as ghosts

Pora złamać zasady. W tym momencie wspomnę bowiem o pewnej płycie, która powstała w roku 2014, a którą poznałem, tak jak stojący za nią zespół, bardzo niedawno, wskutek czego przez ostatnie dwanaście miesięcy nieustannie wokół mnie orbitowała. Mowa o Living as ghosts with buildings as teeth, autorstwa amerykańskich prog-rockerów – Rishloo. Wydawnictwo to jest progresywnym arcydziełem, przywodzącym na myśl estetykę Tool czy The Mars Volta, jednak zdecydowanie bardziej subtelnym i technicznie wyrafinowanym niż pierwsza i mniej rozimprowizowanym i jazgotliwym niż druga z wspomnianych kapel. Całość spowija niemal teatralna atmosfera, tworzona w lwiej częsci przez Andrew Mailloux, wokalistę o aktorskich zapędach, którego wyczynom zaskakująco niedaleko do dokonań Freddiego Mercury’ego. Jazda obowiązkowa, ze szczególnym wskazaniem na rozbudowany Dark charade, gęsty, nerwowy Winslow i przepiękny, wspaniale ewoluujący Just a ride.

***

Jesteśmy już w połowie stycznia – za chwilę zaczną pojawiać się konkretni kandydaci do tegorocznych podsumowań. Światło dzienne ujrzał właśnie nowy krążek Pain of Salvation, a lada moment ukaże się premierowy zestaw thrashowych petard autorstwa Kreatora. Na okazję do porządnego przesłuchania obu tych płyt czekam z niecierpliwością. Z ciekawych prognoz na następnych kilka miesięcy – zadaję sobie pytanie, jak wypadnie reaktywowana Metalmania. Czy solidny skład, pozbawiony jednak obecności najbardziej aktualnych gwiazd, w połączeniu z silnym powiewem nostalgii będzie wystarczającym motorem dla rozpieszczonych polskich metalowców, żeby ruszyć tyłki do Spodka? Czas pokaże. Tłumów pod sceną nie zabraknie za to niewątpliwie w twierdzy Josefov, gdzie w sierpniu pojawi się Emperor. I tam się spotkamy!

środa, 13 stycznia 2016
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2015

Mimo, że na Irkalli życie toczy się powoli, ubiegły rok upłynął mi pod znakiem dość intensywnego słuchania różnych fajnych płyt i skomponowanie „top 10” wcale nie było łatwe i oczywiste. Z biegiem lat, zapewne wskutek swobodniejszego przepływu informacji i łatwiejszego dostępu społeczeństwa do porządnego sprzętu muzycznego, coraz istotniejszy jest na scenie metalowej głos kapel „garażowych”, nie związanych z dużymi wytwórniami. To z kolei powoduje, że niemal co dzień można odkryć coś naprawdę ciekawego. Oczywiście, do historii przejdą nieliczni, jednak już sama możliwość nieustannego eksplorowania muzycznych horyzontów bardzo mnie cieszy i choć ostatecznie do czołówki poniższego zestawienia trafiły relatywnie duże nazwy, kilka odkryć również się załapało. Kto więc podbił moje serce w ciągu ostatnich 12 miesięcy?

Blind Guardian - Beyond the red mirror1. Blind GuardianBeyond the red mirror.
Spośród wszystkich weteranów niemieckiej sceny power metalowej (których byłem wiernym słuchaczem jakieś 10 lat temu), tylko Blind Guardian wciąż mają coś do powiedzenia i nie zadowalają się przeżywaniem na nowo wspomnień ze złotych czasów swojej kariery. Jednocześnie, to co robią, robią doskonale. Beyond the red mirror to ich najlepsza płyta od czasu A night at the opera. Jest epicka, teatralna i wypełniona świetnymi, niebanalnymi kompozycjami. Ostatecznie, całokształt wrażeń z nią związanych pozwala mi wybaczyć jej kiepską produkcję i przyznać pierwsze miejsce na liście. Recenzja tutaj.

Paradise Lost - The plague within2. Paradise LostThe plague within.
Ponurzy Brytyjczycy na nowo podbili serca metalowej gawiedzi. I nic dziwnego! The Plague within jest wypadkową ich wszystkich dotychczasowych dokonań – wydobyta z mroków lat 90. surowość pierwszych trzech płyt otrzymała zaraźliwy, piosenkowy szlif charakterystyczny dla późniejszych krążków. Poszerzanie horyzontów Nicka i Grega w szeregach bardziej ekstremalnych kapel (Vallenfyre, Bloodbath) również pomogło materiałowi, który dzięki temu zyskał na niewymuszonym ciężarze i ogólnej aktualności. The plague within i Beyond the red mirror lądują w tym zestawieniu niemalże ex aequo. Guardiani zwyciężają przez mój osobisty sentyment.

3. ClutchPsychic warfare.
Dobry, porządny hard rock jest jednym z istotnych składników mojej muzycznej diety i cieszy mnie, że raz na parę lat ukazuje się w tym rozległym gatunku naprawdę doskonały krążek, który jednocześnie pokazuje fucka modom, nie stara się być post, nu, garage, indie, czy cholera wie czym. Psychic warfare urzekł mnie tym ponadczasowym duchem, chwycił za łeb od pierwszej nuty i dzięki genialnym numerom, trzymał do ostatniej. Przyznam, że prezentowane przez Clutch połączenie podlanego specyficznym humorem ZZ-topowskiego południowego grania z mastodonowym, metalawym podejściem bardzo mi pasuje i koniecznie muszę zorientować się w ich back-catalogu.

Steven Wilson - Hand Cannot Erase4. Steven WilsonHand.cannot.erase
Mistrzostwo koncepcyjnego prog rocka. Wilsonowi udało się utrzymać idealny balans między rozbudowanymi suitami, a prostszymi formami, a wszystko spleść w wybitnie wpijającą się w świadomość, spójną całość, na dodatek okraszoną perfekcyjnym wprost brzmieniem. Hand.cannot.erase wywołuje całą gamę emocji – jest smutna, a zarazem podnosząca na duchu, niepokojąca i radosna, refleksyjna, ale przede wszystkim po prostu przepiękna. Nie sposób opisać ten krążek w kilku krótkich zdaniach, powiem więc tylko, że na polu współczesnego rocka progresywnego trudno mi sobie wyobrazić dla niego konkurencję.

A Forest of Stars - Beware the sword you cannot see5. A Forest Of StarsBeware the sword you cannot see.
A Forest Of Stars zabierają słuchacza w psychodeliczną podróż, w atmosferze przywodzącej na myśl jakiś absyntowy wid, bądź misterium w przytułku dla obłąkanych, niesamowitej i pięknej, choć momentami przerażającej. Anglicy znajdują miejsce dla rozkręconej, brutalnej avant-blackowej jazdy czy klimatycznych postowych pejzaży i przeplatają je delikatnymi, akustycznymi partiami á la Pink Floyd, w których dodatkowo błyszczy niesamowita, natchniona melorecytacja w wykonaniu wokalisty. Beware the sword you cannot see okazało się perełką w morzu okołoblackowych produkcji, które w ubiegłym roku zalało scenę metalową.

6. MoonspellExtinct.
Dawno nie słyszałem Moonspell w tak dobrej, przekonującej formie. Nie żeby ich ostatnie kilka płyt było nie w porządku. Po prostu na Extinct osiągnęli perfekcyjną równowagę wszystkich składników i radocha płynąca z słuchania go jest ogromna. Recenzja tutaj.

7. Avatarium – The girl with the raven mask
Debiut Avatarium miał w sobie duży potencjał, ale brakowało mu autonomicznego charakteru, mimo że sama Jennie-Ann Smith swoim głosem potrafiła wywołać gęsią skórkę. The girl with the raven mask to już inna bajka. Edling z ekipą poszerzyli wachlarz środków wyrazu, dorzucili do mikstury dwa porządne killery, trochę soulu (absolutnie magiczny Iron mule), folku (Pearls and coffins), wszystkie kawałki nurzając w klasycznym doomie i wysmażyli płytę, która nie tylko pozwala przeboleć zapowiadaną emeryturę Candlemass, ale wprowadza na scenę nową, rozpoznawalną markę.

Leprous - The congregation8. Leprous The congregation
Tak, tak, wiem – marudziłem na tę płytę w recenzji, zarzucając jej głównie dłużyzny. Tak to jednak bywa z muzyką, że jak się już uleży i przegryzie, to koniec końców czasem trudno się od niej uwolnić. The congregation okazał się właśnie jednym z takich przypadków. A co do dłużyzn, dopiero Iron Maiden pokazali mi w tym roku, czym one naprawdę są i że byłem w tej materii czepialski względem Norwegów. Recenzja tutaj.

9. MardukFrontschwein.
Formuła Frontschwein plasuje się mniej więcej pośrodku odległości pomiędzy Panzer division, a Wormwood. Jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana kompozycyjnie od pierwszej, a jednocześnie bardziej zwięzła i bezkompromisowo brutalna od tej drugiej. W efekcie dostajemy dokładnie taką jak trzeba pigułę rasowego skandynawskiego blacka na słoneczne dni, które proszą się o to, żeby je zrujnować. Recenzja tutaj.

Akhlys - The dreaming I10. Akhlys – The dreaming I
Tyle wyszło amerykańskich blacków w ubiegłym roku! Niewątpliwie coś wartościowego się między nimi znalazło, nieprawdaż? Moim faworytem jest najnowsze dzieło Akhlys. Większość blackowego zła, które przypływa zza oceanu jest na tyle „klimatyczna” (nie wspominając o tych, inspirowanych Deafheaven), że traci na ciężarze i w efekcie brakuje jej niezbędnego pierdolnięcia. Autorom The dreaming I udało się stworzyć muzykę, która niewątpliwie nosi znamiona tego otchłannego, rytualnego podejścia, posiada przebijające mrok, jasne partie, a zarazem jest cholernie ciężka i gęsta. Naprawdę działa na wyobraźnię.

Na dobiegu:

1. Killing Joke - Pylon
2. Arcturus – Arcturian
3. Cattle DecapitationThe Anthropocene extinction
4. My Dying BrideFeel the misery
5. LocrianInfinite Dissolution

Wyróżnienie za produkcję:
GraveyardInnocence & Decadence. Mimo, że piosenki nie powalają (choć The apple & the tree, Exit 97 i Cause & defect są ze wszech miar zacne), płytka brzmi cudownie.

Wyróżnienie za okładkę:
KampfarProfan.

Kampfar - Profan

Najlepszy koncert:
Primordial w Warszawie.

Rozczarowanie roku:
Iron MaidenThe book of souls. Moje oczekiwania były najwyżej na poziomie kolan, a i tak Harrisowi i spółce nie udało się ich przerosnąć. Kicha.

niedziela, 15 listopada 2015
Top 20 piosenek 2015: Pierwsza dziesiątka

Choć do stycznia jeszcze trochę, od jakiegoś czasu chodził za mną pomysł na zestawienie moich ulubionych piosenek tego roku. Fakt, jeszcze może się coś pojawić (wciąż na przykład nie słyszałem International blackjazz socjety), ale niech tam, najwyżej będę uzupełniał. Przedstawiam rezultat tej selekcji – top 20, bo tyle wyszło, w kolejności dowolnej, acz rekomendowanej do odsłuchu:

  1. MoonspellExtinct (recenzja albumu). Tego numeru nie mogło tutaj zabraknąć. Jest wręcz idealnym kandydatem na otwarcie listy. Posiada esencję cech, za które lubię muzykę Portugalczyków. Genialnie przebojowy, z pewną dozą drapieżności, epickim klimatem i uroczo kiczowatym gotyckim charakterem. No i ten wokal... Mam poważny problem, żeby powstrzymać się od śpiewania razem z Fernando, za każdym razem, gdy słyszę „Before the lights go out…”.



  2. Leprous Rewind (recenzja albumu). Wyobrażam sobie, że powtarzane przez pięć minut frazy tego utworu mogą wywoływać u niektórych zgrzytanie zębów, ale ja nie mogę się od niego uwolnić. Właśnie tej piętrzącej się, zmierzającej nieuchronnie ku finałowej kakofonii pętli zawdzięcza swój neurotyczny sukces. No, a przy tym jest niemiłosiernie chwytliwy.



  3. GhostFrom the pinnacle to the pit. Co tu dużo pisać, Papa Emeritus i jego trzódka ghuli są mistrzami w komponowaniu soczystych hitów z pogranicza rocka i metalu. Na Meliora jest ich kilka, ale dzięki swej skoczności i ciekawemu podejściu do tematu Rogatego w lirykach, właśnie FTPTTP trafił na moją czarną listę.



  4. Paradise LostBeneath broken earth. Cóż za piękny numer w wykonaniu Paradajsów! Sunie jak walec, krusząc kości na proch i pozostawiając po sobie unoszący się w powietrzu stęchły pył. Takiego grobowego ponuractwa nie było słychać w ich muzyce od bardzo, bardzo dawna, a na dodatek, mimo smutniejszych niż zwykle min, nie zatracili nabytego pod koniec lat 90. wyczucia przebojowości.



  5. RomeOne fire. Piękna i niepokojąca to piosenka. Spokojna, lecz pulsująca wojennym beatem, z doskonałym śpiewem przywodzącym na myśl dokonania Fields of the Nephilim czy Tiamat. Metalu, ani nawet rocka za bardzo tu nie ma, niemniej po prostu nie mogłem o niej nie wspomnieć.



  6. AvatariumThe girl with the raven mask. Dla odmiany radosny doomowy (sic) kawałek. Za sprawą roboty instrumentalistów pod wodzą Leifa Edlinga, z powodzeniem pasowałby na przykład na Dehumanizera Sabbathów. Również Jennie-Ann Smith hipnotyzuje swoim głosem w nieco bardziej dynamicznym wydaniu, niż to, do którego przyzwyczaiła nas na debiutanckim krążku formacji.



  7. Kylesa – Shaping the southern sky. Te riffy i groove, ten wokal. Trochę pływania w opiumowych oparach z wyśnionymi wielorybami i zajebisty powrót do początkowego przyłożenia. Ot i recepta na sukces. Szkoda, że na całej płycie nie ma wiele więcej podobnie efektywnych manewrów – trochę za dużo opium, a za mało pomysłowego grania.



  8. Blind GuardianThe Throne (recenzja albumu). Trudno było mi wybrać jeden konkretny utwór z Behind the red mirror. Większość jest świetna. Padło na niego, ponieważ ma wszystko, za co lubię ten krążek i w ogóle najlepsze albumy BG. Jest epicki, rozbudowany, niebanalny i cieszy ucho nieśmiertelnymi melodiami. Nawet pomimo marnej produkcji – do niej już mnie Niemcy przyzwyczaili. Naprawdę nie wiem co oni sobie, u licha, wyobrażają!
  9. EnforcerBelow the slumber (recenzja albumu). Szwedzi przywołują ducha najlepszych dokonań Scorpionsów, Judasów i w ogóle całej sceny hard rockowo-metalowej z lat 80. Ten numer ma wszystko – chwytające za gardło partie w stylu klasycznych power-ballad, stylowo rozpędzoną środkową sekcję, chropawą atmosferę godną młodych buntowników w białych tenisówkach, a przede wszystkim całe wiadra przebojowości.
  10. Horisont – Odyssey. Lubię Rush. W związku z tym Odyssey, nawiązujący do klasycznych suit tegoż, z dodatkiem syntezatorowego galopowania a lá Blue Öyster Cult nie mógł mi się nie spodobać. Oczywiście, jest wtórny do bólu, ale słucha mi się go świetnie i nic na to nie poradzę.

Ciąg dalszy tutaj: Top 20 piosenek 2015: Druga dziesiątka

Top 20 piosenek 2015: Druga dziesiątka

Ciąg dalszy wpisu Top-20 piosenek 2015: Pierwsza dziesiątka.

  1. MardukRope of regret (recenzja albumu). Dla spragnionych porządnego pierdolnięcia – Marduk. Nic dodać, nic ująć. Jak zwykle, a może nawet bardziej, zamiata konkurencję aż miło.



  2. My dying brideFeel the misery. Wahałem się pomiędzy tym numerem, a And my father left forever. Zwyciężył znakomity, potężny riff, niosący tę posępną litanię. Może mi się wydaje, ale My Dying Bride nie uprawiało ostatnimi czasy podobnie ciężkiego, doomowego wioślarstwa. Poza tym, charakterystyczna melodia linii wokalu zostaje na długo w pamięci i nie daje się nie nucić. Gdyby nie słabiutka, anemiczna praca garów, byłby to skończony majstersztyk.



  3. Killing JokeI am the virus. Świeża porcja tanecznego, antyestablishmentowego grania w ultra nośnym wydaniu. Właściwie cała płyta (Pylon) naszpikowana jest potencjalnymi hitami, ale singlowy numer ma w sobie coś wyjątkowo wwiercającego się w świadomość, a przez to tym bardziej niepokoi swym apokaliptycznym klimatem.



  4. Lindemann – Yukon (recenzja albumu). Jak wynika z mojej recenzji sprzed kilku tygodni, dałem się kupić duetowi Lindemann / Tägtgren. Z perspektywy czasu, największą przyjemność sprawia mi słuchanie właśnie tej kiczowatej, melancholijnej w swój robotniczy sposób piosenki. W końcu chodzi tu o hity, czyż nie? Trudno o lepszy kawałek do tego miana.



  5. TribulationHoly libations (recenzja albumu). Jakiś czas temu marudziłem na tegoroczne wydawnictwo Tribulation. Mój umiarkowany entuzjazm w odniesieniu do całości zawartego na nim materiału nie przeszkadza mi cieszyć się kilkoma świetnymi numerami, w tym właśnie Holy libations. Uwielbiam jego delikatny, jazzowy wstęp, genialnie przechodzący w płynący główny riff oraz mistyczną, pachnącą kadzidłem atmosferę. Zawarte tu solówki są jednymi z najfajniejszych, jakie ostatnio słyszałem i dobitnie dowodzą, że sęk tkwi w pomyśle, a niekoniecznie w karkołomnej wirtuozerii.



  6. Royal ThunderForgive me, karma. Subtelny, skradający się utwór, którego siła tkwi w czarującym śpiewie Miny Parsonz i wyrafinowanym budowaniu napięcia. Kompozycyjne mistrzostwo i absolutna perełka na skądinąd całkiem dobrej płycie.



  7. ClutchSucker for the witch. Psychic warfare, najnowsza płyta Amerykanów, to istny łańcuch killerów i murowany kandydat do czołówki rocznego top 10. Mój wybór na potrzeby tego zestawienia padł na Sucker for the witch – nie mogę się nie uśmiechać, kiedy słucham jego tekstu w połączeniu z lubieżnym, southernowym klimatem. Po prostu cudo!



  8. SlayerAtrocity vendor. Slayer, jak mu przystało, morduje. Choć może już nie z takim bezlitosnym ogniem, jak onegdaj, jednak wciąż całkiem skutecznie. Atrocity vendor (nie do końca premierowy), niech służy za wizytówkę i krótki, dosadny list intencyjny do niewiernych.



  9. Cattle DecapitationNot suitable for life. Jest coś bardzo przerażającego w muzyce Cattle Decapitation. Może fakt, że, jak na grindcore’owców przystało, chłopaki swojej brutalnej energii nie przekuwają w abstrakcyjne piosenki o diabłach i demonach, lecz w złowieszcze, miażdżące kawałki o ludziach, stworzeniach zdolnych do najbardziej realnych potworności. Ta tematyka, ubrana w niepokojąco nośne, choć bezlitośnie ciężkie kompozycje, po raz kolejny robi piorunujące wrażenie, mimo że niestety, najnowszy krążek Amerykanów jest jakby nieco bardziej uczesany i bezpieczny od poprzednich.



  10. Iron MaidenEmpire of the clouds (recenzja albumu). No, cholera, nie mogło być inaczej. Niby cała płyta raczej ssie, nawet w obrębie samego tego utworu są mielizny, ale co najmniej jego pierwsze 10 minut (a to przecież kawał muzyki, niejeden zespół ukręciłby z tego EPkę!) jest najzwyczajniej w świecie niesamowite. Historia, klimat, uczucie, z jakim jest zaśpiewany i zagrany sprawia, że nie potrafię się od niego uwolnić i tym bardziej żałuję, że Bruce z kolegami tak fatalnie polegli na całości The book of souls.

czwartek, 15 stycznia 2015
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2014

Oj, późno zabrałem się tym razem za preparowanie muzycznego podsumowania roku. Wynikło to z faktu, że do ostatniej chwili uzupełniałem płytowe zaległości o pozycje, z którymi planowałem porządnie się zapoznać przed ułożeniem finalnej listy. Ostatecznie posłuchałem wszystkiego, czego chciałem posłuchać (przez mój odtwarzacz przewinęło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy około 150 premierowych tytułów), a najlepsze co według mnie A.D. 2014 miał do zaoferowania przedstawiam poniżej:

1. PrimordialWhere greater men have fallen

Primordial - Where greater men have fallen

Gatunek: pagan metal
Kraj pochodzenia: Irlandia
Wytwórnia: Metal Blade Records

Irlandczycy jak zwykle okazali się bezkonkurencyjni – Where greater men have fallen to kolejna wspaniała płyta w ich dorobku. Pomiędzy tradycyjne już hymny, takie jak kawałek tytułowy, powolny Babel’s tower lub genialny Wield lightning to split the sun, Primordial wplótł kilka różnorodnych inspiracji, czy to klasycznym doomem w Ghost of the Charnel House, czy chaotyczną, postową dekadencją w The alchemist’s head. Prawdziwym ekstremalnym arcydziełem jest blackowy huragan w postaci The seed of tyrants. Wszelkie stylistyczne wycieczki oprawione zostały w znajome ramy historycznego zaangażowania i gorzkiej refleksji nad kondycją cywilizacji, jak zwykle inteligentne i chwytające za gardło. Po kilku tygodniach słuchania tego krążka zdecydowałem, że nie może być innego numeru jeden w tegorocznym podsumowaniu.

Z cyklu “Piosenki roku”: Wield lightning to split the sun

link do youtube

+ + +

2. Darkest EraSeverance

Darkest Era - Severance

Gatunek: heavy metal
Kraj pochodzenia: Wielka Brytania
Wytwórnia: Cruz Del Sur

Pozostajemy w wyspiarskich klimatach – drugie miejsce przypadło pochodzącemu z Irlandii Północnej Darkest Era. Zwróciłem na nich uwagę już przy okazji poprzedniego albumu, ale wówczas jeszcze mnie nie kupili. W przypadku Severance wszystkie klocki wskoczyły na swoje miejsce i powstała wyjątkowa mieszanka, co najważniejsze, ujęta w formę genialnych piosenek. Jest to wypadkowa pogańskiego, celtyckiego klimatu, heavymetalowej przebojowości spod znaku Iron Maiden i doomowego ciężaru kojarzącego się z Solstice, a może z Argus... Nad wszystkim góruje wspaniały, potężny głos wokalisty, umiejętnie wykorzystany w podniosłych refrenach. Nie ukrywam, że Panowie i Pani z Darkest Era zaskoczyli mnie tą płytą – sięgnąłem po nią z ociąganiem i bez zbytniej nadziei, a okazała się jednym z najciekawszych i najbardziej solidnych wydawnictw minionego roku.

Z cyklu “Piosenki roku”: Trapped in the hourglass

link do soundcloud

+ + +

3. Dread SovereignAll hell’s martyrs

Dread Sovereign - All hell's martyrs

Gatunek: doom metal
Kraj pochodzenia: Irlandia
Wytwórnia: Ván Records

Choćbym chciał, nie uda mi się wyprzeć mojego ogromnego uznania dla większości kawałków sztuki autorstwa A. Averilla. Wydanie debiutanckiego krążka przez Dread Sovereign było więc dla mnie oczywistą gratką. Okazało się, że trio złożone ze wspomnianego wokalisty, bębniarza Sol Dubha (obaj znani z Primordial) oraz wioślarza imieniem Bones doskonale poradziło sobie na doomowym poletku i wniosło na tę popularną ostatnimi czasy, upaloną i trochę już zmanierowaną scenę powiew stęchłej, zgorzkniałej nieświeżości i szczerego ponuractwa. Przy okazji udało im się napisać jedną z bezsprzecznie najlepszych piosenek minionego roku: Thirteen clergy.

Album ten recenzowałem na łamach Irkalli tutaj.

Z cyklu „Piosenki roku”: Thirteen clergy

link do youtube

+ + +

4. SólstafirÓtta

Solstafir - Otta

Gatunek: post metal
Kraj pochodzenia: Islandia
Wytwórnia: Season of Mist

Tą płytą kwartet z Islandii wdarł się do świadomości niespodziewanie szerokiego audytorium. Jakże zdziwiłem się, widząc podczas jednego z ich tegorocznych koncertów wypełnioną po brzegi salę i to słuchaczami, którzy na pierwszy rzut oka nie skojarzyliby mi się z metalowym środowiskiem. Faktem jest, że w wywodzącej się z blackowej estetyki muzyce Sólstafir metalu ostało się jak na lekarstwo, a podczas owego koncertu próżno czekałem na kawałki choćby z Köld. Niemniej jednak, nie samą ekstremą człowiek żyje, a Ótta to przepiękny album, który w pełni zasłużył na wszelki aplauz jaki otrzymuje. Poszczególne utwory, choć naszpikowane shoegaze’owymi odjazdami, cieszą bogactwem zapadających w pamięć motywów i dynamicznych zwrotów, a zebrane tworzą imponującą, koncepcyjną całość, która płynnie przechodzi od onirycznych pejzaży (Ótta, Lágnætti) przez bardziej energetyczne rockowe numery (Miðdegi, Nón), na powrót do letargicznych plam w swych ostatnich minutach (Miðaftan) i pełna jest namacalnej wręcz, niesamowitej atmosfery. Niezwykle dojrzałe dzieło.

Z cyklu “Piosenki roku”: Ótta

link do youtube

+ + +

5. MastodonOnce more ‘round the Sun

Mastodon - Once more round the sun

Gatunek: groove metal
Kraj pochodzenia: USA
Wytwórnia: Reprise Records

Mastodon kroczy swoją ścieżką ewolucji, z jednej strony coraz bardziej oddalając się od kudłatych, prymitywnych i brutalnych, groove metalowych stomperów w klimatach Remission i Leviathan, z drugiej zaś porzucając przesadnie progresywne kompozycje, wypełniające krążek Crack the skye. Wydany w 2011 roku The hunter okazał się zdecydowanie bardziej piosenkowy i lekkostrawny, niż ich poprzednie dokonania. Once more ‘round the sun, choć wciąż bardzo przebojowy w swym charakterze, inkorporuje więcej gęstych, technicznych zagrywek i trudniejszych w odbiorze patentów, dzięki czemu zyskuje na kolorycie i bliżej jest mu do Blood mountain – mojego ulubionego albumu w dyskografii Amerykanów. Tak więc, obok imprezowych, lecz w żadnym razie nie banalnych kawałków, takich jak singlowe High road i opatrzone prowokującym klipem The motherload, znajdują się ciekawsze kąski w postaci Ember city, dziwacznego Aunt Lisa czy psychodelicznego Asleep in the deep. Wśród rzesz zespołów, które budują scenę metalową XXI wieku, Mastodon wciąż stanowi ścisłą czołówkę – wyznacza standardy. Once more ‘round the Sun jest kolejnym tego świadectwem.

Z cyklu “Piosenki roku”: Ember city

link do youtube

+ + +

6. Dark FortressVenereal dawn

Dark Fortress - Venereal Dawn

Gatunek: melodic black metal
Kraj pochodzenia: Niemcy
Wytwórnia: Century Media

Niemcy z Dark Fortress tworzą ciekawą muzykę z pogranicza black metalu już od kilku ładnych lat. Venereal dawn wywołuje u mnie skojarzenia z duchem europejskiej sceny ekstremalnej lat 90. Mam na myśli to, że kwintet z Bawarii nie boi się z jednej strony chwytliwości, charakterystycznej dla kapel takich jak Moonspell, Samael czy stary Tiamat, z drugiej zaś, podobnie jak niegdyś one, eksperymentuje z formą nie tracąc z oczu atrakcyjności kompozycji. Dorzuca podszytą elektroniką, gotycką rytmikę w genialnym Luciform, muzyczne arabeski i celtic frostowskie walcowanie w On fever’s wings albo akustyczną degrengoladę w The deep, zachowując ostatecznie paskudną i bezsprzecznie złą aurę, dzięki której materiał w najmniejszym stopniu nie wypada plastikowo. W dobie królującego post metalu i retro dooma Venereal dawn wypada dość niemodnie i choćby z tego powodu prawdopodobnie pozostanie niezauważonym, a szkoda...

Z cyklu “Piosenki roku”: Luciform

link do youtube

+ + +

7. FalconerBlack moon rising

Falconer - Black moon rising

Gatunek: heavy/power metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Wytwórnia: Metal Blade Records

Falconer to moje tegoroczne odkrycie. Nie sięgnąłem nigdy wcześniej po muzykę tego zespołu, snując niejasne domysły, że jest to podrzędny szwedzki, cukierkowy folk/power. W istocie, niezaprzeczalnie jest to szwedzki folk/power, ale nadrobiwszy zaległości i przesłuchawszy konkretną część ich dyskografii, nie określiłbym go cukierkowym, a już na pewno nie podrzędnym. Twórczość tej założonej przez byłych członków viking blackowego Mithotyn kapeli stanowi jeden z najjaśniejszych przykładów konsekwentnie solidnego grania, a Black moon rising dobitnie potwierdza ten status. Krążek zawiera jedenaście świetnych kompozycji, utrzymujących równy, bardzo wysoki poziom i nacechowanych fajną, hard rockową nośnością i żywiołowością. Za pomocą oszczędnej palety środków wyrazu Falconer skutecznie tworzy folkowy klimat swoich kompozycji. Nie uświadczymy tu żadnych ludowych instrumentów, a nawet klawiszy – tylko czysty, szorstki heavy metalowy skład, umiejętnie wplatający w swoje partie tradycyjne inspiracje, przejawiające się w specyficznej melodyce riffów, solówek i godnych minstrela wokali, raz po raz kojarzących się z odpowiednio cięższą wersją dokonań Iana Andersona z Jethro Tull.

Z cyklu “Piosenki roku”: There’s a crow on the barrow

link do youtube

+ + +

8. Nux VomicaNux Vomica

Nux Vomica - Nux Vomica

Gatunek: melodic death metal
Kraj pochodzenia: USA
Wytwórnia: Relapse Records

Obecność Nux Vomica w tym zestawieniu jest dla mnie jedną z największych tegorocznych niespodzianek. Bez zbędnych wstępów, to po prostu zajebista płyta, stylistycznie plasująca się gdzieś pomiędzy melodyjnym deathem a crust punkiem, w progresywnym wydaniu. Coś jak melodeathowy odpowiednik Nachtmystium z czasów pierwszego Black meddle. Krążek zawiera trzy rozbudowane kompozycje, z których każda jest podróżą przez pozbawione nadziei głębiny ludzkiej marności – nałogi, fobie i przytłoczenie przez rzeczywistość w świecie nieuchronnie staczającym się ku katastrofie. Utwory pulsują gniewem, nieustannie się zmieniają, czają się chwilę, by eksplodować z niepohamowaną gwałtownością, naszpikowane ciekawymi pomysłami i mnóstwem doskonałych riffów. Kiedy oczy całej metalowej sceny zwrócone były ku premierze nowego albumu At The Gates, poniekąd pokrewnego w swym charakterze, bez porównania ciekawszy materiał nieomal przeszedł bez echa.

Z cyklu „Piosenki roku”: Choked at the roots

link do bandcamp

+ + +

9. EmptinessNothing but the whole

Emptiness - Nothing but the whole

Gatunek: post black metal
Kraj pochodzenia: Belgia
Wytwórnia: Dark Descent Records

Nothing but the whole to niezwykle wciągająca i sugestywna wycieczka w głąb koszmaru, zaczynająca się już od dziwnie niepokojącej okładki. Panująca na tym albumie atmosfera poraża, ale nie byłoby dla niego miejsca w szeregu dziesięciu wybrańców, gdyby nie garnitur mistrzowsko skomponowanych utworów. Próżno szukać wśród nich słabych momentów – od poprzedzonego wstępem, wwiercającego się w świadomość, hipnotyzującego kawałka tytułowego, przez skradający się, post punkowy All is known, zderzony z sadystycznym industrialem Tale of a burning man, po brutalnie urwany Lowland, każda piosenka pulsuje grozą, jednocześnie przykuwając uwagę mnogością smaczków. Belgowie rozwinęli swoje unikalne przestrzenne brzmienie, podkreślone przez cedzony przez zęby warkot wokalisty i wpuścili do kompozycji więcej powietrza. W 2014 roku światło dzienne ujrzało kilka płyt utrzymanych w zbliżonej estetyce powolnego quasi-blacku, choćby Savage gold Tombs, Death mask Lord Mantis, czy III Twilight, jednak dzieło The Emptiness ma w sobie dużo więcej oryginalności i ostatecznie trudno mi się od niego uwolnić, podczas gdy o pozostałych trzech przed chwilą wymienionych już dawno zapomniałem.

Z cyklu “Piosenki roku”: Nothing but the whole

link do youtube

+ + +

10. Septicflesh Titan

Septicflesh - Titan

Gatunek: symphonic death metal
Kraj pochodzenia: Grecja
Wytwórnia: Season of Mist

Septicflesh ma swoich zagorzałych zwolenników, jak i zaciętych wrogów, a Titan, jako konsekwentna kontynuacja drogi obranej przez muzyków na Communion, podzielił, zdaje się, obie grupy jeszcze bardziej niż poprzednie ich dokonania. Panowie Spiros, Sotiris i Christos poszli na całość, ponownie zaprzęgli do sesji Praską Orkiestrę Symfoniczną i stworzyli dzieło, w którym tuby, trąby, wiolonczele, kotły et cetera, współgrają na równych prawach z brutalnym atakiem death metalowego instrumentarium. Dla mnie ten krążek to strzał w dziesiątkę – absolutnie nie zgadzam się z twierdzeniem, że metal powinien trzymać się z dala od filharmonii, bo dobrze skomponowany, przemyślany mariaż ekstremy z muzyką poważną, a z takim mamy do czynienia w wypadku Titan, potrafi wypaść doprawdy powalająco. Do moich ulubionych kawałków należą opatrzona niepokojącymi wstawkami rogów, wionąca mroczną aurą Dogma, Prototype, brzmiący momentami jak gdyby Ryszard Wagner napisał ścieżkę dźwiękową do Psychozy oraz numer tytułowy z błyskotliwym połączeniem prostego, efektywnego karabinowego riffu z piękną grą smyków, spuentowanym niesamowitym występem chóru w refrenie.

Z cyklu „Piosenki roku”: Dogma

link do youtube

+ + +

Muszę przyznać, że na dobiegu odpadło kilka tytułów, które w bardzo niewielkim stopniu ustąpiły pola tym ostatecznie wybranym. Zdecydowanie warto zwrócić na nie uwagę, potraktuję je więc jako miejsce jedenaste ex aequo:

Voices – London. Szalony, awangardowy black-death w wykonaniu byłych członków nieodżałowanego Akercocke, minus Jason Mendonça. Chyba jeszcze bardziej popieprzona muzyka, niż dokonania ich macierzystej kapeli.

BehemothThe Satanist. Kawał zajebistego behemothowego napierdalania, z lekkim zwrotem ku blackowi. Szkoda, że otoczka robi się coraz bardziej naiwna… Habemus Satanas (…) Phallus Dei, (…) Viva blasphemia! Pewnie, ale czemu tak na poważnie?!

FallujahThe flesh prevails. O Fallujah dużo się pisało w ubiegłym roku. Istotnie, Amerykanie wypuścili bardzo ciekawy materiał – bezkompromisowy, techniczny death metal, zestawiony z przepięknymi, delikatnymi partiami gitary wiodącej. Brzmienie niestety trochę kładzie tę muzykę, sprowadza bowiem wyrafinowane kompozycje do poziomu subtelności młota pneumatycznego.

1349Massive cauldron of chaos. Naprawdę solidna płyta wyszła Ravnowi, Frostowi i spółce, po średnich Demonoir i Revelations of the black flame. Prawie black thrashowa. Postmortem nie tylko z tytułu kojarzy się ze Slayerem  - siecze również podobnie. Nie inaczej ma się sprawa z Mengele’s lub Exorcism. Z bardziej klimatycznych numerów zdecydowanie warto posłuchać kończącego album Godslayera i singlowego Slaves.

In flamesSiren charms. Chyba nikt już nie traktuje In Flames w kategoriach zespołu metalowego? Szwedzi zaserwowali na Siren charms zaskakująco fajne, rozrywkowe, hard rockowe numery. Refreny Everything’s gone, Paralyzed, With eyes wide open i Monsters in the ballroom za nic nie chciały się ode mnie odczepić w okolicach jesiennych miesięcy.

poniedziałek, 06 stycznia 2014
Podsumowanie roku 2013

Black Sabbath - 13Był to nietypowy rok na scenie metalowej, przynajmniej z mojej, prywatnej perspektywy. Wynikło to po części z faktu, że praktycznie żaden z niemałego grona ulubionych przeze mnie zespołów nie miał zaplanowanej premiery świeżego materiału, przez co siłą rzeczy zabrakło wydawnictw, do których podchodziłbym z dużą dozą emocji czy z niecierpliwością ich wyczekiwał. Ponadto zataczająca szerokie kręgi moda sprawiła, że całe zastępy kapel postanowiły brzmieć „vintage” albo przynajmniej oldskulowo i ostatecznie zewsząd atakowały kolejne objawienia typu Kadavar, Orchid, Enforcer, White Wizzard, In Solitude czy nieco bardziej ekstremalne Skeletonwitch, Satan’s Wrath, reklamowane przez wytwórnie, dystrybutorów i prasę jako nowe cuda świata. Fakt – większość z wymienionych kapel wydała krążki zawierające sporą dawkę świetnej muzy, ale jak zwykle – co za dużo, to niezdrowo!

Darkthrone - The underground resistanceUdzieliło się to niestety również starym wyjadaczom, takim jak Satyricon, który choć na najnowszym krążku zabrzmiał niewątpliwie ciepło, naturalnie i vintage, stępił sobie resztki zębów i pazurów, które jeszcze ostały mu się po kilkuletnim flircie z black and rollem i wypadł zmęczony, zblazowany i przeżuwający w zwolnionym tempie własny niedojedzony ogon. Nawiasem mówiąc, podobnie miała się dwa lata temu sprawa z Opeth. Przed paroma miesiącami powrót do przeszłości, choć niezupełnie swojej, zaliczył także Darkthrone, niemniej Fenriz i Nocturno wyszli z eksperymentu z tarczą.

Dobrą stroną zjawiska okazało się to, że dzięki zainteresowaniu klasycznym brzmieniem, mocny rok odnotowały zespoły, które rzeczywiście to brzmienie oryginalnie tworzyły. Mam na myśli choćby Satan, Hell, Motorhead, Saxon no i oczywiście Black Sabbath, którego 13, mimo że nie rzuciło mnie na kolana, okazało się godnym zwieńczeniem kariery tej pomnikowej kapeli.

Cronian - ErathemsPowyższy wywód mógłby sugerować, że uważam rok 2013 za muzycznie słaby, nie jest to jednak prawdą. Tak jak pisałem, nowa fala inspirowanego doomem occult rocka/metalu przyniosła mnóstwo fajnych piosenek, a także kilka naprawdę doskonałych albumów, natomiast na bardziej standardowym polu również pojawiło się wiele solidnych, satysfakcjonujących od początku do końca tytułów. Premierowe wydawnictwa Dream Theater, Tyr, Cronian, Deicide, Extol, Gorguts, Inquisition, Nightfall, Soilwork, Avatarium czy Sahg nie zostawiają wiele do życzenia, a to tylko część pozycji, które w pierwszej chwili przyszły mi do głowy.

Nie mogę nie wspomnieć o szeroko pojętej scenie post-metalowej, która w połączeniu z post-hardcorem i sludgem również święci w ostatnich czasach triumfy, coraz bardziej przebijając się do szerokiej świadomości słuchaczy i niekiedy zwracając uwagę mediów nie związanych bliżej z ekstremalną muzyką. Na międzynarodowym polu zdecydowanie wybiły się w mojej opinii krążki Kylesa i The Ocean, a ciekawym zjawiskiem okazał się zapraszający różową okładką i przyjaznym tytułem Deafheaven – post-black, który niespodziewanie zaistniał w świadomości krytyki muzycznej, zorientowanej na nurt indie. W Polsce natomiast bardzo przychylną prasę otrzymał Void mother warszawskiego Obscure Sphinx, okrzyknięty, tak jak niegdyś płyty Blindead, absolutnym objawieniem na krajowej scenie.

Skomponowanie poniższej listy sprawiło mi pewną trudność, właśnie ze względu na to, że choć w minionym roku nie odnotowałem ewidentnych olśnień, pojawiło się wiele bardzo równych, solidnych wydawnictw. Zestawienie stanowi więc swego rodzaju esencję zjawisk, o których napisałem w poprzednich akapitach.

Cult of Luna - Vertikal1. Cult of LunaVertikal. Po pierwszych przesłuchaniach najnowszego (nie licząc EPki Vertikal II) dzieła Cult of Luna nie przypuszczałem nawet, że znajdzie się ono w tegorocznym podsumowaniu.  To jednak album, który musi się przegryźć, uleżeć w głowie, i który – gdy poświęci się mu wystarczająco dużo uwagi i czasu – olśniewa bogactwem kompozycji i wprost miażdży klimatem. Jest niewątpliwie najbardziej interesującą, wciągającą i dojrzałą pozycją w dyskografii Szwedów, a jednocześnie numerem jeden w tegorocznym top 10.

2. Carcass – Surgical steel. Już po pierwszej rundce w odtwarzaczu pomyślałem: “Weterani wrócili i pokazali młodzieży jak się napierdala!”. Po prostu petarda – ciężka , acz melodyjna, przebojowa i niebanalnie skonstruowana muza. Mówiąc krótko, Brytyjczycy zdeklasowali całą konkurencję na swoim, całkiem przecież zatłoczonym, melo-deathowym polu.

Ghost - Infestissumam3. Ghost – Infestissumam. Jak wspomniałem wcześniej, cała ta hipsterska, vintage occult rockowa rewolucja, przyniosła kilka naprawdę dobrych albumów, wyłaniających się z zalewu trudnych do rozróżnienia sabbathowo-zeppelinowych klonów. Zdecydowanie najlepszym z nich jest bezbłędny Infestissumam – kopalnia niepokojących w swej radosnej przebojowości piosenek, bezgranicznie sławiących dobre imię pana ciemności.

4. Rotting Christ – Κατά τον δαίμονα εαυτού. Jest to kolejna w tym zestawieniu płyta, która przy pierwszym podejściu sprawiła na mnie przeciętne wrażenie, dziś natomiast uważam ją za jedną z najmocniejszych tegorocznych pozycji. Bardzo klimatyczna, z drugiej zaś strony uderzająca ze znajomą siłą greckiego pociągu towarowego, wiozącego dusze potępionych do Tartaru.

Ayreon - The theory of everything5. Ayreon – The theory of everything. Dziewiąte już, wielkie w swych założeniach wydawnictwo Arjena Lucassena, choć jak zwykle, pomimo poważnej „fabuły” nieco cukierkowe, stąd niepolecane dla osób nadwrażliwych na kicz, okazało się potężnym sukcesem. Polecam wziąć w rękę książeczkę i śledząc teksty wraz z didaskaliami, przesłuchać oba krążki od dechy do dechy. Spośród pozycji w dorobku Holendra, jest to murowany kandydat do listy koncept albumów wszech czasów.  

6. Blood Ceremony – The eldritch dark. Następne, nad wyraz udane dziecko rewolucji. Blood Ceremony prezentuje idealne połączenie ciężaru wczesnego Black Sabbath z folkowym zacięciem Jethro Tull, ze wskazaniem na doskonałe wykorzystanie fletu. W połączeniu z głosem charyzmatycznej wokalistki, elementy te, mimo że odgrzebane z lamusa, brzmią zaskakująco świeżo.

7. Audrey Horne Youngblood. Najlepszy stricte hard rockowy krążek ubiegłego roku. Właściwie każda piosenka na Youngblood wprost tryska energią i jest potencjalnym hitem. Aż dziw bierze, że zespołowi nie udało się z tym materiałem dotrzeć do nieco szerszej publiczności.

Atlantean Kodex - The white goddess8. Atlantean Kodex – The white goddess. Niemcy załapali się na tę listę w ostatniej chwili. Epicki doom metal, który prezentują, pochodzi z najwyższej półki, zarezerwowanej dotąd dla klasyków pokroju Solstice i While Heaven Wept. Jest autentyczny, monumentalny i podniosły, a przede wszystkim, mimo kolosalnych kompozycji, pełno w nim zaraźliwych melodii i motywów.

9. Altar of Plagues – Teethed glory and injury. Pożegnalną płytę Irlandczyków wypełniają bardziej zwięzłe niż w przeszłości kompozycje, pełne mizantropijnych post-blackowych zgrzytów i dysonansów, ambientowych plam oraz potęgujących atmosferę szaleństwa hałasów. Teethed glory and injury to świetny choć przerażający materiał, w minionym roku bezsprzecznie najlepszy w swoim gatunku.

Altar of plagues - Teethed glory and injury10. Ashes of Ares – Ashes of Ares. Obawiałem się, że album ten powstnie jedynie jako pretekst dla wokalnych popisów znanego z Iced Earth Matta Barlowa i jak to często w podobnych sytuacjach bywa, kuleć będzie w warstwie instrumentalnej i kompozycyjnej. Nic bardziej mylnego (zresztą w składzie kapeli znajduje się również Van Williams, bębniarz z nieodżałowanego Nevermore). Krążek wypełniają solidne, zróżnicowane utwory, zgrabnie łączące thrashowe  brzmienie i ciężar z power metalowym zadęciem i natchnioną atmosferą, mogące spokojnie stanąć w szranki z najświeższymi dokonaniami ekipy Jona Schaffera.

Asymmetry Festival - Mayhem by NamtarMiniony rok uważam za bardzo udany pod względem koncertowym. Na szczególną wzmiankę zasługuje genialny festiwal Asymmetry we Wrocławiu, wreszcie skomasowany w jeden majowy weekend. Trzy dni muzyki z różnej beczki, luźno związanej ze sceną ekstremalną, alternatywną i awangardową, w pięknym otoczeniu Hali Stulecia. Dobór kapel, od ultraciężkich w postaci Mayhem i Vader, przez postowe Cult of Luna, Amenra i Agalloch oraz awangardowo-jazzowe Shining i Metallic Taste of Blood, po eksperymentalny teatr Von Magnet i rapującego Astronautalisa sprawił, że na chwilę metal w całej swojej niepohamowanej brutalności i paskudności zagościł „na salonach” współczesnej, modnej kontrkultury… zabawne wrażenie.

Impact Festival - Rammstein by NamtarPoza tym wreszcie udało mi się zobaczyć na żywo Rammstein. Muszę stwierdzić, że ich legendarna już koncertowa reputacja jest w pełni uzasadniona i choć raz w życiu należy ich występu doświadczyć! To jedyna w swoim rodzaju, tak doskonale naoliwiona machina, która łączy budzącą podziw, dopracowaną w najdrobniejszym szczególe oprawę wizualną z szeregiem wyśmienitych, całkiem przecież ciężkich, wspaniale przebojowych, imprezowych piosenek.

Dotarłem również do Berlina na Rush, który w ramach trasy promującej doskonały Clockwork angels dał wspaniały show, ale specyficzny dobór historycznych utworów na setlistę pozostawił pewien niedosyt, który mam nadzieję w przyszłości zaspokoić.

Brutal Assault - Borknagar by Namtar18 odsłona czeskiego Brutal Assault mogła się pochwalić wypasionym line-upem, w związku z czym uważam ją za najlepszą od 2-3 lat. Ostrzyłem sobie zęby na Borknagar, Fear Factory (po raz kolejny), Obscura, Misanthrope, Carcass, Overkill, Testament, Primordial, Leprous z Ihsahnem, Solefald i Carpathian Forest i żadna z tych kapel nie zawiodła moich oczekiwań. Żałuję tylko, że do Josefova nie dotarł Killing Joke.

Wybrałem się także na kilka małych koncertów, z których szczególnie urzekły mnie te kameralne, odbywające się w niewielkiej salce Sceny pod Minogą w Poznaniu, a mianowicie Hexvessel z Sabbath Assembly i niedawny Bombus. Potrzeba bardzo szczególnego podejścia muzyków, aby w gronie 30-40 osób pod sceną wytworzyć tak magiczną atmosferę i rozruszać towarzystwo, lecz wspomniane bandy dały sobie świetnie radę, pozostawiając niezapomniane wrażenie wspólnoty z fanami.

Sabbath Assembly by NamtarCiekaw jestem zapowiedzianej płyty rodzimego Behemotha, który od miesięcy swoimi spektakularnymi występami ostrzy apetyty na premierowy materiał. Czy Nergal, po przejściach i otrzaskany na krajowych salonach powróci niezmanierowany do markowego łojenia? Wydany niedawno singiel Blow your trumpets Gabriel sugeruje, że ewentualne obawy są nieuzasadnione i czeka nas rasowa, krwista masakra. Niemałym wydarzeniem na pewno będzie nadchodzący łódzki koncert Black Sabbath, na który bilet grzecznie czeka już w mojej szufladzie. Choć obawiam się kondycji brytyjskich weteranów, a zwłaszcza zniszczonego hulaszczym życiem Ozzy’ego, odpuszczenie obejrzenia na żywo legendarnych ojców metalu absolutnie nie wchodzi w grę.

*Zdjęcia z koncertów zostały wykonane przez Namtara.

19:43, namtar_of_irkalla , Komentarze
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 stycznia 2013
Podsumowanie roku 2012

Choć na Irkalli było przez ostatnich kilka miesięcy cicho, czas muzycznego podsumowania minionego roku zmobilizował mnie do ponownego sięgnięcia po klawiaturę. Zwłaszcza, że A.D. 2012 przyniósł co najmniej kilku niespodziewanych kandydatów do zajęcia miejsca na tradycyjnej liście Top 10. Oto ostateczne zestawienie płytowe:

Rush - Clockwork angels1. RushClockwork Angels. Na pierwszym miejscu nie mógł znaleźć się inny album. Kanadyjczycy udowodnili, że na polu progresywnego rocka nie mają sobie równych, mimo kolejnych krzyżyków na karku. Energia płynąca z tego wydawnictwa jest wprost niesamowita, kompozycje momentalnie zapadają w pamięć, a techniczny kunszt muzyków sprawia, że już samo słuchanie pracy poszczególnych instrumentów przynosi ogromną satysfakcję. Artyści pokazują, że w ramach szeroko pojętego rocka nie uznają barier i niejednokrotnie, z uderzającą lekkością, przekraczają granice pomiędzy ciężarem zarezerwowanym, zdawać by się mogło, dla młodszych kapel (choćby "główny" riff BU2B czy cały, doskonały Headlong Flight), a klasycznym dźwiękiem w stylu ich wcześniejszych dokonań.

2. MeshuggahKoloss. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta płyta na początku ubiegłego roku, mimo że pozornie nie różni się mocno od poprzednich dokonań Szwedów. Jej recenzja znajduje się Tutaj. W tej chwili pozostaje mi jedynie napisać, że wytrzymała tę niewielką próbę czasu i po upływie ponad dziewięciu miesięcy od premiery nadal nie mam wątpliwości co do jej pozycji na niniejszej liście.

Cattle Decapitation - MOI3. Cattle DecapitationMonolith of inhumanity. Co do zasady nie śledzę sceny grindcore'owej, ale od momentu kiedy na stronie Metal Blade Records trafiłem na ultraciężki klip do wywołującego ciarki na plecach kawałka Kingdom of Tyrants wiedziałem, że muszę zapoznać się z najświeższym materiałem tych popieprzonych, wegetariańskich aktywistów z San Diego. To, co ci goście robią  z deathem i grindem na swoim ostatnim krążku trudno określić jednym słowem. Jest to, z jednej strony, koszmarnie brutalna i bezlitośnie nieprzystępna muzyka, z drugiej zaś opatrzona wystarczającą ilością chorego klimatu i kompozycyjnej różnorodności, by zachęcić słuchacza do wyłuskania ze ściany dźwięku zawartego w niej przesłania. Dopiero dotarcie do owego sedna pozwala w pełni odczuć potęgę Monolith of inhumanity, która przeraża swoją dobitnością, jest bowiem makabrycznym komentarzem do realnych, aktualnych problemów – pomnikiem postawionym nieludzkości.

4. Carach AngrenWhere the corpses sink forever. Pochodzący z Holandii Carach Angren dokonali bardzo trudnej sztuki, a mianowicie nagrali symfoniczno – black metalowy album, który utrzymuje wszelkie cechy charakterystyczne dla tej stylistyki, a więc rozbuchane klawiszowe aranżacje, klasyczną instrumentalizację i piękną, mroczną atmosferę, a jednocześnie nie popada w gotycki kicz, pozostaje brutalny, obskurny i duszny. Ogromnym plusem materiału są teksty, układające się w króciutkie opowiadania w konwencji horroru, których motyw przewodni stanowią okrucieństwa drugiej wojny światowej. Co ciekawe, warstwa wokalna płyty została ściśle podporządkowana treści poszczególnych utworów, a stojący za mikrofonem Seregor, nie szczędząc ekspresji wciela się na przemian to w narratora, to w bohaterów przedstawianej makabry. Mimo ambitnych założeń muzykom udało się utrzymać spójny, piosenkowy wręcz charakter kompozycji, co stanowi ostateczny czynnik, windujący Where the corpses sink forever do czołówki metalowych wydawnictw ostatnich lat.

Kreator - Phantom antichrist5. KreatorPhantom antichrist. Niemcy bez wątpienia doskonale wiedzą, jak nagrywać klasyczny, przebojowy, szybki i agresywny metal. Ich najnowsze wydawnictwo to prawdziwa petarda, zawierająca sto procent murowanych hiciorów, z których każdy naładowany jest koncertowym potencjałem na miarę People of the lie, Flag of hate czy Violent revolution. Część materiału, jak choćby utwór tytułowy, czy From flood into fire cechuje epicki klimat, rzadko spotykany na wcześniejszych krążkach Kreator i większa ilość chwytliwych melodii, niż choćby na poprzednim Hordes of chaos. Phantom antichrist to jedna z najbardziej cieszących ucho produkcji minionego roku, idealna gdy ma się ochotę na odrobinę prostej, acz wysokojakościowej rozrywki i trzy kwadranse radosnego machania czerepem.

6. HeidevolkBatavi. Kolejne zaskoczenie. Heidevolk zawsze plasował się w niższych partiach mojego rankingu kapel parających się folk metalem. Najnowsza płyta Holendrów przyniosła jednak lekki zwrot w stronę mroczniejszych, nieco cięższych niż dotychczas dźwięków i to wystarczyło, by powstało czterdzieści minut naprawdę interesującej muzyki. Wystarczy posłuchać inspirowanego viking blackiem Het Verbond det Rome, by przekonać się na czym polega owa delikatna zmiana nastroju. Jest to, nawiasem mówiąc, jedna z najlepszych metalowych piosenek minionego roku.

7. GojiraL'enfant sauvage. Na najnowszym krążku Gojira w przekonujący sposób połączyła czynniki wyróżniające ich kolejne wydawnictwa z tłumu współczesnych, podobnych kapel. Są tu więc rytmiczne połamańce zaczerpnięte z djentu, które dominowały na The way of all flesh, przydające dynamiki ciężkiemu groove i klimatowi rodem z From Mars to Sirius. Doskonałe zagrywki Mario Duplantiera na bębnach, klimatyczne pasaże gitary jego brata oraz cała masa drobnych smaczków jak choćby okazjonalnie wprowadzany vocoder sprawiają, że L'enfant sauvage posiada głębię, przewyższającą dotychczasowe dokonania grupy.

Threshold - March of progress8. ThresholdMarch of progress. Weterani progresywnego metalu zeszli się ponownie z oryginalnym wokalistą Damianem Wilsonem i po ponad pięciu latach milczenia wydali nowy album. Zmiana za mikrofonem spowodowała, że ogólny charakter nowego materiału jest bardziej heavy metalowy, niż miało to miejsce w przypadku poprzednich krążków, zwłaszcza Critical mass i Dead reckoning. Główną zaletą March of progress są jednak po prostu świetne kompozycje, zwłaszcza rozbudowany, Don’t look down, dynamiczny Ashes, czy podniosły, melancholijny Staring at the sun.

Ne Obliviscaris - Portal of I9. Ne ObliviscarisPortal of I. Monumentalny, trwający ponad siedemdziesiąt minut album muzyków z Australii jest wymagający, ale wynagradza wysiłek włożony w jego uważne przesłuchanie. Utwory, których czas trwania oscyluje wokół dziesięciu – dwunastu minut przypominają połączenie współczesnego Enslaved z bardziej tradycyjnym metalem progresywnym i muzyką klasyczną. Dominujące agresywne partie przeplatane delikatnymi aranżacjami skrzypiec, płaczącymi gitarami i prawie jazzową pracą perkusji tworzą rozbudowane, barwne kompozycje, składające się na imponującą całość i krótko mówiąc, debiut roku.

10. Paradise LostTragic Idol. Ponurzy Brytyjczycy zrobili kolejny krok na ścieżce ku przywróceniu ich muzyce pierwotnego ciężaru, zatraconego na przełomie wieków. Już dwa poprzednie krążki Paradise Lost nosiły znamiona dawnej wielkości, ale moim zdaniem dopiero Tragic idol jest skończonym, spójnym doom metalowym dziełem. W głosie Nicka Holmes'a słychać znajomą desperację, zmieszaną z narastającą wściekłością, której kulminacja następuje w kawałkach Fear of impending hell, In this we dwell i Theories from another world. Oczywiście nie brak tu delikatniejszych momentów, jak choćby w Solitary one i Tragic idol, ale stanowią one uzupełnienie,a nie wyznacznik panującej na krążku atmosfery.

17:46, namtar_of_irkalla , Komentarze
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2012
Nergal w Risen 2

Dla wszystkich metalowców zainteresowanych grami komputerowymi, publikuję fragment maila, którego otrzymałam dzisiaj od pana Konrada Rawińskiego z firmy Cenega:

Cenega, oficjalny partner firmy Deep Silver w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech z przyjemnością informuje, że w grze Risen 2: Dark Waters wystąpi Adam „Nergal” Darski, wokalista znanego na całym świecie death metalowego zespołu Behemoth. Nergal wraz z ujawnionymi kilka dni temu czołowymi polskimi aktorami dubbingowymi (Mirosławem Zbrojewiczem, Jarosławem Boberkiem, Jackiem Kopczyńskim, Jackiem Mikołajczakiem, Robertem Tonderą, Andrzejem Blumenfeldem i Pawłem Galią), stanowi trzon obsady polskiej wersji Risen 2: Dark Waters. Gra będzie dostępna w sklepach 27 kwietnia 2012 r., w dniu europejskiej premiery tego tytułu. 

„Gdy dostałem propozycję, zależało mi, żeby nie był to na przykład elf czy wróżka, tylko jakiś skurczybyk.” – powiedział Nergal. W Risen 2: Dark Waters wcieli się w rolę Slayne’a –  obdarzonego niezwykłą charyzmą kapitana piratów. Oczytany, niezwykle inteligentny, nienagannie ubrany, potrafi owinąć sobie dookoła małego palca każdego, a w szczególności przedstawicielki płci pięknej. Mistrz intryg i prowokacji, od pierwszego kontaktu sprawia wrażenie starego, świetnego kumpla. Pod maską przyjaźni i braterstwa kryje się zimny, wyrachowany gracz, mający precyzyjnie zdefiniowane cele i nie wahający się użyć wszelkich środków potrzebnych do ich osiągnięcia. O swoim udziale w nagraniach do gry Risen 2: Dark Waters Nergal powiedział: „Bardzo mi się podobało i nie mogę doczekać się, kiedy ta gra ukaże się na rynku.”

Próbki dźwiękowe z nagrań
Oficjalna strona gry
Oficjalna strona firmy Cenega

Tagi: news
18:15, ereshkigal_of_irkalla , Komentarze
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2012
Podsumowanie roku 2011 - Namtar

Minął rok 2011. Czy był satysfakcjonujący z punktu widzenia słuchacza szeroko pojętej ekstremalnej muzyki? Na pewno nie tak bardzo, jak ubiegły, myślę jednak, że mimo wszystko nie ma powodów do narzekania. Rzecz w tym, że o ile ostatnie dwanaście miesięcy obfitowało w premiery niewątpliwie solidnych pozycji, o tyle wyłuskanie z ich grona jednostek wybitnych nastręczyło mi tym razem nie lada problemu. Poniżej przedstawiam te tytuły, które po trudnej klasyfikacji znalazły się w pierwszej dziesiątce.

Primordial1. PrimordialRedemption at the puritan’s hand. Oczywiście, tej płyty nie mogło zabraknąć w zestawieniu. Irlandczycy po raz kolejny stworzyli skończone arcydzieło i choć nie przeskoczyli poprzeczki ustawionej przez siebie w 2007 roku za sprawą To the nameless dead, to i tak zostawili ewentualną konkurencję daleko w tyle, a kawałki takie jak Puritan’s Hand, The Black Hundred czy wspaniały Bloodied yet unbound zapewne jeszcze długo wywoływać będą ciarki na moich plecach.
Recenzja Redemption at the puritan's hand - Tutaj

2. Pain Of SalvationRoad salt two to mój drugi żelazny faworyt. Szwedom udało sie utrzymać zdumiewająco wysoki poziom po pierwszej części historii i dopełnić ją wyśmienitą, zanurzoną w klimatach vintage kontynuacją, w niczym nie ustępującą krążkowi z 2010 roku, a w ostatecznym rozrachunku może nawet barwniejszą i zawierającą bardziej zróżnicowany materiał.
Recenzja Road salt two - Tutaj

Absu3. Absu – Abzu. Po prostu rasowy, bezlitosny, acz niezwykle ambitny black thrashowy killer, którego markowa mitologiczna otoczka i techniczne mistrzostwo winduje do absolutnej czołówki. Pełen profesjonalizm Proscriptora McGoverna ponownie dał o sobie znać, dzięki czemu trudno się oderwać od tych trzydziestu pięciu minut „mythological occult metalu”.
Recenzja Abzu - Tutaj

4. 40 Watt SunThe inside room. Wokalista i gitarzysta Patrick Walker z nieistniejącego już zespołu Warning uformował z kolegami po fachu nowy projekt, którego pierwsza płyta trafiła w ubiegłym roku na sklepowe półki. The inside room to kawał pięknej, choć porażająco smutnej, powolnej i ciężkiej muzyki, jej siła tkwi zaś głównie w niemożliwym do pomylenia, balansującym na granicy rozpaczy głosie frontmana. Zdecydowanie jest to doom metalowe objawienie roku.

5. Communic – The bottom deep. Spośród czterech albumów w dyskografii Norwegów to właśnie The bottom deep najcelniej trafił w moje gusta. Z jednej strony zespół nie poświęcił ani odrobiny z progresywnego wydźwięku swoich starszych kompozycji, z drugiej zaś stworzył dzieło zdecydowanie najbardziej przejrzyste i zapadające w pamięć, którego słuchanie nie wywołuje lekkiego poczucia przesytu, jakie towarzyszyło mi przy obcowaniu z poprzednimi, także przecież wyśmienitymi wydawnictwami Oddleifa Stenslanda i spółki.
Recenzja The bottom deep - Tutaj

6. ICS VortexStorm seeker. Od dawna miałem nadzieję, że wreszcie nadarzy sie okazja, by usłyszeć pana Hestnæsa w autorskim materiale na pełnowymiarowej płycie. I oto udało się – ICS Vortex zaprezentował światu mieszankę post-blackowych wpływów, melodyjnego metalu i inspiracji rockiem z lat siedemdziesiątych, okraszoną momentalnie rozpoznawalnym wokalem. Być może nie emanuje ona smołą, siarką, piekłem i Szatanem, co wydawałoby sie na miejscu, z uwagi na narodowość autora i ogólną charakterystykę sceny, z której się wywodzi, ale tak czy inaczej słucha się jej doskonale.
Recenzja Storm seeker - Tutaj

hell7. HellHuman remains. Pówrót ze świata umarłych kultowego zespołu przynależnego do nurtu NWOBHM okazał się strzałem w dychę. W natłoku młodych kapel imitujących brzmienie z początku lat 80. weterani z Hell w składzie odświeżonym przez wokalistę z aktorskim zacięciem – Davida Bowera wypadają wyjątkowo współcześnie. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, że kompozycje składające sie na Human remains zostały w istocie napisane niemal dwie dekady temu.

8. SepticfleshThe great mass. Panowie Antoniou ponownie zabrali słuchaczy w podróż do mrocznego świata snów, magii i okultyzmu. Dzięki śmiałemu łączeniu diabelnie ciężkich, acz klimatycznych partii z pogranicza deathu z rozbuchanymi symfonicznymi aranżacjami już dawno zyskali sobie status jednego z najciekawszych zespołów parających się graniem szeroko pojętego gothic metalu. Nie inaczej niż w przypadku Communion z 2008 roku, album The great mass jest bezsprzecznie wart każdej minuty poświęconej na obcowanie z nim.

machine head9. Machine HeadUnto the locust. Muszę powiedzieć, że dziwnie się czuję umieszczając tę kapelę na niniejszej liście. Zawsze drażniło mnie podwórkowo – szkolne, do bólu amerykańskie zacietrzewienie Robba Flynna, jego ociekające infantylnym patosem, antyestablishmentowe liryki o ciężkim życiu młodego Jankesa i szacunku na dzielni oraz muzyka raczej z gatunku „jumpdafuckup”. Niemniej jednak, od albumu The blackening zacząłem baczniej zwracać uwagę na poczynania MH, krążek ów stanowił bowiem zwrot w stronę bardziej złożonego, cięższego grania, co jakoś zrekompensowało rzeczony irytujący klimacik. Następca Zaczernienia okazał się zaskakująco fajnym krążkiem, równie ambitnym w sferze instrumentalnej, obfitującym w ciekawe smaczki, a zarazem jakby mniej pretensjonalnym i bardziej zróżnicowanym.

10. Iced EarthDystopia. Jon Schaffer sprawił mi w tym roku miłą niespodziankę, nagrywając pierwszą od lat naprawdę dobrą płytę. Zaskoczenie było tym większe, że nie spodziewałem się usłyszeć od Amerykanów tak mocnego materiału, zarejestrowanego w składzie z wokalistą innym niż nieodżałowany Matt Barlow. Podobnie jak w przypadku punktu dziewiątego, od amerykańskiego patosu, bijącego w zasadzie bardziej z otoczki niż samej muzyki na Dystopii, co wrażliwszych mogą rozboleć zęby. Jeśli jednak jest sie w stanie przymknąć oko na tę estetykę – satysfakcja gwarantowana.
Recenzja Dystopia - Tutaj

Tak jak pisałem na początku artykułu, pojawiło się jeszcze co najmniej kilka krążków, które równie dobrze pasowałyby do powyższej listy. Należą do nich choćby świetny Jordpuls Vintersorga, niespodziewanie udana Biało – czarna Kata, odjechany i ekstremalny do granic możliwości Agony włoskiego Fleshgod Apocalypse czy imponujące deathowe dzieła Nader Sadek i rodzimego Vadera.

morbid angelMiniony rok znamionowały nieudane eksperymenty. Po pierwsze, zniszczony przez krytykę Illud divinum insanus Morbid Angel, który obgryzającym zęby w oczekiwaniu fanom przywalił z liścia kiepską mieszanką  groove’a i tępego industrialu, spod której tylko miejscami prześwieca potencjał tej zasłużonej kapeli. Innym przykładem na jałowe poszukiwanie nowych środków wyrazu była, miejmy nadzieję, jednorazowa kooperacja Metalliki z Lou Reedem, dekadenckim i bądź co bądź kultowym artystą znanym choćby z The Velvet Underground. Muzyczna beznadzieja wiejąca z tego wydawnictwa okazała się po prostu przytłaczająca, choć samo nietuzinkowe zamierzenie wydawało mi się intrygującym. Podobnie sytuacja wyglądała z nowym albumem Korn. Po szumnych zapowiedziach radykalnego połączenia nowoczesnego hard rocka z muzyką techno (ponoć autorstwa uznanych twórców) światło dzienne ujrzała płyta smętna, nudna i pozbawiona polotu.

rushNaprawdę ciekaw jestem, jakie muzyczne niespodzianki szykują się na rok 2012. Cieszę się na planowaną premierę Clockwork angels Rush, a także żywię nadzieję, że napłyną dobre wieści z obozu Nevermore, którego rozpad wiosną 2011 był dotkliwym rozczarowaniem.  Z niecierpliwością czekam również na bliższe informacje o nadchodzącym powrocie i nowym wydawnictwie praojców metalu, Black Sabbath. Na The devil you know Heaven And Hell słychać, że panowie Iommi i Buttler są w doskonałej formie – jak w to towarzystwo na powrót wpasują się Ozzy i Bill Ward? Czas pokaże.

*Zdjęcie Proscriptora zostało wykonane przez Namtara podczas koncertu Absu na festiwalu Brutal Assault 2011.



14:30, namtar_of_irkalla , Komentarze
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 stycznia 2011
Podsumowanie roku 2010 - Namtar

W związku z tym, że zaczął się rok 2011, postanowiłem zamieścić na irkalli podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy pod względem płytowym. Zapraszam do lektury mojego prywatnego top 10 (a nawet top 11) oraz garści ogólnych przemyśleń na temat ubiegłorocznych wydawnictw.

1. Pain of Salvation – Road salt one. Jest to mój niekwestionowany album roku. Pisałem jakiś czas temu recenzję tego dzieła – można ją przeczytać tutaj. Dość powiedzieć, że od pierwszego przesłuchania nie miałem wątpliwości, że będzie to faworyt praktycznie niemożliwy do zdetronizowania. Dziś, ponad pół roku po premierze RS1 emocje nieco ostygły, jednak po krótkim zastanowieniu – palma pierwszeństwa nie mogła przypaść innemu krążkowi. 

The Obsidian Conspiracy

2. NevermoreThe obsidian conspiracy. Dokładnie odwrotnie, niż w przypadku poprzednika – nowy album panów z Seattle po pierwszym przesłuchaniu pozostawił pewien niedosyt i uczucie rozczarowania. Po doskonałym i pełnym impetu This godless endeavor oczekiwałem czegoś, co byłoby rozwinięciem tamtego kierunku. Dostałem natomiast płytę lżejszą, utrzymaną bardziej w klimatach solowego albumu Warrela Dane’a, chwytliwą, prostszą i dość stonowaną. Co więcej, odniosłem wrażenie, że to bledsza kopia Dead heart in a dead world, że to już było. Dopiero po kilku (nastu?) przesłuchaniach dotarło do mnie, iż większość tych zarzutów wysunąłem pochopnie. Owszem, nie znajdziemy tu nawałnicy na miarę Born, w zamian jednak dostaliśmy bardzo wyrafinowany materiał, pełen niebanalnych piosenek wśród których błyszczą takie perły, jak And the maiden spoke,The day you built the wall czy powalający ekspresją wokalną The blue marble and the new soul. Pod względem wokalnym jest to zdecydowanie najdoskonalsze z dotychczasowych dokonań Nevermore. Czy pan Dane osiągnął apogeum swoich możliwości? To się, mam nadzieję, jeszcze okaże.

Burton C. Bell

3. Fear Factory – Mechanize. Burton C. Bell sprawił mi w minionym roku wielką niespodziankę, zakopując topór wojenny z dawnym kolegą z zespołu, Dino Cazaresem i nagrywając płytę, która w sposób w pełni satysfakcjonujący spłukała niesmak po raczej żałosnym Transgression. Zagranie czysto komercyjne? Być może, jednak radocha z słuchania jest ogromna, tym bardziej, że prócz wspomnianego duetu wokalno – gitarowego, skład zasilił sam Gene Hoglan, godnie zastępując za perkusją nieodżałowanego Ray’a Herrera.

4. The Dead WeatherSea of cowards. To już druga niemetalowa płyta w tym zestawieniu. Starzeję się. Co zrobić, kiedy ten album do dzisiaj rozkłada mnie na łopatki swoim geniuszem. Duet Jack White – Alison Mosshart, wspomagany przez muzyków The Raconteurs i Queens of the Stone Age, przygotował miksturę bluesa i indie rocka, która łączy esencję twórczości Led Zeppelin, Jimiego Hendrixa i całej śmietanki sceny muzycznej lat 60. i 70. w napędzaną powalającą sekcją rytmiczną lokomotywę, bezlitośnie taranującą konkurencję na rockowym polu.

5. EnslavedAxioma ethica odini. Po lekkim post-metalowym skoku w bok na Vertebrae Norwegowie powrócili z albumem, który łączy wszystkie ich progresywne aspiracje oraz wyraźnie uwypuklone wikińskie korzenie z soczystym blackiem i sporą dawką specyficznie pojętej przebojowości. O ile do Ruun i jego następcy podchodziłem z odrobiną dystansu, o tyle ubiegłoroczna płyta bezbłędnie trafiła w moje gusta.

6. God DethronedUnder the sign of the iron cross. Jeszcze jakiś czas temu nie spodziewałem się, że nowy album militarystów z Holandii znajdzie się w tym zestawieniu. Być może to wczesna zimowa aura sprawiła, że Under the sign..., tak przecież podobny do poprzednika, bardzo dobrze wpasował się w moje oczekiwania względem muzycznej ekstremy i od czasu kiedy wyjąłem go z paczki z jednego ze sklepów internetowych, często kręci się w domowym odtwarzaczu. Zaprawiony nutą blacku death metal, w wykonaniu God Dethroned,  charakteryzuje się niesamowitą nośnością i słuchany wystarczająco głośno gwarantuje prawie czterdzieści minut rasowego headbangingu. Zadziwiająca zwięzłość jest, wbrew pozorom, zdecydowaną zaletą tego materiału. Dzięki niej zyskuje on bowiem siłę przebicia pocisku przeciwlotniczego i pozostawia za sobą tylko spustoszone zgliszcza.

7. Negura Bunget – Virstele Pamintului. Dzieło sztuki autorstwa zespołu z Timisoary. Jakiś czas temu pisałem na łamach tego bloga recenzję Virstele Pamintului, więc podobnie jak w przypadku Pain of Salvation, podaruję sobie powtórkę, w zamian załączając linka do pełnego tekstu.

8. Helloween7 sinners. Totalnie nieoryginalny tytuł i kolejna beznadziejna okładka w dorobku niemieckich klasyków power metalu stanowią tylko zmyślną przykrywkę dla naprawdę doskonałego albumu. Jestem pewien, iż wydanie na świat bezgranicznie katastrofalnej jubileuszowej kompilacji Unarmed także było strategicznym manewrem, mającym na celu uśpienie czujności fanów przed nadchodzącą płytą i tym samym spotęgowanie wywołanych przez nią pozytywnych doznań. Bez żartów – mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi 7 Sinners nie tylko dorównuje poprzedzającej ją Gambling with the devil, ale pod względem całokształtu zdecydowanie ją przebija. Nawiązujący klimatem do wspaniałego The dark ride album ostatecznie przywrócił mi wiarę w tych podstarzałych Niemców, których od czasu Keeper of the seven keys: The legacy zacząłem spisywać na straty.

9. Slough FegThe Animal spirits. Niestety jak dotąd nie udało mi się położyć rączek na oryginalnym krążku tych panów z USA, jednak już niedługo ma sie to szansę zmienić. Tak, czy inaczej, jest to jedno z moich największych odkryć minionego roku. Przyznam szczerze, nie miałem wcześniej okazji zetknąć się z muzyką owego zespołu i wychodzi na to, że wiele straciłem. Slough Feg prezentuje klasyczny heavy metal w nieco stonerowym klimacie, który nieodparcie kojarzy mi się z dokonaniami Iron Maiden, tyle że podanymi w zupełnie odmienny sposób. Galopująca sekcja rytmiczna, wspierająca zgrzytliwie brzmiące riffy i charakterystyczny, nieco chrypiący wokal składają się na album który pędzi naprzód we wspaniałym stylu i lśni, zwłaszcza w zestawieniu z bladym i niewyraźnym The final frontier wspomnianych tytanów z Wysp Brytyjskich.

10. NachtmystiumAddicts: Black meddle part 2. Na tej płycie Amerykanie z Nachtmystium ostatecznie odjechali od klasycznego black metalu, zagnieżdżając się gdzieś pomiędzy stylistyką Sarke, a floydowską psychodelą. Popełnili post-blackowe dzieło, album koncepcyjny, ukazujący świat z perspektywy rynsztoka i narkotykowego delirium, którego apogeum stanowi zaskakujący utwór No Funeral. Black electropop? Na to wygląda...

Indoctrine

10a. Blood RevoltIndoctrine. Porażający ekspresją wojenny manifest w wykonaniu frontmana Primordial i muzyków Axis of Advance wrył się w moją świadomość w momencie kiedy po raz pierwszy go usłyszałem. Połączenie wszechobecnego, niemal death-grindowego chaosu z podniosłymi, desperackimi wokalizami Alana Nemtheangi przyniosło niewiarygodny efekt, który z początku może trochę razić. Po kilku przesłuchaniach jednak okazało się, że wciąż mam ochotę do tej płyty wracać.

Ostatnie dwie pozycje na powyższej liście traktuję ex aequo. Najbardziej boleję nad tym, że nie zapoznałem się z kilkoma płytami, które okazały się nie do zdobycia w Polsce w momencie premiery, w związku z czym nie załapały się do zestawienia. Pierwszą z nich była Manannan irlandzkiego Mael Mordha, drugą zaś obecnie już dostępna w sprzedaży The Ocean Anthropocentric. W dzisiejszych czasach brak wydawnictwa na półce sklepowej nikogo już oczywiście nie ogranicza, ja jednak bezczelnie faworyzuję lśniące krążki, wskutek czego zgromadzonych na dysku plików mp3 po prostu nie miałem czasu z uwagą przesłuchać.

Scream

Bardzo dobrze bawiłem się w ubiegłym roku przy nowych płytach wykonawców, których wspominam z czasów wczesnego liceum. Mam na myśli Korn Vol. III: Remember who you are, Rob Zombie Hellbilly deluxe 2 oraz Scream Ozzyego Osbourne’a – krążki, które niejednokrotnie gościły w moim samochodowym odtwarzaczu. Artyści ci nie próbowali odkryć ameryki, ani wbrew oczekiwaniom, na siłę stronić od komercji, zaprezentowali za to bardzo przyjemne nagrania o dużym potencjale imprezowo – koncertowym.

Czy w roku 2010 spotkało mnie jakieś muzyczne rozczarowanie? Oczywiście, pojawiły się płyty poniżej oczekiwań. Jako pierwszy przychodzi mi na myśl At the edge of time Blind Guardian. Panowie zatracili gdzieś dawną magię i w rozbudowanych, wspaniale na pozór zaaranżowanych kompozycjach zagubili ducha kręgu bardów, znamionującego swą obecnością takie ich dzieła jak Somewhere far beyond i Nightfall in Middle–earth. Troszkę zawiedli mnie także szaleńcy z Dillinger Escape Plan, którzy na Option Paralysis wykazali sie niespodziewaną zachowawczością oraz tytani brytyjskiego heavy metalu ze Steve’m Harrisem na czele, staczający się po równi pochyłej pomimo prób odrestaurowania muzycznego stylu. Odnoszę nieodparte wrażenie, że Bruce Dickinson śpiewa trudniejsze partie z coraz większym wysiłkiem, a poszczególne utwory, choć bardziej zwięzłe niż na A matter of life and death, nadal są niepotrzebnie rozdmuchane i przekombinowane.

Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że miniony rok był na tyle dobry pod względem płytowym, iż zaspokoił większość moich oczekiwań. Ukazało się mnóstwo świetnych tytułów, spośród których tylko część załapała się do tego opracowania. Pozostaje mieć nadzieję, że 2011 będzie równie dobry. Wygląda na to, że pracę w studiu zamierza rozpocząć Primordial, poza tym wreszcie doczekamy się nowego wydawnictwa Rush, a także Septicflesh i kolejnych krążków Devina Townsenda. Nie pozostaje nic innego, jak zacząć zbierać fundusze.

*Zdjęcie Burtona C. Bella zostało wykonane przeze mnie podczas koncertu Fear Factory na festiwalu Brutal Assault 2010.

17:05, namtar_of_irkalla , Komentarze
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2