sobota, 08 listopada 2014
The Outside - Dawn of the deaf

The Outside - Dawn of the deaf

Gatunek: thrash metal
Kraj pochodzenia: Chile / Izrael / Niemcy
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: Metropolitan Edge

Druga płyta w dorobku izraelsko – chilijsko – niemieckiego bandu The Outside okazała się prawdziwym ciosem znikąd. O istnieniu tej stacjonującej w Berlinie kapeli dowiedziałem się w dniu jej koncertu w Poznaniu. Pogrzebałem błyskawicznie w internecie, posłuchałem promującego ich debiutancki krążek kawałka i uznałem, że trochę podziemnego thrashu w piątkowy wieczór nikomu jeszcze nie zaszkodziło, więc warto zobaczyć, kogo do Bazyla przygnało zza naszej zachodniej granicy. Gdy było już po zabawie i muzycy opuścili scenę, zahaczyłem o mercha i w ramach wsparcia (wstęp na imprezę był darmowy) kupiłem ich najnowsze dzieło, zatytułowane Dawn of the deaf. Dopiero odpalenie płytki w domowym odtwarzaczu pozwoliło mi w pełni ocenić sztukę Niemców, bo przy piwnicznej, klubowej akustyce, gig dał możliwość najwyżej zgrubnego określenia jej jakości i stylistycznej afiliacji.

Wracając do pierwszego zdania recenzji – Dawn of the deaf zaserwował mi niezwykle przyjemną niespodziankę! Thrash w wykonaniu The Outside jest solidny i soczysty, wręcz naszpikowany ociekającymi zajebistością, ciętymi riffami i okraszony całkiem ciekawym, choć momentami mocno nieoszlifowanym wokalem. Gdy tylko wybrzmiewa krótkie akustyczne intro, zaczyna się klasyczna jazda. Podoba mi się sposób, w jaki wioślarz kapeli, Sergio Klein, żongluje zagrywkami - już w środkowej sekcji pierwszego kawałka, End of trust, robi się naprawdę ciekawie. Nowoczesny groove przeplata się z tradycyjnym, szybkim łojeniem i całkiem efektownym, technicznym kombinowaniem, gdzie swoje imponujące umiejętności w pełnej krasie prezentuje również bębniarz Alberto Atalah. Podobna wymiana ma miejsce w wielu utworach. Uwagę zwracają zwłaszcza To the Innocent, z karabinowymi partiami w zwrotce i połamanym, melodyjnym riffowaniem w refrenie oraz najbardziej wyrafinowany pod względem rytmicznym Ashes. Tytułowy Dawn of the deaf dla odmiany cieszy ucho zwieńczeniem w postaci stylowej rozbujanej solówki.

Mimo licznych ciekawostek, takich jak wspomniane powyżej, całość wydawnictwa ma niezaprzeczalnie brutalny, nowocześnie thrash metalowy wydźwięk. Numery takie jak Until the world takes us albo hymnowy Of a nation stanowią doskonały motor do radosnego moshowania. Wspomniany już To the Innocent kopie aż miło, a jego tekst wręcz prosi się o wspólne koncertowe skandowanie: „I object! I protest! I refuse!”. Właśnie takie klimaty budują prawdziwy charakter Dawn of the deaf.

Roland B. Marx, który zdziera gardło za mikrofonem, również dorzuca swoje trzy grosze do charakterystycznego brzmienia The Outside. Balansuje na pograniczu wściekłego krzyku budzącego skojarzenia z Mille Petrozzą i melodyjnego, heavy metalowego śpiewu, momentami przypominającego dokonania Warrela Dane’a, jednak zdecydowanie bardziej nieokrzesanego i wściekłego. Surowe podejście do skądinąd dość ambitnych partii wokalnych jest elementem, który z jednej strony może nieco zrazić słuchaczy, z drugiej zaś tkwi w nich jakaś godna podżegacza wojennego, dzika, barbarzyńska siła, niewątpliwie przydająca utworom temperamentu.

Życzyłbym sobie więcej odkryć takich jak The Outside, a jednocześnie jestem ciekaw, czy chłopakom uda się opuścić podziemie i przebić do szerszej świadomości fanów metalu. Ich debiutancki krążek, z którym również udało mi się zapoznać, zdradzał niezaprzeczalny potencjał, a tegoroczne dzieło wskazuje na ewolucję w dobrym kierunku. Nadal jest tu kilka kwestii które wymagają dopracowania – przejścia pomiędzy poszczególnymi partiami piosenek niekiedy wychodzą nieco niezgrabnie, no i wokalom, jakkolwiek ciekawym i efektywnym, nie zaszkodziłby dalszy lifting. Wierząc, że kwestie te ulegną poprawie na drodze naturalnego rozwoju muzyków, czekam ze sporym zainteresowaniem  co będzie dalej.

Ocena: 7/10

Dawn of the deaf w YouTube

23:19, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 września 2014
Avatarium - Avatarium

Avatarium - Avatarium

Gatunek: doom metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2013
Wytwórnia: Nuclear Blast

Szwedzki Candlemass zakończył działalność, chociaż przewiduję i mam nadzieję, że panowie w rzeczywistości postanowili urządzić sobie krótszy lub dłuższy, ale tymczasowy odpoczynek od grania pod tą zasłużoną banderą. Leif Edling, który w dużej mierze przewodził załodze, nie zszedł jednak ze sceny i całe szczęście, ponieważ album, który nagrał zebrawszy solidny skład znanych choćby z współpracy z Tiamat (Lars Sköld), Evergrey (Marcus Jidell) i Krux (Carl Westholm) muzyków i ozdobiwszy go debiutującą wokalistką Jennie-Ann Smith jest jednym z najpiękniejszych, a zarazem najbardziej niepokojących, jakie ujrzały światło dzienne w ubiegłym roku.

Edling odszedł, choć niedaleko, od artystycznej formuły, którą stosował dotąd w macierzystej kapeli i pozostałych swoich projektach. Kiedy ma być klasycznie i ciężko – jest klasycznie i ciężko w sprawdzonym stylu. Riffy z Moonhorse to czysty Candlemass, i głębokie ukłony w stronę Black Sabbath, zaś singlowy Boneflower maszeruje niczym Demonia 6 albo Assassin of light, a jego motyw przewodni przypomina elektryczną wersję wstępu do Solitude. Znajome, ciężkie jak płyta nagrobna doomowe walce, zbudowane na tradycyjnych patentach są tu obecne w pełnej krasie, uzupełnione jednak nie mniej istotnymi, delikatnymi partiami. To właśnie te ostatnie stanowią o wyjątkowości Avatarium i sprawiają, że zespół ma szanse zaistnieć na scenie i znacząco wyróżnić się na tle innych, aktywnych czy nie, side-projectów Edlinga.

Właściwie każdy utwór utkany jest z przeplatających się na równych prawach metalowych wątków i spokojnych fragmentów, okraszonych łkającą gitarą i niekiedy prawie jazzującą perkusją, emanujących niesamowitą, wywołującą ciarki na plecach atmosferą. Wielkie brawa należą się obdarzonej dojrzałym, głębokim głosem, wspomnianej Jennie-Ann Smith, która wypada po prostu genialnie – całkowicie zawłaszcza uwagę słuchaczy zarówno hipnotycznym, tętniącym emocjami śpiewem w łagodnych momentach jak i porządnym, ekspresyjnym metalowym krzykiem w pozostałych.

Dzięki zrównoważeniu składników muzycznej formuły Avatarium utrzymuje potrzebną dynamikę. Nie jest to wprawdzie sztuka stworzona do szalonego pogo, nieustanna gra kontrastów między ciężarem, a delikatnością nie pozwala jednak zapomnieć, że mamy do czynienia z prominentami doom i gothic metalu, którzy bynajmniej nie zapomnieli o swych korzeniach. Co więcej, wciąż mają garść dobrych pomysłów i mnóstwo artystycznego wyczucia, pozwalającego na skomponowanie tak magicznych kawałków, jak przejmujący Moonhorse, przebojowy Boneflower, posępny Bird of prey czy przynoszący ostateczne wyciszenie  Lady in the lamp.

Ocena: 9/10

Profil youtube

21:02, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 maja 2014
Occultist - Death sigils

Occultist - Death sigils

Gatunek: black / death / thrash metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2013
Wytwórnia: Primitive Ways Records

Od czasu do czasu wzbiera we mnie potrzeba posłuchania muzy, która stanowiłaby zastrzyk czystej adrenaliny, brutalnego kopa dla rozładowania energii i na przeczyszczenie po wciągnięciu zbyt dużej dawki żałosnej papki, nachalnie tłoczonej przez większość otaczających mediów. Materiał zawarty na Death rituals nadaje się do tego celu wyśmienicie – jest krótki, ale siecze bez miłosierdzia, niczym seria z nadżartego przez rdzę, choć zawsze niezawodnego kałasza.

W ramach swego standardowego modus operandi, członkowie Occultist nadają wściekłemu thrashowi à la wczesna Sepa czy Slayer brutalną grindcore’ową intensywność i zimny, nieoszlifowany, piekielnie chaotyczny blackowy rys. Klasyczne inspiracje słychać głównie w riffach takich numerów, jak opatrzony niemal melodyjnym refrenem Ritual blast czy startujący na Motörheadowską modłę Path of the damned. Kiedy indziej, choćby w zamykających krążek Towers of silence i Blackest apotheosis, kapela zmniejsza obroty z zajebiście szybkich na średnio szybkie i z głośników wylewa się smolisty, klimatyczny hałas bliższy ojczyźnie Darkthrone.

Jazgot instrumentów sprawia wrażenie, jakby został zarejestrowany za jednym podejściem, na żywo, w klubowej piwnicy. Próżno szukać na Death sigils perfekcyjnie wykonanych zagrywek – większość partii nosi znamiona nieokrzesanej surowizny i wychyla się raczej w kierunku intuicyjnego manifestu buntu i strumienia niepohamowanej agresji, niż zaplanowanej sztuki. Słychać to tak w trzeszczącym łojeniu wioseł, przeplatających wspomniane klasyczne patenty z obmierzłymi blackowymi dysharmoniami i chamskim crustowym walcowaniem, jak w dzikiej grze bębniarza, który rytmy z pogranicza thrashu i hardcore’a zagęszcza do black-deathowej jazdy, zwłaszcza w najbardziej bezlitosnych numerach, takich jak tytułowy Death sigils i Iron distort.

Całość materiału emanuje ostentacyjnie punkowym temperamentem – produkcja jest gówniana, a nadrzędnym celem w większości prostych, choć gęstych kompozycji zdaje się być sponiewieranie szalejących w koncertowym picie fanów. Ten undergroundowy feeling dodatkowo podkreśla wokalna apokalipsa w wykonaniu niejakiej Kelly Zylstra, która pluje nieokiełznanymi, wkurwionymi do granic możliwości wrzaskami z pogranicza blackowego screamu, niekiedy, dla podtrzymania kolorytu, przerzucając się na brutalny growling.

Siłą Death sigils jest szczerość i bezkompromisowość. Nie ma tu żadnej filozofii, tylko czysta furia, adrenalina i chaos, podane z wyczuciem nośności, cechującym pierwsze dokonania takich klasyków, jak Sepultura, Kreator czy Sodom. Occultist celowo, jak mniemam, omija szerokim łukiem mainstream, a wręcz pokazuje mu siarczystego fucka, z założenia nie wychylając łba z obskurnych piwnic podziemia. Polecam, jako odtrutkę na plastik i przerost formy nad treścią – tylko słuchać głośno, bo brzmienie jest naprawdę do niczego.

Ocena: 7,5/10

Profil bandcamp

PS: Occultist sprzedaje Death sigils w formacie mp3 za "co łaska", więc brać i nie gadać!

czwartek, 08 maja 2014
Aenaon - Extance

Aenaon - Extance

Gatunek: avant-garde black metal
Kraj pochodzenia: Grecja
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: Code666

Spośród licznych podgatunków metalu, black okazuje się doskonałą bazą do wszelkich stylistycznych eksperymentów. Od ponad dekady zastępy zespołów eksploatują ten fakt i dziś trudno jest im zaskoczyć słuchacza czymś naprawdę świeżym. W związku z tym coraz częściej o wyjątkowości danej grupy świadczy nie to, jak daleko potrafią się jej członkowie posunąć w swym szaleństwie, a jak sprawnie potrafią je okiełznać i ubrać w interesujące utwory.

Grecy z Aenaon, choć wykazują zdecydowanie eksperymentatorskie zapędy, bez wątpienia zdają sobie sprawę z wartości dobrych piosenek – ich najnowszy album, zatytułowany Extance, jest tego najlepszym dowodem. Nie trzymają się kurczowo jednej szufladki, flirtują z rozmaitymi stylami, okazjonalnie wykraczając nawet poza metalową konwencję, ale nigdy nie tracą z pola widzenia przejrzystych kompozycyjnych ram. Grau Diva jest więc z grubsza klasycznym melodyjnym blackiem z wpadającym w ucho, podbitym chóralnymi śpiewami refrenem, podczas gdy, dla odmiany, w maszerującym Land of no water  usłyszymy echa pagana, czy nawet folku, a Deathtrip Chronicle i A treatise on the madness of God przewalcują nas rasową black-deathową szarżą. Der mude Tod, pomimo niemieckiego tytułu najściślej z całej stawki nawiązuje do skandynawskiej odmiany szatańskiej muzyki, a to za sprawą charakterystycznego ataku perkusji, siarczystych, ultraszybkich tremoli gitar i gościnnych wokali Sindre Nedlanda z In Vain.

Zawartość krążka jest bardzo wielowymiarowa. Bębniarz Nycriz, gdy trzeba dorzuca do pieca i nadaje utworom impet, który zaspokoi apetyt każdego fana ciężkiego grania, kiedy indziej zaś, wchodząc na nieco wolniejsze obroty w spokojniejszych, psychodelicznych partiach wypełnia przestrzeń naprawdę wyrafinowanymi teksturami. Oszczędne i wykalkulowane zastosowanie blastów nadaje kompozycjom sensowny kręgosłup rytmiczny, zostawiający dość oddechu dla zróżnicowanej pracy gitar i masy awangardowych smaczków i zagrywek. Odpowiedzialni za wiosła Achilleas i Anax serwują ciężkie, soczyste i, co najważniejsze, wyraziste riffy, zdecydowanie zabarwione zimnymi, dysharmonicznymi, postowymi ciągotami. Hojnie częstują również solówkami, które, tak jak lwia część partii na Extance, nie ograniczają się do jednej tylko stylistyki.

Twórczość Aenaon nie mogłaby istnieć bez splecionej z warstwą metalowego instrumentarium mozaiki wszelkiej maści wtrętów klawiszy, cymbałów, dęciaków, bębenków i diabeł wie, czego jeszcze. Psychotyczne zgrzyty smyków w Closer to scaffold wywołują ciarki na plecach, a histeryczne wokalizy Mirai Kawashimy z Sigh, dopełnione barwnymi, hammondowymi improwizacjami czynią z wspomnianego Land of no water  jeden z najciekawszych fragmentów albumu. Interludium na pianinie w postaci Algernon’s decadence to natomiast majstersztyk z pogranicza współczesnej muzyki poważnej. Podobnych momentów znajdzie się na płycie mrowie, zaś wisienką na torcie jest Funeral blues. Grecy dokonali tu bardzo trudnej sztuki  – w sposób przekonujący ożenili ekstremę z jazzem, uzyskując spójną całość, która okraszona rozkrzyczanym damskim śpiewem, daje piorunujący efekt.

Jeśli miałbym trochę ponarzekać, to mam wrażenie, że tradycyjnej, metalowej stronie materiału brak  pierwiastka unikatowości – awangardowe odjazdy, choć jest ich mnóstwo, z rzadka sięgają trzonu kompozycji, przez co przy pobieżnym odsłuchu łatwo je pominąć i odebrać Extance jako zbiór porządnych, wpadających w ucho, solidnie napisanych, zagranych i wyprodukowanych, choć dość standardowych piosenek. To jednak drobny mankament. Gdyby odwrócić tok rozumowania można poczytać go wręcz za zaletę, album zachowuje bowiem dzięki swej formie pozory prostoty, potrzebnej by na początku zyskać uwagę słuchacza, zaś swoją prawdziwą duszę ujawnia w miarę dalszego z nim obcowania.

Ocena: 8,5/10

Profil youtube

czwartek, 01 maja 2014
Persuader - The fiction maze

Persuader - The Fiction Maze

Gatunek: power metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: Inner Wound Recordings

Persuader, choć ma na swoim koncie kilka wydawnictw, pozostaje w cieniu większych nazw. Jest to o tyle dziwne, że w tłumie naprawdę przeciętnych, drugo czy trzecioligowych zespołów, parających się graniem z okolic power metalu, ta ekipa ze Szwecji prezentuje bardzo solidną muzę. Na The fiction maze panowie podążają ścieżką, którą wytyczyli na poprzednim krążku, a która coraz bardziej oddala ich od tradycyjnie pojętej formuły gatunku, przynajmniej w sferze instrumentalnej.

Od pierwszego kawałka słychać, że mamy do czynienia z nowoczesnym łojeniem, śmiało wędrującym na pogranicze thrashu, groove’a, a nawet melodeathu. Tym jednak, co sprawia, że łatka power metalu wciąż jest w mniejszym lub większym stopniu właściwa dla sztuki Persuader, są genialne wokale charyzmatycznego Jensa Carlssona – potężne, agresywne i podniosłe, a przede wszystkim charakterystyczne, choć łudząco przypominające styl i barwę Hansiego Kurscha z Blind Guardian. Podobieństwo to stanowi w równym stopniu czynnik windujący twórczość Szwedów na wyższy poziom, co kulę u nogi – nie pozwala jej bowiem na uzyskanie własnej, unikatowej tożsamości. Być może właśnie stylistyczne odejście od tradycyjnego rycerskiego galopowania jest lekarstwem i sposobem na stanie się czymś więcej niż „fajną kapelą w klimatach BG”.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu The fiction maze nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pierwsza połowa płyty jest wyraźnie mocniejsza. Sześć utworów, aż do Son of Sodom, to właściwie same żelazne metalowe killery. Otwierający album, utrzymany w średnim tempie One lifetime, z nowoczesnym riffowaniem i podniosłym, wpadającym w ucho refrenem jest typowym przedstawicielem sztuki Persuader. Podobnie ma się sprawa z War. Utwór tytułowy przynosi zwiększenie obrotów. Zaczyna się niczym Battery, delikatnym wstępem, poprzedzającym kanonadę thrashowego ognia. Niestety, zwłaszcza w zwrotkach, zestawienie artyleryjskiego ataku instrumentów z powerową emfazą wokali wypada odrobinę niezręcznie, tak jakby gardłowy nie mieścił się w karabinowych frazach. Nie zmienia to jednak faktu, że całościowo piosenka prezentuje się świetnie. Deep in the dark jest mroczniejszym numerem, stawiającym na klimat i ciężki walcowaty pochód, przetykany akustycznymi przejściami. Tutaj śpiew Carlssona lśni najjaśniej – jest po prostu niesamowity. InSect i Son of Sodom znów przyspieszają na power metalową modłę. Pierwszy z nich cieszy ucho zwartym, natchnionym atakiem, drugi zaś pięknym, opatrzonym bodajże najbardziej ujmującą melodią na krążku refrenem.

Tak jak wspomniałem, mam wrażenie, że kolejne kompozycje, choć na pozór nie odbiegające w formie od poprzednich, cierpią w wyniku spadku ilości dobrych pomysłów, a może po prostu brak im różnorodności. Na uwagę zasługuje jeszcze poprzedzony instrumentalnym Dagon rising,bujający się w nieco szantowym klimacie Worlds collide, choć znów ponad przeciętność wynosi go głównie charyzma wokalisty w bezbłędnym refrenie. Zamykający album Falling faster zaczyna się niczym rasowy melodyjny death, lecz szybko okazuje się standardową piosenką, która nie pozostaje na dłużej w pamięci.

Po podsumowaniu mocnych i słabszych stron The fiction maze wypada naprawdę nieźle. Pozytywnie wybija się też na tle tegorocznych power metalowych premier, nawet, a może zwłaszcza tych najbardziej promowanych i kasowych  – nudnego Plagues of Babylon Iced Earth i wtórnego do granic absurdu Empire of the Undead Gamma Ray. Osobom nie znającym Persuader polecałbym jednak na początek zapoznanie się z When Eden burns z 2006 roku.

Ocena: 7,5/10

Profil bandcamp

13:54, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 kwietnia 2014
Sub Rosa - More constant than the gods

Sub Rosa - More constant than the gods

Gatunek: doom metal / stoner
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2013
Wytwórnia: Profound Lore

Sub Rosa jest jednym z wielu dzieci renesansu doom metalu, dodam na wstępie – jednym z najbardziej udanych. Nowy krążek operującej w klimatach stonerowo-psychodelicznych kapeli z Salt Lake City łączy w sobie okultystyczną nastrojowość, charakterystyczną choćby dla Jex Thoth, z dronującym ciężarem bliższym formacjom typu Ufomammut czy Yob.

To, co przykuwa uwagę i hipnotyzuje w przypadku More constant than the gods to niesamowita, podniosła i niepokojąca atmosfera, spowijająca wypełniającą album muzykę, powstała w wyniku udanego połączenia mocnych, charyzmatycznych damskich wokali z bardzo ciekawą pod względem aranżacyjnym współpracą gitar i smyczków. Śpiewane z przejęciem, przywołujące na myśl utwory Edgara Allana Poe teksty, wywołują ciarki na plecach, a ponad kamiennymi riffami malują się pobudzające mroczne zakątki wyobraźni plamy to płaczących, to złowrogo rozwibrowanych dźwięków skrzypiec.

Na krążku dominuje powolny, posępny i ciężki stoner-doom. Ghost of a dead empire z godnymi natchnionej upadłej kapłanki wersami „Slavery to a cruel idol, slavery to a hollow fable” w czymś na kształt refrenu czy opatrzony dysharmoniczną grą gitary wiodącej Affliction, nie pozostawiają złudzeń co do tego, po której stronie mocy opowiadają się ich autorki. Cosey Mo jest szybszy i bardziej zwarty, a Fat of the ram w agresywnych momentach przypomina sludge’a spod znaku Kylesy. Choć większość kawałków znamionuje zdecydowanie metalowy temperament, dopełnione są one intrygującymi, wyciszonymi fragmentami. Przepiękna, podszyta delikatnym dzwonieniem perkusji inwokacja w drugiej połowie The Usher, a zwłaszcza oszczędny w metalowe dźwięki, zagrany głównie na pianinie, flecie i cymbałach No safe harbor dają wyraz wszechstronności kompozytorskiej artystek odpowiedzialnych za powstanie wydawnictwa.

Ze względu na sporą ilość zawartej na płycie muzyki, dokładne zapoznanie się z nią wymaga czasu. Utwory, pomimo imponującej długości, napisane są z należytym wyczuciem dynamiki i nie powodują utraty zainteresowania słuchacza, jak to ma nierzadko miejsce w przypadku obcowania z twórczością należącą do gatunku, w którym obraca się Sub Rosa. Zespół unika zmierzających donikąd dłużyzn, dbając o to, by zamknąć kompozycje w sensowne ramy i nadać każdej z nich własny, unikalny charakter.

Kapela metalowa, dowodzona przez przedstawicielki płci pięknej nie jest w dzisiejszych czasach niczym niespotykanym, a damskie wokale na doomowych płytach stanowią nieodłączny element panującej mody. More constant than the gods wyróżnia się jednak zaangażowaniem, specyficzną, mroczną kobiecą poetyką i emocjonalnymi aranżacjami, poskładanymi w intrygujące, ambitne, zapadające w pamięć piosenki.

Ocena:  8,5/10

Profil bandcamp

wtorek, 08 kwietnia 2014
Stormwarrior - Thunder & steele

StormWarrior - Thunder & Steele

Gatunek: power / speed metal
Kraj pochodzenia: Niemcy
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: Massacre Records

Premierowy krążek Stormwarrior to apoteoza metalu w najczystszej postaci. Jest tu wszystko, za co fani pokochali w końcówce lat 80. Helloween, Gamma Ray czy Blind Guardian  – podniosłe melodie, przebojowe refreny, potężne riffy, ogniste solówki i niezmordowany galop sekcji rytmicznej. Niemcy podali te elementy w surowej formie. Szczędząc słuchaczom symfonicznych lub klawiszowych wstawek, sampli  i tym podobnych cukierkowych patentów, okroili swoją muzykę do niezbędnej esencji.

Thunder & steele jest w stanie zapewnić dużo świetnej rozrywki, jeśli zaakceptuje się radykalną power metalową konwencję i przymknie oko na rażącą wręcz monotematyczność tekstów, traktujących głównie, w różnych konfiguracjach, o stali, żelazie i ogniu, które to słowa-klucze przewijają się w każdej piosence. Jakkolwiek sztampowe i kiczowate, liryki wyśpiewywane są przez Larsa Ramcke z niesłabnącym zaangażowaniem i dramaturgią godną dobrego mistrza gry podczas sesji RPG, a linie melodyczne wokalu nie ustępują chwytliwością żelaznym klasykom sprzed ponad dwóch dekad.

Utwory cieszą ucho wybornymi riffami, ujawniającymi talent gitarzystów do pisania zapadających w pamięć, agresywnych linii, nawet jeżeli spora ich część nasuwa skojarzenia z konkretnymi piosenkami autorstwa wspomnianych na początku recenzji zespołów. Wystarczy posłuchać Sacred blade, Die by the hammer czy choćby utrzymanego w troszkę wolniejszym tempie Fyres in the nighte – głowa sama rwie się do machania.

Świat idzie do przodu, a Stormwarrior z żelazną konsekwencją trwa przy swojej formule. Przetrwali epokę, w której scena odrzuciła klasykę i uparcie dążyła ku nowoczesności, a jedynym usprawiedliwieniem istnienia power metalu stała się autoparodia. Wierność tradycji w wydaniu Niemców jest niestety mieczem obosiecznym – z jednej strony materiał zawarty na Thunder & steele przywraca do życia klasyczne, szczere, melodyjne łojenie, z drugiej zaś przydałaby mu się odrobina urozmaicenia i więcej własnej tożsamości. Kompozycyjna jednorodność i monotonia to jego największy minus, który na szczęście da się przeboleć, czterdzieści pięć minut trwania płyty to bowiem wystarczająco krótki czas, by znużenie nie zdążyło dać się we znaki.

Ocena: 7/10

Steelcrusader w Youtube

21:17, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 kwietnia 2014
Dread Sovereign - All hells martyrs

Dread Sovereign - All hell's martyrs

Gatunek: doom metal
Kraj pochodzenia: Irlandia
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: Vàn Records

O Dread Sovereign usłyszeć bądź przeczytać można było po raz pierwszy mniej więcej rok temu, kiedy to pojawiła się informacja, że ów świeżo założony przez Alana Averila i Sol Dubha z Primordial oraz gitarzystę o pseudonimie Bones zespół zadebiutuje na festiwalu Roadburn. Wtedy również światło dzienne ujrzała ich pierwsza EPka, zatytułowana Pray to the devil in man, której cała zawartość weszła zresztą, w doszlifowanej formie, w skład recenzowanego premierowego albumu, wydanego niespełna dwa tygodnie temu nakładem Vàn Records.

Frontman Kapeli, charyzmatyczny Nemtheanga, raz po raz przypomina o sobie udzielając się w różnych projektach – nagrywając płyty z Twilight of the Gods i Blood Revolt czy śpiewając gościnnie w piosenkach zaprzyjaźnionych artystów. Tym razem, tworząc do spółki z kolegami All hell’s martyrs, dał upust swojej fascynacji tradycyjnym doom metalem. Album wypełniają kompozycje oscylujące wokół klasycznej formuły gatunku. Muzycy grają ciężko, powoli, częstują bardziej chwytliwymi motywami, żeby nieco później pogrążyć się w dziesięcio– lub nawet kilkunastominutowych, ślimaczych pochodach, zahaczających momentami o stonerowe halucynacje.

To właśnie te bardziej przebojowe utwory – 13 clergy, We pray to the devil in man i Cathars to their doom robią największe wrażenie już po wstępnym przesłuchaniu i stanowią główną siłę napędową wydawnictwa. Pierwszy z nich przyprawia o dreszcze skradającą się, złowrogą, pchaną mocarnym, rasowym riffem i okraszoną obłąkanymi wokalami Nemtheangi zwrotką, kontrastującą z noszącym piętno szaleństwa, ciężkim refrenem, który będzie tłukł się po głowie jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniej nuty.

All hell’s martyrs to solidna, równa płyta. We pray to the devil in man i Cathars to their doom dzielą zalety 13 clergy i są jednymi z najlepszych doomowych killerów, jakie napisano w ostatnich latach. Wyraźnie da się dostrzec jednak podział materiału na dwie przeplatające się części – tę bardziej tradycyjną, piosenkową i drugą, tchnącą apokaliptyczną atmosferą i z premedytacją wlokącą się w funeralowych tempach, w której skład wchodzą We wield the spear of Longinus, Cthulhu opiate haze i zamykający stawkę utwór tytułowy.

Spośród  tych długich kompozycji interesująco prezentuje się ostatnia, nawiązująca do stylu wolniejszych numerów Primordial oraz We wield…, która w pierwszych minutach przypomina ponurą, grobową modlitwę, by w ostatnich eksplodować w myśl najlepszej doomowej tradycji. Są to jednak utwory wymagające od słuchacza dużo większej uwagi, niż choćby wspominany wcześniej 13 clergy. Członkowie Dread Sovereign znajdują w nich czas na nieskrępowaną muzyczną wypowiedź i zrealizowanie w pełni aranżacyjnych pomysłów takich, jak post metalowy odjazd na końcu krążka albo dziwne, narkotyczne efekty, echa, krzyki i szepty w Cthulhu opiate haze.

Nie ukrywam, że po artystach zaangażowanych w powstanie All hell’s martyrs spodziewałem się dzieła najwyższej jakości i z radością mogę stwierdzić, iż moje oczekiwania zostały zaspokojone. Irlandczycy potwierdzili swoja klasę, sam zaś Nemtheanga po raz kolejny udowodnił, że ma wiele do powiedzenia na muzycznym polu, a poza tym, co najważniejsze, że nagrywa dokładnie takie płyty, na jakie ma ochotę i wkłada w nie całą swoją udręczoną, pogańską duszę. Efekt, jak zazwyczaj, jest doskonały.

Ocena: 9/10

Profil bandcamp

21:07, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 marca 2014
Iced Earth - Plagues of Babylon

Iced Earth - Plagues of Babylon

Gatunek: power metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: Century Media

Najnowsze wydawnictwo Jona Schaffera i spółki nie zachwyca. O ile Dystopia pozwalała z optymizmem spoglądać w przyszłość Iced Earth, o tyle Plagues of babylon nosi znamiona twórczego marazmu, znanego już z Framing Armageddon i The crucible of man.

Zespół zdaje się grać od niechcenia, kompozycje są w większości utrzymane w średnich tempach, co niestety nie wychodzi im na dobre. Panujące na krążku przeciętniactwo zwiastuje już otwierający go kawałek tytułowy, który po sztampowym intro ciągnie się niespiesznie przez sześć minut wysilonego monumenalnizmu, zdecydowanie jednak brak mu energii, by wywrzeć zamierzone wrażenie.

Na płycie znajduje się kilka mocniejszych utworów. Przyzwoite są zwłaszcza te najszybsze – Among the living dead ze skromnym, acz niemożliwym do przegapienia udziałem Hansi’ego Kürscha z Blind Guardian, rozpędzony Democide i bardziej epicki Cthulhu. Pozostałe jasne punkty rozsiane są tu i ówdzie – w drugiej połowie Resistance, refrenach Peacemaker i w pierwszych minutach The end.

Jako całość Plagues of Babylon wydaje się jednak odegrany rzemieślniczo, bez polotu. Instrumentalnie nie dzieje się tu nic porywającego – Schaffer głównie serwuje swoje rytmiczne, grane na jednej nucie riffy, reszta muzyków zapewnia akompaniament, ale do czego właściwie? Perkusja gra nierówno – z jednej strony, we wspomnianych zwrotkach The End pojawia się całkiem ciekawy kawałek rytmu, z drugiej zaś otrzymujemy żałosne wprost przejścia w The culling, rodem z naprędce zaprogramowanego automatu.

Stu Block stanowi mocną stronę składu, potrafi bowiem wykrzesać z siebie porządną, chwytliwą frazę, mimo kompozycyjnych ograniczeń samych piosenek. Dzięki niemu choć część materiału pozostaje w głowie po kilku przesłuchaniach.

Fanom najlepszych dokonań Iced Earth zdecydowanie polecam zapoznać się z krążkiem wydanym w ubiegłym roku przez Ashes of Ares – nowy zespół Matta Barlowa i Vana Williamsa, byłego bębniarza Nevermore. Plagues of Babylon można sobie spokojnie odpuścić – w starciu Barlow kontra Schaffer wynik jest 1:0.

Ocena: 5/10

Profil youtube

21:22, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 marca 2014
Hail Spirit Noir - Pneuma

Hail Spirit Noir - Pneuma

Gatunek: post black metal / avant-garde
Kraj pochodzenia: Grecja
Rok wydania: 2012
Wytwórnia: Code666

Na swoim debiutanckim albumie Hail Spirit Noir balansuje na granicy obskurnego, podszytego jazzem avant/post black metalu, rytualno-szamańskiego pieśniarstwa, a nawet teatralnego chansonu. Muzycy prezentują sześć mrocznych, spowitych oparami okultyzmu utworów, które mienią się mnóstwem ciekawych pomysłów, olśniewają melodią, kąsają w napadach wściekłości, ale przede wszystkim przykuwają uwagę i zagnieżdżają się w świadomości tak, że trudno się od nich uwolnić.

Bardzo dobrym reprezentantem całości materiału jest Against the curse, we dream. Zaczyna się kilkoma taktami chaotycznej, awangardowo-blackowej jazdy, jednak już po paru sekundach atmosfera przerzedza się, na tle rock‘n’rollowego rytmu pojawiają się hammondy, by za moment ustąpić miejsca post-metalowemu, połamanemu graniu à la Virus. Wokalista warczy jadowicie, choć wyraźnie. W drugiej połowie kawałka ukazuje też swoje inne oblicze, to teatralno-liryczne, które w połączeniu ze śpiewaną treścią robi co najmniej niepokojące wrażenie.

Pneuma jest dość krótkim i bardzo spójnym albumem. W większości klarowna, choć daleka od łagodnej struktura piosenek sprawia, że z łatwością wychwytuje się najciekawsze elementy warstwy instrumentalnej. Sekcja rytmiczna, której gra stanowi jeden z kluczowych dla mnie aspektów większości słuchanej muzyki, prezentuje się tu wyśmienicie – perkusista Ioannis Yahoudis przeplata proste, choć wyrafinowane rytmy odjechanymi jazzowymi przejściami, jak choćby te pod koniec When all lis black czy w Mountain of horror. W razie potrzeby nie stroni również od iście blackowego bębnienia, którego na krążku jest wcale niemało.

Bas jest tu w zasadzie instrumentem wiodącym, wyeksponowanym na równi z gitarą elektryczną i jego linie stanowią istotny element tekstury kompozycji. Nie da się jednak ukryć, że największe wrażenie robi właśnie w tych najbardziej pogmatwanych fragmentach utworów, kiedy gra stricte jazzowe improwizacje.

Materiał nie miałaby lwiej części charakteru bez swoich sampli, klawiszy i wszelkich przeszkadzajek – ksylofonu w Let your devil come inside, rozstrojonych organów, rodem z horroru w Haire pneuma skoteino czy rozbrzmiewających tu i ówdzie hammondów. Haris wykonuje świetną robotę nadając płycie ogólny ton, plasujący się gdzieś pomiędzy wesołym miasteczkiem, a przytułkiem dla obłąkanych.

Zdecydowanie warto sięgnąć po Pneumę. Jest to jeden z najbardziej interesujących debiutów ostatnich kilku lat. W twórczości Greków pulsuje jakaś przewrotna, niepokojąca magia – na pozór proste i przystępne piosenki przyciągają, lecz im uważniej się ich słucha, tym wyraźniej ukazują swą paskudną, groteskową twarz. Wielowarstwowość i specyficzna atmosfera, na równi z instrumentalnym wysmakowaniem stanowią o wyjątkowości muzyki Hail Spirit Noir.

Ocena: 8,5/10

Profil bandcamp