piątek, 19 lutego 2016
Relacja z koncertu: Helloween, Warszawa, Progresja 16.02.2016

Tak się złożyło, że kiedy poprzednio widziałem Helloween na koncercie, w trasie również towarzyszył im Rage. Byłem wówczas oddanym fanem Dyń, jak zresztą wielu innych zacnych niemieckich (i nie tylko) kapel power metalowych. Po trzynastu latach, podczas których ta część mojej płytoteki pokryła się warstewką kurzu, postanowiłem zrobić sobie sentymentalną podróż do Warszawy na gig promujący ich nowy album. Mimo spadku zainteresowania, przez minioną dekadę nie przestałem zupełnie śledzić ich dokonań i jestem do pewnego stopnia zaznajomiony ze wszystkimi wydawnictwami, które ostatnio spłodzili. Co więcej, uważam, że trzymają stały, całkiem niezły poziom, wobec czego spodziewałem się po wieczorze w Progresji masy dobrej zabawy i solidnie zdartego gardła. Nawiasem mówiąc, zaliczyłem również swego czasu epizod pod znakiem Rage, tak więc występ tria pod wodzą Peavy’ego Wagnera uznałem za nader sympatyczną przystawkę.

Helloween_4

Do klubu dotarłem mniej więcej w połowie show Crimes of Passion. Gdy zainstalowałem się na miejscu, a w mojej ręce wylądował pierwszy kubek piwa, Brytyjczycy właściwie gotowi byli do opuszczenia sceny. Stanąłem więc w jej okolicy w oczekiwaniu na Rage. Trzeba oddać Wagnerowi, że jest wystarczająco charyzmatyczny, by już po kilku minutach grania bez problemu zjednać sobie długowłosą brać. Inna sprawa, że jego zasługi na heavy metalowym polu są niemałe – idę o zakład, że większość zebranych tego dnia gości Progresji wiedziała kto zacz i nie potrzebowała dodatkowej zachęty do dobrej zabawy. Niestety, mimo że z przyjemnością słuchałem, a nawet śpiewałem hity w stylu Black in mind, End of all days czy nieśmiertelnego Higher than the sky, całość występu nieszczególnie mnie porwała. Oszczędnie zaaranżowanym i odegranym numerom zabrakło iskry. Wypadły statecznie, nie lepiej niż poprawnie, niemniej panowie spełnili swoje zadanie i z powodzeniem rozruszali publikę zanim na scenę wstąpiła gwiazda wieczoru.

Helloween_3

Helloween przywitali ludzi kombem w postaci Eagle fly free i Dr Stein. Nie sądzę, żeby na sali znalazł się ktoś niezadowolony z takiego manewru. Gardła niewątpliwie dostały w kość. Trzeci w kolejce, My God- given right, nie tak dobrze jeszcze zakorzeniony w mojej pamięci, dał mi trochę odsapnąć przed kolejnym dubeltowym wystrzałem, czyli Steel tormentor i Mr Torture. Zespół, jak przystało na starych wyjadaczy, momentalnie zawładnął lokalem. Andi Deris, w wyśmienitej formie wokalnej (gość naprawdę się wyrobił przez ostatnie kilkanaście lat), odziany w obowiązkową flanelową koszulę, śpiewał kolejne kawałki, gestykulując i zawłaszczając scenę do spółki z Markusem Grosskopfem. Klasyczny duet, wsparty przez relatywnie świeżą krew – Saschę Gerstnera – tworzył rozrywkowy trzon składu i z powodzeniem rozkręcał imprezę, podczas gdy Michael Weikath rzeźbił solówki zajmując, jak zwykle, ustronne miejsce z boku sceny. Dani Loeble zasiadł za imponującym zestawem perkusyjnym i łoił z młodzieńczą werwą, zapewniając piosenkom niezbędny impet. Otrzymał też swoje pięć minut na siarczyste solo, gdy pozostali Dyniogłowi łapali oddech na zapleczu. Bardzo dobrze zaprezentował się zwłaszcza w zestawieniu z garowym Rage, który, mam wrażenie, bez polotu wybijał proste, przewidywalne rytmy. Muzycy, choć nie tacy już młodzi, wypadli bardzo naturalnie i żywiołowo. To dobrze, bo zobaczywszy wcześniej ich wypacykowane i wyfotoszopowane fotki w książeczkach płyt, obawiałem się nieco widoku zakonserwowanych, pudrowanych mumii.

Helloween_1

Setlista niemal w pełni mnie usatysfakcjonowała. Oprócz wymienionych wcześniej numerów, z klasyków usłyszeliśmy Power, Where the rain grows i, na uspokojenie, Forever and one, zaś z nowszych Heroes i Lost in America z My God-given right, a także Straight out of hell i Waiting for the thunder z przedostatniego krążka Niemców, chyba najsłabiej mi znanego z całej ich dyskografii. Ciekawy zabieg, w postaci medleya z Halloween i Keeper of the seven keys, uzupełnionych Sole survivorem, Are you metal? i I can zamknął podstawową część wieczoru, lecz po intensywnych oklaskach artyści wrócili na scenę, by postawić kropkę nad i hat-trickiem: Before the war, Future World i I want out. Gdybym miał wybrzydzać, chętnie usłyszałbym coś z Rabbit don’t come easy (może Sun 4 the world) i z bardzo dobrego Gambling with the devil (najchętniej The bells of the 7 hells), najlepiej zamiast dwóch numerów ze Straight out of hell. Gdyby natomiast z głośników popłynął The departed i jakaś reprezentacja Walls of Jericho (Victim of fate? Tak, wiem, że to zupełnie nieprawdopodobne) to już w ogóle byłby szczyt szczęścia.

Helloween zagrali niczym dobrze naoliwiona maszyna, dzięki czemu impreza była przednia. Kiedy ostatecznie pożegnali się z słuchaczami, nie czułem niedosytu. Poza tym ledwie mogłem mówić, więc przedłużenie show o jeszcze kilka hitów mogłoby źle się skończyć dla moich strun głosowych. Bardzo duży plus wydarzenia stanowiło świetne nagłośnienie w klubie. Wokal, element najbardziej wrażliwy na ewentualne niedostatki akustyki i często ginący wśród ogólnego zgiełku, był perfekcyjnie słyszalny. Nie odniosłem również wrażenia, żeby perkusja dominowała w miksie, co nierzadko ma miejsce podczas metalowych koncertów. Faktem jest, że nie stałem pod samą sceną, więc nie wiem jakie warunki mieli ludzie szalejący przy barierkach. Pamiętam, że kilka miesięcy temu na Blind Guardian zauważyłem, że z bliska słyszalność w Progresji nieco kuleje.

Helloween_2

Chłopakom z Helloween udało się ponownie rozbudzić sympatię, jaką darzyłem ich jeszcze przed paroma laty. Następnego dnia po występie z dużą przyjemnością, dwukrotnie przesłuchałem od deski do deski My God-given right i zacząłem nucić pod nosem ich starsze kawałki. Jeżeli głównym zadaniem tras koncertowych jest promocja nowego materiału kapel, to wtorkowa impreza spełniła to założenie w stu procentach. Fajnie byłoby kiedyś nadrobić zaległości z teutońskiej sztuki i wybrać się na Gamma Ray lub Grave Digger, a z innej beczki, gdyby kiedyś ponownie zdarzył się reunion, zaliczyć gig Iced Earth z Mattem Barlowem za mikrofonem.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

czwartek, 20 sierpnia 2015
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień czwarty.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień trzeci.

Tegoroczny rozkład koncertów tak się ułożył, że sobota nie obfitowała dla mnie w szczególne atrakcje. Końcówka dnia zapowiadała się na tyle mało ciekawie, że postanowiliśmy z Ereshkigal zabukować sobie wcześniejszy powrót do hotelu i olać rodaków z Vader i Outre, a także funeralowy Esoteric. Nauczony doświadczeniem poprzednich lat wiedziałem, że po prostu nie starczy mi entuzjazmu by cieszyć się tymi ostatnimi występami, z których żaden szczególnie mnie nie podniecał. Ostatecznie mam nauczkę, bo jak się okazało po przybyciu do Josefova, Ne Obliviscaris, który dla odmiany chciałem zobaczyć, zamienił się miejscami z Outre i miał pojawić się na scenie dopiero o drugiej w nocy. Nie udało mi się na nich dotrzeć, obejrzałem za to sztukę  Krakowiaków. Fajnie i oryginalnie zagrali, chociaż black metal generalnie nie najlepiej wypada w pełnym świetle dnia, które odziera go z mile widzianych oparów mistycyzmu. Samym muzykom też zdaje się nie w smak była ta roszada, bo co rusz dawali świadectwo wkurwienia, rzucając teksty typu „Fuck humanity!”. A może, co też bardzo prawdopodobne, jest to po prostu ich standardowa gadka.

Procession

W międzyczasie zawitałem pod główną scenę na występ zastępujących odwołany Trouble Chilijczyków z Procession, których mozolny, epicki doom zwrócił moją uwagę jakiś czas temu przy okazji premiery ich najnowszego krążka. Ucieszyła mnie informacja z ostatniej chwili, że wskoczyli w skład festiwalu. Osoby, które, tak jak ja, wiedziały kto zacz, nie mówiąc już o znajomości tekstów, stanowiły przytłaczającą mniejszość wśród publiczności, więc reakcja tłumu była zdecydowanie drętwa, co zauważyli kilkukrotnie sami, nieco zrezygnowani i wymęczeni bezlitosną spiekotą muzycy. Niemniej fajnie, że udało mi się usłyszeć To reap the heavens apart i Conjurer, na żywo brzmiące zaskakująco surowo i ciężko.

W namiocie rozstawiły się zaś kolejne ofiary pory dnia, Carach Angren. Oni już zdecydowanie do pełnej skuteczności potrzebowali odpowiedniej aury. Wymuskane corpse painty, maski, gotyckie ciuchy i zdobiące scenę kościotrupy sprawiały wrażenie zupełnie wyrwanych z kontekstu. Tak czy inaczej, przyjemnie się słuchało około blackowych piosenek z pogranicza Dimmu Borgir i Cradle of Filth i chętnie kiedyś wybiorę się na klubowy show w ich wykonaniu. Wokalista i mistrz ceremonii, o ksywie Seregor, niewzruszony niesprzyjającymi warunkami i powoli spływającą z twarzy farbą, wczuł się w swoją rolę upiornego narratora i zachowywał się niczym na deskach teatru, gestykulując i przyjmując makabryczne pozy.

Przegapiłem Demilich i powróciłem pod małą scenę na niemetalowy, prezentujący twórczość z okolic Nicka Cave’a Rome. Sympatyczni, choć zupełnie „aklimatyczni” panowie stanowili nie lada rodzynkę, dość rzadki powiew odmienności w brutalowym składzie. Mają na koncie kilka bardzo ładnych utworów, w stylu A farewell to Europe i This silver coil, które popłynęły tego dnia z głośników, ale sądząc po reakcji, nie zdołali wzruszyć widowni. Mogliby zainwestować choć odrobinę sił w wykreowanie jakiegokolwiek scenicznego image’u, bo obecnie zdecydowanie lepiej słucha się ich z ograniczeniem do fonii, czyli z płyt. Niestety, niemalże akustyczny set wystawił na próbę umiejętności adaptacyjne inżynierów dźwięku i pozostawił, przynajmniej u mnie, zauważalny pisk w uszach. Ciekawe, zważywszy, że przez trzy ostatnie dni słuchałem prawie wyłącznie ekstremalnego metalu.

Trochę później tego dnia wybrałem się na koncert jednej z gwiazd festiwalu, czyli Cradle of Filth, będąc ciekawym scenicznej formy legendy gotyckich ekscesów, a zarazem ostatniego oryginalnego członka kapeli, a mianowicie Daniego Filtha. Artyści weszli na scenę z obowiązkową pompą, a sam frontman, wymalowany i w skórzni przyozdobionej lśniącymi, czarnymi kolcami, dwoił się i troił, złorzeczył i rzucał uszczypliwe zaczepki, żeby rozruszać dość niemrawą publiczność. Jego charakterystyczny pisk zdawał się wymagać dużego poświęcenia i odniosłem wrażenie, że efekt finalny tegoż był wypadkową jakichś cwanych sztuczek w wykonaniu dźwiękowca. Manewr ten serwowany znienacka,  a capella pomiędzy utworami, brzmiał bowiem niczym pisk opon na wyślizganej betonowej posadzce. Muzycznie koncert wypadł nieźle. Choć zdarzały się trudności techniczne, zespół ma w zanadrzu wystarczającą ilość klasycznych hitów, żeby w końcu zmusić widownię do rozhuśtania niewielkiego circle-pitu. Usłyszeliśmy oczywiście Her ghost in the fog, który okrojony z partii Sarah Jezebel Devy okazał się chwilami trudny do zidentyfikowania, poleciał Cthulhu dawn, Cruelty brought three orchids i „old skuuul”, jak zapowiedział Dani, Summer dying fast. Z nowszych albumów, panie mogły posłuchać dedykowanego im Nymphetamine fix, a cała reszta, zaczerpniętego z Godspeed on the devil’s thunder Honey and sulfur i pochodzącego z udanego ostatniego krążka Red wing of the garden triptych.

Kredki mam zaliczone, ale rewelacji nie było.

Cradle of Filth

Tak się złożyło, że w wyniku pomyłki w planowaniu dnia nie udało mi się dotrzeć na Anaal Nathrakh. Ich koncert mógł być jedyną tego dnia okazją do porządnego wyhasania się, a tak, około pół godziny po północy zwinąłem manatki i pożegnałem twierdzę w Josefovie, jak również ostatni wieczór beztroskiego bumelanctwa. Gdyby nie iście piekielna temperatura, niewątpliwie udałoby mi się aktywniej i z większym entuzjazmem uczestniczyć w koncertach, z drugiej jednak strony, z dwojga złego, lepszy nieubłagany upał niż nieprzerwana ulewa, jaka gnębiła uczestników podczas pierwszej edycji Brutala, w której brałem udział. Mam szczerą nadzieję, że skład przyszłorocznej imprezy ponownie okaże się wystarczająco interesujący, żeby chciało mi się zainwestować w bilet i odwiedzić Czechy. Czekam z niecierpliwością do zimy, kiedy to pojawiają się na stronie brutalassault.cz pierwsze nazwy potwierdzonych kapel.

Wszystkie zdjęcia wykonane przez Namtara.

20:31, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień trzeci.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień drugi.

Piątek rozpocząłem zawitawszy pod sceną tuż przed koncertem Krisiun, których dorobku nie znam zbyt dobrze, ale parę lat temu ich przedostatnia płyta, The great execution, całkiem przypadła mi do gustu. Brazylijczycy solidnie przyłoili. Sekcja rytmiczna zabrzmiała ciężko jak młot pneumatyczny, a starszy z braci Kolesne riff za riffem serwował tradycyjne, smakowite deathowe motywy. Nie potrafię rozpoznać konkretnych numerów, niemniej łeb sam się rwał do machania i po chwili na rozgrzanym klepisku zaroiło się od galopujących w kółko metalowców. Była to dobra okazja by trochę rozruszać kark, a przy okazji załapać się na rewelacyjny prysznic w wykonaniu strażaków.

Krisiun

W przerwie pomiędzy Krisiun, a następną planowaną wizytą pod scenami postanowiłem sprawdzić, jak smakuje okolicznościowy brutalowy browar, wchodzący w skład niewielkiej serii różnych chmielowych napitków, serwowanych tego roku podczas imprezy. Udałem się więc do jednego z barów, urządzonych w murach twierdzy. Okazało się, że jest to całkiem niezły, wysokoprocentowy trunek, przywodzący na myśl belgijskie piwa klasztorne. Smakowała mi również ciemna, polecana ponoć dla gotów odmiana Budweisera, o lekko kawowej nucie, trochę w stylu Guinnessa. Nie próbowałem natomiast efektownego, mrożonego, zdaje się, ciekłym azotem Cryo – około dziesięciu euro uważam, mimo wszystko, za cenę zaporową za niewielki kielonek piwa. Muszę przyznać, że proponowane przez sponsora imprezy menu jest fajną odmianą od standardowego, wprawdzie taniego jak barszcz, lecz rozcieńczonego pilsa, dostępnego w większości nalewaków.

Trochę później zjawiłem się ponownie pod sceną, przed koncertem Brujerii. Nie da się ukryć, że jest to ciekawe zjawisko – dowodzona przez dwóch meksykańskich zakapiorów banda, w której skład wchodzą różni popularni metalowi muzycy, pozornie zupełnie niedopasowani do klimatu rodem ze slumsów Mexico City. Na deskach, u boku Juana Brujo i jego kumpla, którego trudno mi zidentyfikować, pojawili się tym razem Shane Embury, Jeff Walker i jeden z braci Erlandsson. Występ uatrakcyjniała wystylizowana w sposób dopasowany do reszty grupy, wyposażona w pejcz dziewczyna, zwana Pititis. Nawiasem mówiąc, w przeszłości przez skład kapeli przewinęły się też takie postaci jak Mike Patton, Dino Cazares, Tony Laureano, Nick Barker czy Tony Campos. Ich przetykany hiszpańskojęzyczną partyzancko-gangsterską gadką wulgarny, punkowy grindcore, prezentujący się na żywo niczym kaleczący uszy, niechlujny jazgot nie za dobrze mi wszedł. Na domiar złego front płyty zajęli środkowoamerykańscy przyjaciele zespołu w maskach luchadores, którzy raz po raz rozpościerali flagi i głównie zajmowali się wrzeszczeniem do siebie nawzajem. Po kilku kawałkach wycofałem się pod drugą scenę, na której stroił się Primordial. Byłem spragniony chłodnej, dostojnej, europejskiej muzyki.

Koncert Irlandczyków wypadł standardowo świetnie. Jak zwykle za krótki i jak zwykle w niesprzyjającym świetle dnia, wchłonął mnie bez reszty. Główna w tym oczywiście zasługa wybitnie charyzmatycznego, niepodzielnie władającego publicznością frontmana, który z przejęciem wieszczył zagładę cywilizacji. Odniosłem wrażenie, że w bardziej niż zwykle zdesperowanym tonie zwracał się do słuchaczy i gdyby nie był łysy, z pewnością garściami rwałby sobie włosy z głowy. Wygląda na to, że z latami doszlifowuje swoje umiejętności aktorskie. Primordial z płyty na płytę wzbogaca pulę swoich żelaznych przebojów o kolejne doskonałe numery. Poza tradycyjnymi już Empire falls, As Rome burns, Coffin ships i No grave deep enough, setlistę zasiliły Where greater men have fallen i Wield lightning to split the sun z ich najnowszego wydawnictwa.

God Dethroned

Po niespełna godzinnym spektaklu miałem nieco zdarte gardło, należało więc zwilżyć je porcją Budweisera i skierować się pod małą scenę, gdzie szykował się jeden z bardziej wyczekiwanych przeze mnie składów tej edycji, czyli przywrócony na tę okazję z niebytu holenderski God Dethroned. Muzycy, jak przystało na klasycznych deathowców, nie bawili się w przebierańców, wystąpili w t-shirtach, ozdabiając jedynie scenę ustawionymi z boków czarno-białymi odwróconymi krzyżami. Henri Sattler, lider kapeli, z dystansem, bez zbędnej szopki, zapowiadał utwory z różnych etapów jej dyskografii. Rozpoczęli od sztandarowego Hating life z idealnym do skandowania fragmentem: „Serpent king… I hate you!”. Niestety widownia nie wtórowała chóralnie. Bądź co bądź, Holendrzy nie należą do grona najpopularniejszych przedstawicieli gatunku, toteż niewiele osób na sali znało ich teksty. Ze starszych kawałków poleciały między innymi jadowite Boiling blood, Villa Vampiria i epicki Soul Capture 1562, za to ze świeższych, No man’s land, Fire storm i Through byzantine hemispheres. Więcej grzechów nie pamiętam, ale wyszedłem usatysfakcjonowany. Lubię ten ich bluźnierczy, przebojowy i ciężki jak oddział konnicy, zaprawiony blackiem death metal i mam cichą nadzieję, że tegoroczna trasa może być również zapowiedzią przyszłego wydawnictwa.

Innym zespołem, którego obecność przyciągnęła mnie na dwudziestego Brutala był Killing Joke. Po ogłoszeniu rozpiski koncertów, ze zgrozą zauważyłem, że show tej brytyjskiej legendy pokrywa się właśnie z God Dethroned, jednak, na szczęście lub nieszczęście, dylemat rozwiązał się sam, bowiem  Anglicy odwołali trasę. Na ich miejsce wskoczyli Candlemass z wymienionym wokalistą i akurat zdążyłem załapać się na końcówkę ich występu. Bardzo miły akcent, bo ostatnie co zagrali to Gallows end i Solitude – dwa największe szlagiery, jakie wyszły spod ich pióra, dzięki czemu jeszcze trochę sobie pośpiewałem stojąc na tyłach tłumu zebranego pod sceną. Swoją drogą, Mats Leven sprawdza się za mikrofonem zupełnie dobrze – brak mu może skali Messiaha i Lowe’a, ale jest otrzaskanym profesjonalistą i również dysponuje potężnym, heavy metalowym gardłem. Z naturalnej trybuny – obstawionego ławkami pagórka, obejrzałem koncerty świętującej trzydziestolecie istnienia Sepultury oraz Death To All, czyli tribute bandu Death, złożonego z byłych muzyków tegoż. Chwilowo skupiłem się jednak na regeneracji sił i nie poświęciłem obu koncertom należytej uwagi, wobec czego nie będę się na ich temat produkował.

Godflesh, choć klimatyczny, na żywo wypada nudno jak flaki z olejem, za to zaraz po nim na sąsiednią scenę wtoczyła się dywizja pancerna Marduk. Tempeartura od razu jakby spadła o kilka stopni i  szwedzka ikona black metalu wychłostała publiczność aż wióry leciały. Odegrali cały Panzer division Marduk – około trzydziestopięciominutowy historyczny album, prezentujący się niczym monolityczna, najeżona zardzewiałymi gwoździami ściana dźwięku. Utwory składające się nań różnią się jedynie wywrzaskiwanymi tytułami, pełniącymi rolę refrenów, ale i tak było zajebiście – głośno, wściekle i do bólu mizantropijnie, czyli jak przystało na tych skandynawskich obdartusów. Po tym, jak przebrzmiały ostatnie nuty Fistfucking God’s planet, zespół nieznacznie zmniejszył obroty i przeszedł do krótkiego przeglądu najnowszych kompozycji, to jest do Wartheland i The blond beast z niedawnego Frontschwein. Nie wiem, czym zamknęli wieczór, bo popędziliśmy z Ereshkigal do namiotu, aby zdążyć na wieńczących dzień Dodheimsgard, których gig już parokrotnie nas ominął.

Marduk

Niestety, okazałem się nieczuły na sztukę owych dziwaków z Norwegii, mimo tego, że wiodący prym na deskach Aldrahn urozmaicał występ nietuzinkowymi wygibasami á la szalony mim. Jego nijakie wokale stanowią kulę u nogi dla pokręconej i intrygującej muzyki i zdecydowanie mi nie leżą. W związku z chłodnymi odczuciami, nie pchałem się już tego wieczoru pod scenę, tym bardziej, że niedługo odjeżdżał nasz rozśpiewany autobus do Hradec Kralove.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień czwarty.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

20:26, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień drugi.

Dr living dead

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień pierwszy.

Czwartek znowu przywitał mnie nieprzejednanym upałem. Z cienia wyszedłem na Dr Living Dead – fajną młodą kapelkę ze Szwecji, prezentującą rasowy, gęsty thrash z okolic Slayer, z ulicznym zacięciem Anthrax. Muzycy po krótkiej walce z technicznymi przeciwnościami, rozpętali naprawdę przyzwoitą jatkę. Ubrani w nieodzowne maski-czaszki i bandany biegali i skakali po scenie, kosząc seriami klasycznych riffów, rozgrzewając i tak uprażoną publiczność z entuzjazmem, który musiał się udzielić. Znam tylko ich ostatnią płytę, z której zidentyfikowałem numer tytułowy, Civilised to death i TEAMxDEADx. Pozostałe kawałki zasadniczo niewiele się od nich różniły. Mimo temperatury, pod sceną rozkręcił się imponujący, oldskulowy circle-pit, który zważywszy dodatkowo na wczesną godzinę, nie mógł nie ucieszyć mistrzów ceremonii.

Po występie Szwedów nastąpiło parę godzin chowania się przed gniewem słońca niezwyciężonego w oczekiwaniu na następny show. Wykorzystałem ten czas na zwiedzenie z przewodnikiem kazamatów twierdzy. Króciutki spacer w ciemności, z latarnią w ręku, jakkolwiek nie był powalająco interesujący, stanowił okazję do ożywczej zmiany otoczenia.

Kultowy Arcturus niestety marnie zaprezentował się na scenie. Muzykom, a zwłaszcza frontmanowi, wyraźnie skwar dał się we znaki. Vortex, wierny formule, wystąpił w obowiązkowym mundurze roboczym, skórzanej masce i czapce. Musiało mu być gorąco jak jasna cholera i było to widać i słychać. Za każdym razem, podczas koncertów z jego udziałem, wydaje mi się, że nie potrafi kontrolować swojego głosu i odpływa w niezbyt pożądanych kierunkach. Tym razem zaś, dodatkowo, odniosłem wrażenie że się męczy i ma ochotę teleportować się zupełnie gdzie indziej. Dajmy na to, do chłodnej Norwegii… Wyszło do tego stopnia kiepsko, że miałem trudności z rozpoznawaniem poszczególnych piosenek, które znam w miarę nieźle. Dopiero po koncercie Ereshkigal uświadomiła mi na przykład, że grali Nightmare heaven z Sham mirrors. Poza tym usłyszeliśmy kilka numerów z nowej płyty i Chaos path z La masquerade infernale.

Enslaved

Po zejściu steampunkowych piratów ze sceny, jednym okiem przyglądałem się występowi Asphyx, w oczekiwaniu na Enslaved. Dla drugiej tego dnia norweskiej hordy harmonogram imprezy okazał się nieco łaskawszy, grali bowiem przy nadchodzącym z wolna zmierzchu, a poza tym nie bazują aż tak na otoczce, której sprzyja mrok i praca oświetleniowca. Z niejakim zdziwieniem stwierdziłem, że autorzy coraz bardziej klasycznie prog metalowych wydawnictw, takich jak In times czy Riitiir, wypadli na żywo zajebiście ciężko. Wgnietli w ziemię setem zahaczającym nawet o Hordanes land, ale zogniskowanym na utworach utrzymanych w ich bardziej teraźniejszej stylistyce. Zaprezentowali więc numery z premierowego wydawnictwa, ale też z Axioma: ethica Odini, Ruun i Below the lights Wyszedł z tego profesjonalny, porządny gig bez zbędnego pierdolenia – jeden z lepszych, które widziałem podczas tegorocznej edycji festiwalu.

Zaraz po występie Ivara, Grutle i spółki, przeszedłem się pod sąsiednią scenę, aby zakosztować trochę rozrywkowego deathu w wykonaniu dream teamu ze Szwecji, czyli Bloodbath. Przy okazji ciekaw byłem, jak wypadnie w roli odmiennej od swego emploi Nick Holmes, znany w końcu z dość powściągliwych formalnie sztuk z macierzystą kapelą – legendarnymi Paradise Lost. Instrumentaliści wyszli na deski ubrani w umorusane skóry, skąpani we krwi, zaś wokalista zaprezentował się w uwalanej ziemią sutannie, z odwróconym krzyżem na szyi i z długą, rozczochraną brodą, do której dziwnie pasowały tkwiące na nosie lśniące aviatory. Nick wyglądał i zachowywał się jak rasowy, memłający sztuczną szczękę dziad, co bardzo pasowało do jego suchego growlingu, który ostatnio znów uskutecznia. Muzycznie Bloodbath przetoczyli się po publiczności w serii miażdżących, skrojonych na miarę przebojów, zaopatrzonych w indukujący headbanging groove jak i w napędzające moshpit kanonady blastów. Jak należało się spodziewać, pograli trochę utworów z nowej płyty, ale nie zabrakło też starszych – choćby przebojowego So you die z debiutu, czy kończącego set, absurdalnego Eaten.

Bloodbath

Po niedługiej przerwie nadszedł czas na koncert Kreator. Niemcy ponownie pozamiatali publiczność Brutal Assault swoim bojowym, ciężkim, choć niezwykle przebojowym thrashem. W tle zawisła znacznych rozmiarów flaga przedstawiająca jakiegoś skrzydlatego demona, a na scenie stanęły ekrany, na które rzucano grafiki zdobiące (czy na pewno?) okładki kolejnych płyt, także całe pole widzenia zdominowane zostało przez bohaterów spektaklu. Jako że nie znajdowali się akurat w trasie promującej nowe wydawnictwo studyjne, set okazał się nieskrępowanie przekrojowy. Weszli na Enemy of God, po czym cofnęli się w czasie do Terrible certainty, by za chwilę rozruszać publiczność hiciorowym, prościutkim Phobia z najbardziej chyba pogardzanego przez fanów albumu, czyli Outcast. Po raz kolejny okazuje się, że to, co na płytach budzi niesmak, w warunkach koncertowych nierzadko sprawdza się wyśmienicie. Potem znowu poleciały historyczne kawałki – Awakening the gods i Endless pain, a po nich seria nowszych, lecz ani na jotę nie odstających od reszty towarzystwa, Warcurse, Phantom antichrist, Hordes of chaos i Violent revolution. Bez dwóch ostatnich nie może się już obejść żaden show tych niemieckich wyjadaczy. Rzadko zdarza się, żebym w domowym zaciszu raczył się Kreatorem, ale na muzyczną imprezę jest to materiał trudny do przebicia i ponownie bawiłem się przy nim genialnie. Dla mnie był to tegoroczny gig numer jeden.

Ani trochę nie żałowałem straconego koncertu Agalloch, których dla odmiany wolę słuchać z płyt niż spod sceny, za to postanowiłem zerknąć na swoiste kuriozum w metalowym światku, jakim jest Sunn O))). Niestety nic nie paliłem, w związku z czym ich spektakl, podziwiany ze sporej odległości, nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Może gdybym dotarł pod barierki, udałoby mi się wkręcić w sugestywną atmosferę, którą tworzą za sprawą swojej paramuzycznej mantry.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień trzeci.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

20:21, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień pierwszy.

Dwudziesta edycja Brutala była ósmą w mojej karierze. Szczerze mówiąc, już parę lat temu wahałem się, jechać, czy nie jechać, bo większość interesujących mnie kapel gościła w twierdzy kilkukrotnie od 2008 roku i powoli cała impreza mocno mi się ograła. W końcu przekonał mnie skład, a poprzednim razem zmieniłem zakwaterowanie z namiotu na hotel w pobliskim Hradec Kralove. Okazało się to niemałą rewolucją i znacznie zwiększyło wakacyjno-wypoczynkowy potencjał festiwalu. Po pierwsze i najważniejsze, wreszcie dało się wyspać w komfortowych warunkach i dzięki temu dociągnąć relatywnie świeżym do ostatnich gigów. Poza tym ogólnie lepiej mi się funkcjonuje, gdy nie muszę szwendać się po terenie imprezy od samego rana po tym, jak o w pół do ósmej rano obudziło mnie palące namiot słońce.

Brutal Assault rokrocznie pozytywnie zaskakuje nowymi rozwiązaniami i drobnymi usprawnieniami, rozwija się, a jego organizator, Shindy, wyraźnie stara się nie popełniać dwukrotnie tych samych błędów. Pojawiły się więc pozwalające uniknąć wkurzających kolejek do przechowalni szafki na depozyt, zlokalizowane w „zadaszonych” barach całkiem nieźle udźwiękowione ekrany z obrazem ze scen, powiększona do rozsądnych rozmiarów, otwarta scena w namiocie, a także duperele w stylu krótkich wycieczek z przewodnikiem po korytarzach twierdzy, dodatkowy stand z oficjalnym merchem, limitowana seria Budweisera, mini galeria czy kolejne herbaciarnie, kawiarnie et cetera.

Najważniejszym magnesem okazał się jednak ponownie tłusty skład kapel, który tradycyjnie już imponował spójnością stylistyczną i obfitował w jedne z największych nazw z gatunku muzycznej ekstremy. Właśnie on przyciągnął mnie znów za naszą południową granicę i skłonił do spędzenia ostatnich dni urlopu na beztroskiej żulerce, katowaniu bębenków, żywieniu się piwem, hamburgerami i oczywiście langoszami, drzemaniu na zrytym buciorami klepisku i wydawaniu ciężko zarobionej pensji przy straganach z płytami. Pomimo wyjątkowo morderczej aury, po raz kolejny bawiłem się doskonale.

Nie da się ukryć że pogoda utrudniła konsumpcję muzyki. Na terenie imprezy już na starcie pełno było snujących się jak zombie osób, dla których mariaż czterdziestu stopni w cieniu z czterdziestoprocentowym alkoholem okazał się ciężki do zniesienia. Kolejni oblegali masowo wszelkie dostępne zacienione spłachetki gruntu i przyjemnie chłodne wnętrza cesarskich zabudowań, wychodząc tylko po to, aby rzucić się w strumień wody, tryskający z wozu bohaterskich strażaków. Ekipa obsługująca festiwal w namiotach z browarami, wszelkich budkach i kontenerach też ostro dostała po kościach, a publika chętniej niż zwykle napełniała swoje kubki wodą zamiast piwem. Wydaje mi się, że skwar odbił się także na frekwencji pod scenami. Sam z żalem odpuściłem kilka mniej priorytetowych występów, udając się w ich czasie w miejsce z wodą i osłoną przed słońcem. No, ale dosyć o pierdołach, czas przejść do meritum, czyli samych koncertów…

Jak zwykle zjawiłem się na terenie festu w środę, która jeszcze jakiś czas temu pełniła funkcję przedparty, a dopiero niedawno osiągnęła status równy pozostałym dniom. Gdy już zainstalowałem się na miejscu i wypiłem powitalnego browara, na małej scenie grał czeski Drom. Ot, klasyczny sludge / post hardcore, w stylu choćby Cult of Luna. Pokiwałem się chwilę w zwolnionym tempie wielorybich dźwięków, których odbiorowi niestety nie służyła wczesna pora dnia i wszechobecne światło słoneczne, by następnie udać się pod główne sceny, na Melechesh. Odziany niczym jeden z bohaterów filmu „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra” Ashmedi wstąpił na scenę w towarzystwie dwóch zawoalowanych na beduińską modłę wioślarzy z zamiarem wymłócenia publiczności swoim markowym sumeryjskim black metalem. Mam problem z ich muzyką, bo niby wszystko jest na swoim miejscu, panowie sieką aż miło, trochę zakręcą, zamieszają, wykorzystują charakterystyczną ciekawą rytmikę, a mimo to jakoś nie do końca przekonują, zwłaszcza na najnowszych, wymuskanych i wyprodukowanych jak tort czekoladowy krążkach. Starsze numery, jeszcze z czasów kooperacji z Proscriptorem, bardziej mnie kręciły. Ze sceny poleciały głównie względnie świeże kawałki, w tym skandowany przez publiczność Grand Gathas of Baal Sin z The Epigenesis i najbardziej chyba entuzjastycznie przyjęte Ladders to Sumeria i Rebirth of the Nemesis. Te zresztą numery mnie również ucieszyły, bo Emisarries, z której pochodzą uważam jeszcze za całkiem zacny album. Przyjemne, poprawne otwarcie sezonu, choć wydaje mi się, że Melechesh lepiej sprawdziliby się w klubowych warunkach.

Melechesh

Następnie wróciłem do namiotu na sztukę Ad Nauseam. Miło się obserwowało, jak ci niepokojąco poważni, milczący Włosi wymiatają na instrumentach i rzeźbią swój nowoczesny, mocno pojebany death metal spod wyraźnego znaku Ulcerate czy Deathspell Omega. Ich muzyka jest zdecydowanie zbyt mało przebojowa, żeby od pierwszego kontaktu zapaść w pamięć, niemniej udało im się, pomimo dogorywającego słońca, nieco rozpieprzającego klimat, stworzyć wciągającą, gęstą i nieprzyjemną otoczkę. Niebawem ich debiutancki krążek trafił w ręce Ereshkigal i zasilił naszą domową płytotekę.

Jako że Triptykon już widziałem na żywo i o ile z płyt ich smolisty, powolny metal jest całkiem spoko, ówczesny koncert wydał mi się raczej nudny, kolejne parę godzin poświęciłem na turystykę piwno – płytową, by powrócić pod sceny dopiero na Soulfly. Nie jestem ich fanem, ale ponieważ muzę Cavalery cechuje niezaprzeczalna imprezowa nośność, pomyślałem, że czas się trochę rozruszać. Prostackie granie, które większość metalowej braci dyskredytuje ze względu na nu-metalowe korzenie, powtarzalność i ogólny jumpdafuckupowy klimat, doskonale sprawdza się w grupie, gdzie można poskakać i powykrzykiwać znajome teksty. Max oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zagrał kilku nieśmiertelnych hitów z repertuaru Sepy, jak Arise, Territory (z gościnnym udziałem Ashmedi’ego z Melechesh), Chaos A.D. czy oczywiście Roots. Zwracała uwagę jego olewacka postawa. Sterczał nieruchomo za mikrofonem i, jak przystało na zdeklarowanego prymitywa, totalnie byle jak wykrzykiwał część swoich fraz, co mocno rzucało się w uszy na przykład przy wykonaniu nowego singla, We sold our souls to metal. Ludzie naturalnie bawili się świetnie, bo nie o wirtuozerię tu chodziło, a większość numerów, które popłynęły z głośników to żelazne samograje.

Zaczynający się zaraz po Soulfly koncert Mayhem to, dla odmiany, zawsze dopracowane misterium, ja zaś doświadczyłem go w optymalnych warunkach podczas Asymmetry Festival, parę lat wcześniej we Wrocławiu, więc tym razem, po chwili wahania, postanowiłem ich odpuścić. Ciekaw byłem natomiast niemieckiego duetu Trap. Zdawkowe zetknięcie z ich muzyką za pośrednictwem youtube’a nie przygotowało mnie na szaleństwo, które zaprezentowali na scenie. W skład duetu wchodzi grający do intensywnego dubstepowego podkładu bębniarz i odziany w sukienkę wokalista, który imituje napady epilepsji, fika kozły po scenie i drze ryja jak opętany. Awangarda dla samej awangardy i totalny brak wyczucia smaku. Mówiąc krótko – do dupy. Po kilkunastu minutach wycofałem się spod małej sceny, żałując przegapionego Mayhem. Tak skończyła się środa i przyszedł czas udać się w drogę powrotną do Hradca.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień drugi.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

20:16, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 kwietnia 2015
Relacja z koncertu: Arena, Poznań, Blue Note 11.04.2015

Arena 1

Do koncertu Areny podchodziłem już drugi raz. Poprzednio, ich występ w Poznaniu miał odbyć się krótko po zmianie wokalisty i choć trzon zespołu pozostał niezmienny od późnych lat dziewięćdziesiątych, zdecydowałem się najpierw sprawdzić z płyt, jak wypada świeżo skaptowany Paul Manzi i odpuściłem tamten show. Krótko mówiąc, sprawdził się. W związku z tym wczorajszej imprezy zdecydowanie nie chciałem przegapić.

Niedługo przed godziną 20.00 klub zaczął się zapełniać – żadne supporty nie były zapowiedziane, naszykowany sprzęt czekał na scenie i po krótkiej konferansjerce, będącej ukłonem w stronę sponsorów, z niewielką, pewnie około piętnastominutową obsuwą, na scenie pojawili się muzycy Areny. Clive Nolan zajął miejsce za swoimi obrotowymi klawiszami, niewysoki Mick Pointer za garami, John Mitchell po prawej stronę sceny, lewą obstawił basista Kylan Amos. Jako, że twórczość kapeli znam bardzo wybiórczo, nie będę starał się wiernie odtworzyć setlisty.

Dość, że o ile się nie mylę, Panowie weszli na kawałek z premierowego albumu, by chwilę później zaserwować Rapture z Seventh Degree of Separation, na otwarcie około dwugodzinnego setu, zahaczającego niejednokrotnie o ich najstarsze albumy. Dostaliśmy więc, między innymi, przebojowe Crying for Help VII, wyczekanego przez fanów Solomona i Double Vision z The Visitor. Ku ogólnej radości, na tej trasie, po raz pierwszy w historii bandu, można było usłyszeć koncertowe wykonanie prawie dwudziestominutowego Moviedrome. Ja natomiast cieszyłem się z Salamander z Contagiona, rozczarowaniem okazał się jednak brak choćby jednego utworu z Pepper's Ghost, płyty, za sprawą której poznałem Arenę i do której mam ogromny sentyment.

Założycielski duet Nolan – Pointer, prezentował na scenie stateczny profesjonalizm. Pierwszy z panów ograniczał się do ekscesów polegających na kręceniu klawiszami na postumencie, niczym karuzelą i zmian kąta ustawienia swojej osoby względem widowni, od czasu do czasu rzucając aprobujące uśmiechy i spojrzenia pozostałym artystom. Drugi zaś obsługiwał w skupieniu zestaw perkusyjny, w pełni zaangażowany w grę. Muzycznie oczywiście wypadli perfekcyjnie – weterani progresywnego rocka. Równie spokojną postawę przyjął wioślarz John Mitchell, kładąc nacisk raczej na piękne i emocjonalne sola, niż efekciarskie showmaństwo.

Niczym dzieciaki pod okiem mentorów, basista i wokalista stanowili zabawowy trzon imprezy. Zakapeluszony Amos tryskał energią i prowokował Nolana do wspólnego grania ramię w ramię bądź angażował Mitchella do czegoś w rodzaju walki kogutów. A może to miały być poznańskie koziołki...? Paul Manzi pełnił natomiast rolę niekwestionowanego frontmana i sprawdzał się w niej znakomicie, skacząc i tańcząc na scenie, gestykulując niczym prestidigitator, nieustannie zaczepiając pozostałych muzyków, komenderując publicznością i zespołem z mistrzowską wprawą i niespożytą energią. O ile na płytach jego wokal prezentuje się bardzo dobrze, hard rockowo, to usłyszawszy go na żywo, w pierwszej chwili zbierałem szczękę z podłogi. Operuje iście heavymetalową mocą i skalą. Wyciąga naprawdę trudne partie, a jednocześnie potrafi melodyjnie śpiewać w niskich rejestrach, przy okazji ciesząc ucho w miarę charakterystyczną barwą. Słowem, miodzio.

Publika, mimo że nieprzypadkowa (sądząc po cenie biletów), liczna i na pierwszy rzut oka składająca się z fanów podobnej muzyki, nie była zbyt witalna i dość opornie dawała się wciągnąć w koncertowy wir. Brakowało tłumnego dośpiewywania wersów, a zapowiedziom tytułów często towarzyszyła cisza lub jeden zbłąkany okrzyk. Prawdziwym osiągnięciem okazało się w tym kontekście wkręcenie słuchaczy w zabawę polegającą na naprzemiennym skandowaniu „help” i „me” podczas finałowego numeru. Również samo wyciąganie muzyków na bisy w moim odczuciu mogło być bardziej entuzjastyczne. Czyżby powoli zagraniczne gwiazdy opatrzyły się nad Wisłą na tyle, że stajemy się takimi samymi chłodnymi zjadaczami żywej muzyki, jak dajmy na to, nasi zachodni sąsiedzi? Oby nie.

Zdjęcia z koncertu w wyższej rozdzielczości znajdują się na profilu Irkalli na facebooku: tutaj.

Arena 2

Na zdjęciach kolejno: Paul Manzi, Kylan Amos, John Mitchell, Clive Nolan.
Wszystkie zdjęcia zespołu zostały wykonane przez Namtara.

poniedziałek, 13 czerwca 2011
Relacja z koncertu: Silesian Massacre Festival vol. 3. Katowice, Mega Club, 03.06.2011

Wszyscy zainteresowani wiedzą zapewne, że trzecia część Silesian Massacre okazała się organizacyjną porażką. Całkowity brak informacji ze strony organizatora, zarówno dla fanów, jak i dla spacerujących między klubem a autokarem tudzież swoimi samochodami muzyków, spore opóźnienie, a wreszcie koncert bez udziału dwóch głównych gwiazd, no i odwołany drugi dzień imprezy. Ion - Mord'a'StigmataO ile mogę jeszcze jakoś zrozumieć, że sprzedaż biletów okazała się niewystarczająca na pokrycie kosztów i organizator, który radośnie postanowił zabrać się za przygotowanie sporego wydarzenia bez żadnego zabezpieczenia finansowego, musiał podziękować największym zespołom, o tyle odwołanie rezerwacji biletów lotniczych i nie poinformowanie muzyków o tym fakcie rozumiem już jakby mniej. Gdybym chciała być złośliwa, napisałabym też, że brak jasnego ogłoszenia zmian w programie ludziom zgromadzonym przed klubem można wytłumaczyć tylko skrajnym tchórzostwem albo nadzieją, że ktoś nie zdoła podsłuchać rozmów ochrony i wejdzie do klubu nieświadomy nieobecności DHG i Urgehal. No a jak już wejdzie, to nie będzie mu trzeba oddawać kasy za bilet, prawda? Nie chcę jednak zbyt długo marudzić, gdyż moją wycieczkę do Katowic uważam właściwie za całkiem udaną. Nadmienić muszę przy tym, że miałam bilety tylko na pierwszy dzień, więc odwołanie deathowej części festu nie zepsuło mi planów na sobotę.

Po długim i męczącym oczekiwaniu przed wejściem do Mega Clubu, około wpół do szóstej zostaliśmy wpuszczeni do środka, a niedługo potem rozpoczął się występ Mord’a’Stigmata. Techniczne granie w wykonaniu tej załogi podobało mi się już na debiutanckim Uberrealistic, a podczas koncertu tylko utwierdziłam się w przekonaniu, iż powinnam zapoznać się także z ich najnowszym krążkiem, który zresztą zakupiłam niedługo później, gdy nieco znużona nie do końca podchodzącą mi sztuką Eternal Deformity, zapoznawałam się z ofertą stoisk z płytami.

Nihil - FuriaKilka chwil później rozpoczął się pierwszy z bardziej oczekiwanych przeze mnie koncertów tego wieczoru – Furia. Klimat zepsuł kompletnie zalany Nihil, któremu wprawdzie udawało się growlować w mniej więcej odpowiednich momentach, jednak jego ciągłe przewracanie się, zataczanie i obrzucanie publiczności mętnym wzrokiem nie do końca pasowało do zimnego i poważnego brzmienia muzyki. Cała sytuacja przypomniała mi występ Arcturus na Metalmanii 2005, kiedy z uwagi na nadmiar spożytych używek Vortex nie był w stanie jednocześnie śpiewać i stać, w związku z czym klękał za każdym razem, gdy zaczynała się jego partia. Pomimo że chwilami miałam wątpliwości, czy Nihil dotrwa do końca występu, Furii udało się szczęśliwie odegrać wszystkie kawałki, a jej frontman mógł z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udać się w jakieś ustronne miejsce i odpocząć.

Frode Kilvik - KrakowKolejny występ to Mastiphal, co dla mnie oznaczało drugą przerwę zakupowo – piwną (pozdrowienia dla chłopaków z hellshop.eu, u których wygrzebałam sobie między innymi Black One Sunn O))) i ostatni Deinonychus w bardzo dobrych cenach). Może i wstyd się przyznać, ale wolę twórczość Flaurosa z Darzamat, a muzyka jego niedawno reaktywowanego pierwszego zespołu nie przekonuje mnie ani z płyt, ani na żywo. Następny pojawił się na scenie Krakow, tego wieczoru zdecydowanie najbardziej wyróżniający się klimatem. Z twórczością Norwegów nie miałam wcześniej większej styczności, ot, przesłuchałam sobie przed koncertem kilka kawałków. Na żywo, jak to zwykle bywa, wypadli ciężej i bardziej „metalowo”, a stonerowo – sludge’owe, wprowadzające w trans rytmy stanowiły miłą odmianę od dominującego tego dnia blacka. Atmosferę podgrzał dodatkowo Dolk, który wypadł w pewnym momencie na scenę, by pomachać trochę głową i zachęcić publiczność do zabawy.

Sture Dingsøyr - VreidMuzycy Krakow zwinęli swoje instrumenty, a na scenie pojawili się ich rodacy z Vreid. Ich koncert niewiele różnił się od tego, który widziałam dwa lata temu na Brutal Assault – grali oczywiście kilka kawałków z nowej płyty, a zespół opuścił od tego czasu Ese, którego zastąpił kolejny z członków nieodżałowanego Windir, Strom, na szczęście jednak imprezowy klimat pozostał, dzięki czemu można było radośnie poskakać i pokręcić czerepem, a tym samym wreszcie porządnie rozgrzać szyję przed dalszą częścią imprezy. Pod koniec występu Vreid kostka Sture zasiliła moją kolekcję pamiątek z koncertów, ale i bez tego show Norwegów mogłabym spokojnie zaliczyć do udanych.

Shammash Golden - Secrets of the MoonGigu Secrets of the Moon nie czuję się na siłach komentować – niemiecki black metal jest gatunkiem, który wybitnie mi nie leży, w związku z czym odpuściłam sobie oglądanie Shammasha i spółki, by zamiast tego odsapnąć trochę na kanapie i zebrać siły przed ostatnim koncertem wieczoru. Sądzę jednak, że jeśli komuś muzyka chłopaków zza naszej zachodniej granicy się podoba, to ich występ go nie zawiódł, bo był klimat, pełno świec na scenie, czarna msza, a członkowie zespołu zachowali teatralną powagę, klękając w kłębach dymu i wykonując inne podobne figury.

Dolk - KampfarNo i wreszcie, nieco po północy, na scenie pojawił się niespodziewanie awansowany do rangi gwiazdy wieczoru Kampfar. Weszli na Mare i od pierwszych sekund nie pozostawili żadnych wątpliwości, że z rolą headlinera poradzą sobie wyśmienicie. Nie skłamię, jeśli powiem, że Dolk jest jednym z najbardziej żywiołowych i energicznych frontmanów, jakich zdarzyło mi się oglądać w ogóle, a w szczególności na scenie blackmetalowej, gdzie wiele zespołów stawia przede wszystkim na surowy klimat, do którego odzywki do publiczności, ściskanie rąk fanom i skakanie po scenie niczym Bruce Dickinson nie do końca pasują. Poprzednie grupy grały fajnie, jednak widać było, że zarówno fani jak i sami muzycy są zmęczeni całą sytuacją z opóźnieniem i brakiem informacji od organizatora imprezy, a rozruszanie tłumu (czy raczej tłumku) szło nieco opornie, za to Kampfar przeszedł niczym blitzkrieg, podpalił, rozstrzelał, nie wziął jeńców, a to wszystko nie wiedzieć nawet kiedy. Zdarłam gardło, straciłam czucie w szyi, poobijałam się cała o barierkę i ani się obejrzałam, a grali już Dødens Vee na bis.

Dolk - KampfarI tyle – krótko po wpół do drugiej udałam się w stronę dworca. Pozostał niedosyt, bo gdyby tego wieczoru zagrał jeszcze Dødheimsgard i wypadł choć w trzech czwartych tak dobrze jak Dolk i jego ekipa, to mógłby to być naprawdę niesamowity dzień. Słowa uznania należą się całej ekipie z Mega Clubu, która mimo trudnej sytuacji stanęła w stu procentach na wysokości zadania. Szkoda, że kolejna nieźle się zapowiadająca cykliczna metalowa impreza w Polsce się rozsypała, a dziura po Metalmanii pozostaje niezapełniona. Szkoda, że za każdym razem, kiedy ogłaszają u nas jakiś fajny koncert moją pierwszą myślą musi być „e, pewnie i tak nic z tego nie będzie”. Pomimo przeciwności losu odbyło się jednak tego wieczoru kilka naprawdę dobrych sztuk, a dziko wymachujący głową, rękami, stojakiem na mikrofon (i czym tam jeszcze, co wpadło mu w ręce) Dolk pozostanie na długo w mojej pamięci. Dzięki wszystkim, którzy sprawili, że pierwszy dzień Silesian Massacre vol. 3 można mimo wszystko zaliczyć do udanych, a tym, którzy (celowo bądź nie) próbowali to uniemożliwić... no cóż, Szatan się kiedyś z wami policzy.

* Na zdjęciach kolejno: Ion, Nihil, Frode Kilvik, Sture Dingsøyr, Shammash Golden, Dolk, Dolk. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

22:07, ereshkigal_of_irkalla , Relacje
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 maja 2011
Relacja z koncertu: Uriah Heep, Kruk. Wrocław, Eter, 23.05.2011

Mick BoxW poniedziałek 23 maja miałem okazję zobaczyć na scenie wrocławskiego klubu Eter legendę hard rocka, której nikomu nie trzeba przedstawiać – autorów 23 studyjnych krążków, w tym co najmniej kilku żelaznych klasyków gatunku oraz recenzowanej ostatnio przeze mnie na Irkalli świeżutkiej płyty Into the wild: Uriah Heep. Niespełna trzy lata temu przegapiłem ich koncert w stolicy, z tym większą determinacją podjąłem więc kroki, by wygospodarować czas i wybrać się na ich jubileuszowy występ w ramach trasy zorganizowanej z okazji czterdziestolecia istnienia zespołu. Co znaczy bowiem jedna zarwana noc i żywienie się następnego dnia w pracy głównie napojami energetycznymi, w obliczu możliwości zobaczenia na żywo kapeli Micka Boxa, autora Demons and wizards, Salisbury, Innocent Victim czy wreszcie Wake the sleeper?

Bernie ShawO obecnym składzie Uriah Heep można z powodzeniem powiedzieć, że jest niemalże stabilny od połowy lat 80. Pomijam oczywiście istotny fakt, iż w międzyczasie szeregi grupy opuścił bębniący w niej od czterech dekad Lee Kerslake, na którego miejscu zasiadł najmłodszy obecnie spośród muzyków, Russell Gilbrook. Oprócz niego i założyciela kapeli, na scenie wrocławskiego klubu mieli pojawić się więc basista Trevor Bolder (35 lat w składzie UH), klawiszowiec Phil Lanzon oraz wokalista i doskonały frontman, Bernie Shaw (obaj w zespole od 1986 roku).

Zanim jednak tych pięciu panów wstąpiło na deski Eteru, przed publicznością stanęli młodzi polscy rockmani  z kapeli Kruk. Przyznam, że nie miałem okazji wcześniej zapoznać się z ich autorską twórczością – wydanym w 2009 roku albumem Zanim cię zabije. Piotr Brzychcy i Krzysztof Walczyk z resztą składu zaprezentowali się tego wieczora całkiem przyzwoicie, choć nie udało im się porwać zebranego już pod sceną tłumku. Wyjątek stanowił moment, w którym wykonali cover piosenki Burn z repertuaru Deep Purple, dając dowód na to, iż nawet najbardziej zesztywniałą i nierozgrzaną publikę można skutecznie i błyskawicznie rozruszać, trzeba tylko mieć w zanadrzu naprawdę mocny numer.

Po około czterdziestu pięciu minutach supportu, na scenie zaczęli krzątać się techniczni głównej gwiazdy, którzy szybko i sprawnie podłączyli i ustawili sprzęt, by po chwili zmyć się i pozostawić widzów w niecierpliwym oczekiwaniu na show, który lada chwila mógł się zacząć. Artyści jednak kazali czekać na siebie kolejny kwadrans, racząc publiczność serwowanymi z płyty kawałkami, które powoli stawały się irytujące, pod względem jakości prezentowały bowiem konsekwentnie coraz niższy poziom.

Phil Lanzon, Trevor BolderMniej więcej o godzinie 21.15 w klubie pociemniało i dało się słyszeć dźwięki intra, przy których na deskach pojawili się kolejni muzycy Uriah Heep, by z impetem rozpocząć występ pochodzącym z ostatniego wydawnictwa numerem I’m ready. Od pierwszej sekundy wiadomo było, że ci panowie zjedli zęby na koncertowaniu i doskonale potrafią zawładnąć publicznością. Brawa należą się w szczególności Berniemu Shaw, prezentującemu w świetle reflektorów iście heavymetalowy wigor, dwojącemu się i trojącemu, biegającemu i raz po raz zagrzewającemu widzów do zabawy. Jego zachowanie kontrastowało niejako z postawą skupionego na swym rzemiośle lidera grupy. Mick Box nie stronił jednak całkowicie od kontaktu z publiką. To gestem pozdrawiał fanów, to znów wychodził nieco naprzód, a nawet, mimo iż konferansjerkę z zasady pozostawiał wokaliście, przy okazji zapowiedzi jednego z klasyków zdobył się na odrobinę werbalnej komunikacji.

Gdy wybrzmiały ostatnie takty kawałka otwierającego gig oraz następujących po nim Return to fantasy i Stealin’, frontman zapowiedział powrót do kultowej płyty sprzed niemal czterdziestu lat, mianowicie do Demons and wizards, której to pierwszym reprezentantem okazał się Rainbow Demon. Nie miałem wcześniej okazji usłyszeć klasycznych kompozycji Heep w wykonaniu obecnego składu kapeli, ponieważ składanka Celebration nie trafiła w moje ręce. W związku z tym część aranżacji zastosowanych przez artystów odrobinę mnie zaskoczyła. Wprawdzie Rainbow Demon wydał mi się dość wierny oryginałowi sprzed lat, reszta setlisty przyniosła jednak sporo niespodzianek. Jedną z największych było wykonanie żelaznego szlagieru Lady in black. Utwór ten, w klasycznej wersji odznaczający sie dość ogniskowym, balladowym, a przede wszystkim melancholijnym klimatem, w wersji A.D. 2011, choć wciąż akustyczny, wypadł bardzo rockowo, z wyraźną, jakby szybszą pracą sekcji rytmicznej w postaci perkusji i pulsującej linii basu. Innym takim zaskoczeniem okazał się rozimprowizowany w warstwie wokalnej, choć krótszy od swego albumowego odpowiednika Gypsy. Ta wariacja, w przeciwieństwie do Kobiety w czerni, jak najbardziej przypadła mi do gustu, a uderzający miarowo, niczym młot, gitarowo – klawiszowy motyw przewodni utworu wprowadził mnie w lekko transowy nastrój. Podczas imprezy nie mogło oczywiście zabraknąć największego chyba dzieła w historii grupy – July morning. Ku uciesze widzów, artyści odegrali ten legendarny utwór bez nieproszonych innowacji, Bernie zaczął intonowac pierwsze wersy na siedząco, nieco teatralnie, by wraz z narastaniem intensywności warstwy instrumentalnej, poderwać się i stopniowo wzmagać swą sceniczną ekspresję i oddawać sie rockowemu szaleństwu.

Russel Gilbrook
Motor koncertowej zabawy stanowiły oczywiście najszybsze numery, w tym zakończony popisową solówką Boxa Look at yourself i bisowa trójca, Easy livin’, Bird of prey oraz Free ‘n’ Easy, przy okazji którego muzycy zaprosili na scenę kilkoro spośród publiczności, do wspólnego machania czerepami. Skoro mowa o tych najbardziej dynamicznych piosenkach, kilka słów należy się reprezentacji tegorocznego wydawnictwa Uriah Heep. Otóż Money Talk, otwierający występ I’m Ready i wreszcie sam tytułowy Into the wild, w moim odczuciu wypadły wyśmienicie, idealnie wpasowując się w otoczenie niezapomnianych klasyków sprzed lat. Jedynie singlowy Nail on the head zawiódł. Być może przez swą oszczędną, bardzo prostą, rytmiczną formę nie sprawdził się tak dobrze jak reszta piosenek zespołu, który bądź co bądź zawsze na barwnych aranżacjach opierał swe najznamienitsze kompozycje.

Mick Box, Bernie ShawWrażenie, które wyniosłem z poniedziałkowej imprezy jest jak najbardziej pozytywne. Cieszy mnie zwłaszcza to, iż muzycy złote lata kariery mający już niestety za sobą, emanują taką energią i cały czas tryskają radością grania, co z resztą uwidoczniło się również na ostatnich dwóch bardzo dobrych płytach studyjnych. Panowie Box, Bolder, Lanzon, Shaw i Gilbrook niewątpliwie przeżywają drugą młodość, mając jednocześnie świadomość, gdzie leży ich siła, o czym świadczy dobór kawałków na koncertową setlistę oraz sposób w jaki zostały potraktowane hity z dawnych lat. Zagrane klasycznie, ale świeżo i z niemal heavymetalowym pazurem, bez rutyniarstwa, a przede wszystkim okraszone tym charakterystycznym, unikalnym klimatem i brzmieniem, którego nie można pomylić z niczym innym.

Uriah Heep

Na zdjęciach kolejno: Mick Box, Bernie Shaw, Phil Lanzon i Trevor Bolder, Russell Gilbrook, Mick Box i Bernie Shaw, Zespół z fanami na scenie. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

środa, 13 kwietnia 2011
Relacja z koncertu: Alcest, Dornenreich. Poznań, Pod Minogą, 12.04.2011

Na wstępie należy zaznaczyć, że nie jestem wielką fanką ani Alcest, ani Dornenreich, a do wczoraj miałam tylko jako takie pojęcie o rodzaju muzyki tworzonej przez wymienione zespoły. W związku z tym potraktowałam koncert jako okazję do nadrobienia zaległości, szczególnie, że cena i lokalizacja były zachęcające. Nastawiałam się przy tym zdecydowanie bardziej na Alcest, jako że ich ostatni album zbiera świetne recenzje, poza tym z założenia nie spodziewam się wiele po niemieckich i austriackich grupach ze sceny okołoblackmetalowej, podczas gdy Francuzi niejednokrotnie pozytywnie mnie pod tym względem zaskakiwali.

Eviga

Dornenreich rozpoczął gig w dwuosobowym składzie: Eviga na gitarze akustycznej i wokalach oraz Inve na skrzypcach. Pierwszym utworem był niemal instrumentalny Freitanz, którym Austriacy zbudowali całkiem ciekawą, aczkolwiek daleką od metalowej atmosferę. Obserwując siedzącego na stołku frontmana, przytupującego niekiedy do rytmu nogą zaopatrzoną w coś w rodzaju tamburyna, zerkałam tęsknie i z nadzieją w stronę nieużywanej perkusji z napisem „Dornenreich”.

EvigaNa szczęście, nie musiałam długo czekać – po odegraniu trzech utworów, pochodzących z akustycznego albumu In Luft geritzt, na scenie zaszły pewne zmiany. Zniknął stołek, gitara zmieniła się na elektryczną, pojawił się brakujący członek zespołu. Następująca po tej szybkiej reorganizacji część występu Austriaków zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu, gdyż ich spojrzenie na klimatyczny black metal okazało się całkiem oryginalne, a piosenki zróżnicowane. Wokalnie Eviga płynnie przechodzi od melorecytacji, poprzez śpiew, do krzyku, zaś wykorzystanie skrzypiec jako instrumentu równorzędnego z gitarą czy perkusją dodaje muzyce Dornenreich melodyjności i tworzy charakterystyczną atmosferę.

Dornenreich

Alcest

Neige

W porównaniu ze swoim supportem Alcest wypadł moim zdaniem blado i zwyczajnie. W połączeniu z rosnącym zmęczeniem i kilkoma spożytymi piwami, muzyka Francuzów okazała się dla mnie świetną kołysanką, a kolejne utwory zlały się w jedną powolną i klimatyczną całość. Dodatkowo, jak to często bywa z czystymi wokalami na koncertach ekstremalnego metalu, głosu Neige’a chwilami prawie nie było słychać. Reasumując, wysłuchałam wprawdzie występu Alcest z przyjemnością, jednak nie sądzę, by gig ten na długo pozostał w mojej pamięci.

Zero

 

A na zakończenie wieczoru udało mi się zamienić kilka słów z Evigą i Invem, a także skłonić ich do pobazgrania markerem okładki mojej świeżo zakupionej Her von welken Nächten.

*Na zdjęciach kolejno: Eviga, Eviga, Eviga i Inve, muzycy Alcest, Neige, Zero. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

poniedziałek, 13 grudnia 2010
Relacja z koncertu: Swans. Warszawa, Stodoła, 10.12.2010

Jeden z pierwszych muzycznych newsów upływającego właśnie roku brzmiał: Michael Gira reaktywował Swans. Jakiś czas później pojawiły się konkretne informacje o nowej płycie, o planowanej trasie, a wreszcie o dwóch koncertach w Polsce. Na początku zalała mnie fala szczęścia wymieszanego z niedowierzaniem, bo nie przypuszczałam, że kiedykolwiek uda mi się zobaczyć Łabędzie na żywo – w końcu nie istnieli już od kilkunastu lat, a zarówno Gira jak i jego dawna partnerka wydawali się zajęci własnymi projektami i nic nie wskazywało na to, by któreś z nich tęskniło za swoim pierwszym zespołem.

Po jakimś czasie zaczęły nachodzić mnie wątpliwości – że bez Jarboe to już nie będzie to samo, że zamiast nagrać płytę w stylu Swans Michael zaserwuje fanom nieco cięższą wersję muzyki tworzonej przez niego w Angels of Light, a to znowu, że na koncercie pewnie nie ma co liczyć na stare klasyki. Mój stosunek do zbliżającego się występu zmieniał się kilkakrotnie w ciągu minionego roku i jeszcze dwa tygodnie przed ustaloną datą nie byłam nawet pewna, czy na niego pojadę. W końcu jednak ciekawość przeważyła i wraz z Namtarem wsiedliśmy w piątek do pociągu zmierzającego w stronę stolicy.

O supporcie w osobie Jamesa Blackshawa nie potrafię powiedzieć zbyt wiele. Kilka nastrojowych kompozycji odegranych przez niego na dwunastostrunowej gitarze akustycznej zbudowało nawet przyjemny klimat, jednak nie sądzę, bym po piątkowym występie miała na długo zapamiętać jego nazwisko. Przyznać trzeba, że rola, która przypadła mu w udziale, nie należała do łatwych i nie mam pojęcia, jaki zespół musiałby być na jego miejscu, by rzeczywiście przykuć uwagę oczekujących z niecierpliwością na gwiazdę wieczoru fanów.

Wreszcie, o godzinie 21, na scenie zaczęli pojawiać się muzycy Swans. Pierwszy za swoim instrumentem zasiadł perkusista, Phil Puleo, a co kilka minut dołączali kolejni członkowie zespołu – budzący skojarzenia z Tubular bells Mike’a Oldfielda opener nowego krążka grupy, No words/No thoughts, rozpoczął widowisko. Od pierwszych minut Swans zbudowali niesamowity klimat i wprowadzili publikę w swego rodzaju trans. Pod względem atmosfery wykreowanej podczas koncertu, występ Łabędzi można porównać do show tworzonych na przykład przez Neurosis czy solowy projekt dawnej koleżanki z zespołu Michaela, Jarboe, choć zachowanie na scenie członków Swans zdecydowanie słabiej współgrało z prezentowanym przedstawieniem, niż w przypadku muzyków wspomnianych zespołów. O ile Gira rzeczywiście wczuwał się w odgrywane kawałki, to klękając, to skacząc, to znów wykonując różne erotyczne gesty – od niewinnego całowania mikrofonu, aż po symulowanie masturbacji – o tyle pozostała część jego ekipy zdawała się w najmniejszym stopniu nie podzielać uniesień Michaela.

Znaczną część setlisty zajęły utwory z nowej płyty, jednak zespół zagrał też kilka klasyków, z których ucieszył mnie w szczególności Sex, God, Sex z albumu Children of God. Zabrakło kompozycji z kultowego White light from the mouth of infinity, a szkoda, bo miałam nadzieję usłyszeć na żywo Failure. Cały show trwał jednak pełne dwie godziny i całkowicie mnie usatysfakcjonował, mimo że nie zawierał wszystkich kawałków, które sobie wymarzyłam. Na wzmiankę zasługują niewątpliwie ciekawe rozwiązania instrumentalne wykorzystane przez członków Swans – widział ktoś kiedyś grę smyczkiem na ksylofonie? Słyszał ktoś solówkę na drumli w rockowo-industrialowym kawałku? Cóż, ja od piątku już tak. Niesamowicie rozbudowana sekcja rytmiczna, a także popisy odpowiedzialnego za elektronikę Christopha Hahna to kolejne elementy występu amerykańskiej legendy, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Jeśli chodzi o formę wokalną Michaela, także nie sposób się do czegokolwiek przyczepić.

Od strony organizacyjno – technicznej koncert przebiegł bez zarzutu: brzmienie wyśmienite i żadnych opóźnień. Dodatkową miłą niespodzianką był całkowity brak fosy i barierek, co na polskich imprezach jest rzadko spotykane, a szkoda, gdyż powoduje wrażenie lepszego kontaktu zespołu z publicznością i poczucie kameralności koncertu. A propos kontaktu zespołu z publicznością – Gira zdawał się wyraźnie poirytowany żywiołową reakcją niektórych fanów na występ Swans i kilkakrotnie starał się zapobiec formowaniu się pod sceną niewielkiego młyna. Jakoś nie wydaje mi się, by w latach 80. również tak bardzo troszczył się o bezpieczeństwo fanów – przeciwnie, pierwsze koncerty jego formacji bywały podobno dość ekstremalne...

Nie spodziewałam się, że gig Michaela będzie w stanie przebić występ Jarboe, który miałam okazję obejrzeć w kwietniu tego roku. I rzeczywiście, pod względem osobowości scenicznej dawna wokalistka Swans cały czas plasuje się w mojej hierarchii wyżej od swojego kolegi, jednak bogactwo aranżacji i rozbudowane instrumentarium przemawiają zdecydowanie na korzyść Giry. Przede wszystkim jednak, Michael i spółka, mimo długoletniego odpoczynku od tego typu muzyki, piszą moim zdaniem po prostu lepsze, bardziej klimatyczne i szybciej wpadające w ucho piosenki, dzięki czemu nawet znając z nowej płyty tylko jeden utwór, na koncercie bawiłam się świetnie.

Reasumując, warto było ryzykować zimową przeprawę PKP, warto było także obejrzeć koncert do ostatniej minuty, mimo że poskutkowało to spóźnieniem na pociąg i nieplanowaną nocą w Warszawie. Ktokolwiek wątpił w sensowność reaktywacji Swans, mylił się, a ktokolwiek na koncert nie pojechał, ma czego żałować.

Członkowie Swans

Chwilowo niestety nie dysponujemy z Namtarem aparatem fotograficznym, więc nie mogę wzbogacić relacji o autorskie zdjęcia. Foty członków zespołu pochodzą z poligrafii najnowszego albumu Swans, My father will guide me up a rope to the sky (u góry od lewej: Michael Gira, Norman Westberg, Christoph Hahn – członkowie Swans przed reaktywacją, na dole od lewej: Thor Harris, Phil Puleo, Chris Pravdica – nowi muzycy w zespole).

Profil myspace Swans

19:48, ereshkigal_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »