poniedziałek, 30 marca 2015
Solefald - World Metal. Kosmopolis Sud

Solefald - World Metal. Kosmopolis Sud

Gatunek: avant-garde metal
Kraj pochodzenia: Norwegia
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Indie Recordings 

Jest dziwnie. Tak dziwnie, że właściwie nie da się przewidzieć, co się zaraz wydarzy, w którą stronę cały ten dźwiękowy eksperyment skręci. Muzyka płynie od cięższych partii, w których pobrzmiewają wciąż echa black metalu, poprzez popowe ładne i gładkie momenty, przechodzące bez ostrzeżenia w folkowe melodie na jakichś przedziwnych wynalazkach (co to do najczarniejszego szatana jest kalimba?!), aż do elektronicznego bitu nie mającego nic wspólnego z szeroko rozumianym rockiem. 

Jeśli chodzi o wokale, występują właściwie wszystkie możliwości, w tym ładne czyste partie, coś na kształt growli, zachrypła melorecytacja, pijacki bełkot z niemieckim akcentem, a w szczytowym momencie również zacietrzewione gdakanie stada kurczaków na amfetaminie (Bububu Bad Beuys). Szczęśliwie Cornelius i Lazare oszczędzili tym razem słuchaczom znanego z poprzedniego wydawnictwa, gościnnego udziału kobiety o głosie dziesięciolatki udającej Kaczora Donalda, co wychodzi najnowszej płycie jedynie na dobre, bo na nudę narzekać i tak ciężko. 

Gdyby ktoś słuchając Kosmopolis Sud nie poczuł od natłoku estetycznych wolt i fikołków wystarczających zawrotów głowy, polecam spojrzeć w teksty, które poziomem awangardy w niczym nie ustępują muzyce. Przeplatają się tu słowa we wszystkich językach, jakie przyszły chłopakom do głowy (i'll keep on schnickschnacken to the Ende - serio?! co to w ogóle miało znaczyć?), popkultura ściga się w jakiejś szaleńczej gonitwie na złamanie karku ze sztuką współczesną, metatekstami o wykonywanych właśnie utworach, nawiązaniami do osobistych jak i światowych zdarzeń ważnych dla muzyków. Uff.

Druga połowa płyty jest jakby nieco bardziej zwykła, choć może to tylko mija pierwszy szok i słuchacz przyzwyczaja się odrobinę do całkowicie sprzecznego z intuicją świata krzywych zwierciadeł, w który od pierwszych dźwięków wciągają go radośnie Norwegowie. Dla mnie numer jeden na albumie to najbardziej chyba klasyczny kompozycyjnie, melancholijny String the Bow of Sorrow, który zupełnie dobrze pasowałby do Norrøn livskunst, podobny numer nie zdziwiłby też na przykład na którymś z ostatnich wydawnictw Borknagar. Poza tym, że sam w sobie chwyta mnie silną dłonią gdzieś aż za flaki i czuję jego emocjonalny ładunek w postaci lekkiego ucisku w gardle i powiewu mroźnego powietrza na twarzy, doskonale zamyka też całą płytę, zwalnia tempo, daje odetchnąć, przechodząc płynnie w trzyminutowy balladowy Oslo Melancholy, będący czymś w rodzaju przedłużonego outro. Dzięki takiemu zabiegowi rozkojarzony i roztańczony słuchacz ma czas nieco wyhamować i wrócić do rzeczywistości, inaczej niechybnie uderzyłby głową w ziemię ze zbyt wielką prędkością.

Jeśli ktoś jest fanem głównie nowszych wydawnictw Solefald, może się odrobinę zdziwić, bo Kosmopolis Sud wyraźnie nawiązuje do czasów Neonism, czego zresztą nie ukrywają sami muzycy, śpiewając w otwierającym kawałku:

Back to Africa, returning to the Source
Neonism revived, connecting to the Force

Momentami podobieństwo przybiera wręcz formę świadomych auto-cytatów, bo inaczej chyba nie da się nazwać początku 2011, or a Knight of the Fail:

Hey Andrew Lacoste, I say welcome to Hell
Playing killer games in your solitary cell

(Nie znającym Neonism polecam porównać z refrenem trzeciego numeru z tejże.)

Skojarzenia z drugim krążkiem zwariowanych Norwegów nasuwają się właściwie na każdym kroku, ale zdecydowanie słychać na Kosmopolis Sud przeszło piętnaście lat doświadczeń kompozytorów, które oddzielają od siebie te dwa albumy. Więcej tu nawiązań do całkowicie odległych muzycznych stylistyk, odważnego flirtu z elektroniką, mniej klasycznych blackowych blastów. Pomimo że Neonism też ciężko odmówić awangardowego polotu, horyzonty Corneliusa i Lazare'a poszerzyły się jeszcze od tego czasu znacząco. A i nowoczesne brzmienie dodaje płycie głębi. Udała się chłopakom trudna sztuka utrzymania, mimo tak ogromnego zróżnicowania, pewnej przebojowości oraz spójności całego materiału. Są tu fragmenty, które można spokojnie nucić już po pierwszym przesłuchaniu, a płytę odbiera się raczej jako jedną, mającą jakiś pokrętny sens całość, niż przypadkowy zlepek różnych nawiązań. Obcowanie z Kosmopolis Sud nie męczy dzięki temu na dłuższą metę, tak jak wiele awangardowych tworów spod szyldu na przykład Unexpect czy DSO.

W natłoku dobrych i bardzo dobrych wydawnictw, w jakie obfituje pierwszy kwartał tego roku, Solefald udało się wyróżnić, zapaść w pamięć i wyryć się w mojej głowie jako żelazny kandydat do płyty roku 2015. Myślę i myślę, i nie mogę wymyślić żadnych wad tego krążka. Po prostu kawał zajebistej, nieszablonowej, dobrze przemyślanej i bardzo solidnie wykonanej muzyki.

Ocena: 9/10

22:29, ereshkigal_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 marca 2015
Orden Ogan - Ravenhead

Orden Ogan - Ravenhead

Gatunek: power metal
Rok wydania: 2015
Kraj pochodzenia: Niemcy
Wytwórnia: AFM

Wspominałem jakiś czas temu, że rok 2015 ruszył z power metalowego kopyta. Nowa płyta Blind Guardian prezentuje się doskonale. Brazylijczycy z Angra w podrasowanym składzie również skutecznie pokazali na co ich stać. Moim trzecim typem jest zaś najświeższe wydawnictwo coraz szerzej promowanej przez wytwórnię, wzrastającej niemieckiej gwiazdy o dziwacznej nazwie Orden Ogan. Z ich twórczością zetknąłem się po raz pierwszy parę lat temu, kiedy to zwrócili moją uwagę świetnym, niebanalnym krążkiem Easton hope i od tamtego czasu śledzę z zainteresowaniem ich poczynania, czekając na kolejne manewry.

Kwartet proponuje zakorzenioną w najlepszych tradycjach rodem z lat 90. (zatrudnienie A. Marschalla jako grafika dodatkowo to podkreśla) melodyjną, a przy tym całkiem intensywną muzykę, z coraz mniej wyraźnym progresywnym zacięciem i pewnymi ciągotami do teatralnych aranżacji, które nasuwają mi skojarzenia ze sztuką Areny. Kompozycje wchodzące w skład Ravenhead oparte są w dużej mierze na klasycznym, dogęszczonym podwójną stopą, galopie sekcji rytmicznej, stanowiącym konstrukcję dla mocarnych thrashowych riffów i podniosłych melodii, serwowanych przez ścigające się gitary. Całokształt warstwy instrumentalnej utworów wypada naprawdę ciężko, chwilami, choćby w F.E.V.E.R., niemalże melodeathowo. Orden Ogan jednak, w wyjątkowo udany sposób, nieustannie kontruje ten ciężar wspaniale chwytliwymi, często chóralnymi partiami wokalu, a także wplecionymi tu i ówdzie klimatycznymi, „minstrelskimi” motywami i wszechobecnym klawiszowym tłem. Tak uzyskana bitewna, a jednocześnie mistyczna i natchniona atmosfera stanowi unikalny pierwiastek muzyki Niemców, a także jej największą siłę. Wykreowanie przekonującej aury umożliwia w dużej mierze charakterystyczny głos Sebastiana Levermanna, który równie porywająco wypada w agresywnych frazach, przykładowo w refrenie F.E.V.E.R., jak i w tych delikatnych, płynących, które słychać między innymi w The lake i w zwrotce piosenki tytułowej.

Ravenhead stawia głównie na motoryczne, bezpośrednie hiciory. Jest to wyraźny krok wstecz w stosunku do wcześniejszych albumów zespołu, jakkolwiek tendencja do upraszczania środków wyrazu zarysowała się już trzy lata temu, na To the end. Choć blind guardianowski w klimacie A time to give i balladowy, pełen patosu Too soon wyłamują się z szeregu, trochę brakuje mi przekraczania barier i odważniejszego flirtu z prog rockiem, który niegdyś miał miejsce choćby w genialnych Nobody leaves i To new shores of sadness. Kawałki takie, jak Ravenhead, Deaf among the blind, Evil lies in every man, a zwłaszcza F.E.V.E.R. to po prostu świetne, pełne impetu i do bólu chwytliwe numery, lecz niestety pozbawione wyższych aspiracji. Nieco obniża to ostateczny poziom mojego zadowolenia, czerpanego z obcowania z płytą.

Niemcy promują swój nowy materiał występując w roli gości na trasach Hammerfall i Powerwolf. Sęk w tym, że szwedzka legenda, w swojej obecnej wyświechtanej formie nie ma do nich startu, o drugim z bandów nie wspominając. Nie ulega wątpliwości, że kwartet z Arnsbergu niedługo wymości sobie miejsce wśród największych współczesnych ekip power metalowych. Mam nadzieję jednak, że nie okupi swej pozycji dalszym poświęceniem świeżego podejścia i odważnego kombinowania z formą, na rzecz sprawdzonych, bezpiecznych patentów i mainstreamowych rozwiązań. Póki co, mimo włączenia się ostrzegawczego światełka, jestem dobrej myśli i czekam na więcej.

Ocena: 7/10

F.E.V.E.R. w youtube

20:44, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2015
Black Crown Initiate - The wreckage of stars

Black Crown Initiate - The wreckage of stars

Gatunek: technical death metal
Kraj pochodzenia: Kanada
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: E1 Entertainment

Mniej więcej rok temu, w internetowej prasie muzycznej pojawiły się całkiem entuzjastyczne doniesienia o kanadyjskiej bestyjce o tajemniczo brzmiącej nazwie, Black Crown Initiate. Co prawda nie pofatygowałem się wówczas sprawdzić jak też się ów twór prezentuje, ale gdzieś z tyłu głowy utkwił mi pozytywny charakter dotyczących go komentarzy. Gdy zaś ostatnimi czasy, podczas przeglądania zasobów płytowych w pewnym sklepie po zachodniej stronie Odry, w moje ręce trafiło debiutanckie i jedyne, jak dotąd, długogrające dzieło tejże kapeli, nie zastanawiając się długo postanowiłem je przygarnąć. Był to jeden z niewielu przypadków, gdy sięgnąłem po krążek niemalże w ciemno, nie wiedząc nawet z grubsza, do jakiej muzycznej szufladki kwalifikuje się jego zawartość. Sądząc po epickich brodach autorów materiału, moje podejrzenia oscylowały wokół czegoś modnego - sludge / doom metalu, bądź jakiegoś old schoolowego black thrashu z okolic Skeletonwitch.

Otóż byłem w błędzie. Black Crown Initiate łoi czystej wody techniczno-progresywny death. I to jaki! Brutalny i nowoczesny niczym dokonania Obscura czy Beyond Creation, nie mniej zresztą pokręcony, rozbudowany i perfekcyjny instrumentalnie, za to bogato, choć z wyczuciem, okraszony niemiłosiernie wręcz zaraźliwymi patentami. Od pierwszego strzału uwagę zwracają skontrastowane z dominującą metalową rozpierduchą, genialne linie czystych  wokali z pogranicza dalekowschodniej melodyki i przepalonego słońcem, stonerowego odjazdu, kojarzącego się choćby z klimatami ASG. Momentalnie wpadają  w ucho i dają się nucić, choć w istocie swoją przebojowością nie ustępują im nawet o krok, bezlitosne growlowane refreny monumentalnego Fractured i miażdżącego niczym młyńskie żarna This human lie manifest.

Kanadyjczykom udała się trudna sztuka spójnego pożenienia dwóch dominujących w ich muzyce frontów – tego opartego na bezpośrednim ataku, czerpiącego z klasycznego deathu, lecz kłaniającego się współczesnym trendom (w To the eye that leads you słyszę wręcz odległe echa djentu i dużo mniej odległe inspiracje deathcorowym groovem z okolic Gojira) z drugim, na wskroś progresywnym, oferującym garściami olśniewające zagrywki, do jakich przyzwyczaili nas XXI wieczni wizjonerzy ekstremalnego metalu. Dodatkowo, na plus działa czytelna kompozycja płyty – orientalizujący A great mistake otwiera ją majestatycznie, niespiesznie, jakby rogaty kolos nabierał rozpędu i grzebiąc kopytem w klepisku szykował się do szarży, czyli nadchodzących The fractured one, The mailgnant, This human lie manifest, Withering waves oraz To the eye that leads you. Po tym ostatnim, Black Crown Initiate bierze oddech i serwuje jazzowo – post metalowy amalgamat kompozycji tytułowej, po którym następują jeszcze dwa diablo ciężkie, acz nieco opethowe numery (zwłaszcza Purge) i melodyjne zakończenie. Pierwszy apetyt zaspokaja więc solidny, ambitny i zróżnicowany, choć nie cackający się zbytnio ze słuchaczami napierdol, na deser dostajemy zaś nieco więcej wyrafinowanych dźwięków, jakkolwiek wciąż podanych w krwistym, deathowym sosie. Dzięki takiemu rozłożeniu ciężaru, a także doświetleniu utworów akustycznymi i melodyjnymi przejaśnieniami, materiał ani przez chwilę nie nuży, ani nie męczy nadmiarem hałasu.

Szczerze mówiąc, ubiegłorocznemu zestawieniu najlepszych płyt należałaby się errata. Gdybym dorwał The wreckage of stars w okolicach daty jego premiery, z pewnością zajmowałby on poczesne miejsce co najmniej w pierwszej piątce listy. No cóż, na szczęście niewielka to strata, zaległość uważam bowiem za nadrobioną i nadrobić ją radzę każdemu miłośnikowi muzycznej ekstremy. Będzie ciekawie, jeśli Black Crown Initiate utrzyma formę w nadchodzących latach i wypuści na świat jeszcze kilka tak w każdym calu satysfakcjonujących wydawnictw. Z całego serca życzę tego im i sobie!

Ocena: 10/10

Withering waves w Youtube

22:13, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lutego 2015
Enabler - La fin absolue du monde

Enabler - La fin absolue du monde

Gatunek: hardcore
Rok wydania:
2014
Kraj pochodzenia:
USA
Wytwórnia:
Century Media

Od momentu kiedy pierwszy raz usłyszałem La fin absolue du monde serwuję go sobie regularnie jako zastrzyk energii. Siedemnaście świetnie napisanych kawałków, wtłoczonych w niespełna trzy kwadranse muzyki daje naprawdę solidnego kopa.

Krążek kipi nieskrępowaną wściekłością, zaserwowaną z dużą dozą instrumentalnego profesjonalizmu, a także z doskonale luzackim, rockowym podejściem, nadającym piosenkom imprezową nośność. Dzięki zachowaniu idealnego balansu pomiędzy zjadliwym hardcorem, a bujającymi ciężkimi groovami á la Kylesa czy Mastodon, Enablerowi udało się uniknąć choćby śladów monotonii i stworzyć swoiste punkty orientacyjne na dość długiej trackliście. Podczas gdy większość materiału nadaje się do rozkręcenia wariackiego moshpitu, wgniatające w glebę walce w postaci Balance of terror, Sickened by the wake i Seekers of the truth stanowią miłą i jakże potrzebną zmianę tempa. Uważny odbiorca znajdzie tu także całkiem sporo smaczków i zagrywek, zdolnych ucieszyć bardziej wymagające ucho. Interesujących rozwiązań polecam poszukać choćby w New life, Felony i Linear existence, ale trio z Wisconsin potrafi zajebiście zarówno grać, jak i komponować, więc niemal w każdym utworze dzieje się coś ciekawego.

Dla mnie La fin absolue du monde to muzyka użytkowa. Kiepsko nadaje się do zasłuchania i bardziej refleksyjnego odbioru, za to w swoim gatunku stanowi towar z najwyższej półki, a jako materiał koncertowy lub seria szybkich ciosów na rozruszanie z rana, sprawdza się niezawodnie.

Ocena: 8/10

Profil bandcamp

20:46, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lutego 2015
Angra - Secret garden

Angra - Secret garden

Gatunek: progressive / power metal
Kraj pochodzenia: Brazylia
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: earMusic

Scena power metalowa zaliczyła w tym roku niezły start – w ciągu miesiąca światło dzienne ujrzały trzy bardzo mocne wydawnictwa, przynależne temu gatunkowi. Jednemu z nich poświęciłem poprzednią recenzję, drugie to właśnie Secret garden, o trzecim zaś postaram się napisać, gdy wystarczająco dobrze się z nim zaznajomię i wyrobię sobie na jego temat ostateczną opinię.

Angra jest, obok Sepultury, sztandarowym ambasadorem brazylijskiej sceny metalowej, mającym na koncie osiem cieszących się sporym uznaniem pełnych płyt z pogranicza heavy, power i prog metalu, osobiście jednak nie miałem przyjemności zapoznać się z ich dorobkiem sprzed 2010 roku, kiedy to wydali całkiem ciekawy album Aqua. Chwaliłem swego czasu na Irkalli warstwę instrumentalną tamtego krążka, przy okazji krytykując wokalistę, którego kiepska forma podcinała skrzydła muzyce. Od razu zaznaczę, że tym razem podobnym problemem nie ma się co się przejmować, bowiem na Secret garden za mikrofonem gości sam Fabio Lione, powszechnie znany z Rhapsody of Fire. Choć nie należy on do czołówki moich ulubionych wokalistów, a stosowana przezeń operowa emfaza w dużych ilościach nie do końca do mnie przemawia, nie mogę powiedzieć złego słowa o jego wkładzie w muzykę Brazylijczyków. Co więcej, wolę styl jaki prezentuje na nowym stanowisku od jego tradycyjnej roboty w macierzystym bandzie – tutaj zdaje się bardziej zróżnicowany i powściągliwy.

Zestaw piosenek na Secret garden jest urozmaicony, a bogaty wachlarz środków wyrazu, stosowanych przez instrumentalistów sprawia, że każdy niemal utwór potrafi zaskoczyć czymś nowym. Są tu radosne, napędzane powerowymi riffami galopady, które pasowałyby do Winterheart’s guild Sonaty Arctiki (Black hearted soul, Perfect symmetry), są i mroczniejsze, cięższe akcenty (Violet sky, Crushing room ze świetnym śpiewem Doro). Angra świetnie odnajduje się też w stricte prog metalowych klimatach bardzo dream theaterowskiego Storm of emotions, rushowatego Upper levels oraz genialnego Synchronicity II, oryginalnie wykonywanego przez The Police. Utwór tytułowy niestety przekracza moją tolerancję na cukier - to klasyczna słodka, prog rockowa ballada z klawiszowo-symfonicznym podszyciem i gościnnym występem Simone Simons za mikrofonem. Drugi łagodny numer, serwowany na pożegnanie Silent call, z bluesowo-folkowym chórem i wokalem Rafaela Bittencourta, nieco bardziej mi pasuje. Wszystkie kompozycje zbudowane zostały na wyrafinowanym kręgosłupie rytmicznym, przydającym albumowi technicznego charakteru. Praca sekcji lśni najjaśniej we wspomnianym Upper levels, doskonale wypada również Newborn me z wstawkami flamenco, ale co do zasady nie ma na Secret garden piosenek, które nie zwracałyby w tej sferze uwagi ciekawymi patentami.

Angrze nie można odmówić ambicji popartych dużą dozą profesjonalizmu. Secret garden, jak należało w związku z tym założyć, okazał się bardzo dobrym, satysfakcjonującym albumem, właściwie, poza przesłodzonym numerem tytułowym, nie mającym słabych stron. Mimo tego brak mu jakiegoś pierwiastka geniuszu, bądź wyjątkowej oryginalności, mogących potencjalnie wywindować go na pułap arcydzieła, a spora rozpiętość stylistyczna, choć cieszy ucho w poszczególnych kawałkach, powoduje pewną niespójność całokształtu i w niewielkim stopniu odbiera mu duszę. Black hearted soul, Violet sky i Silent call w zestawieniu brzmią niemalże jak piosenki trzech różnych zespołów! Nie chciałbym jednak, aby te niewielkie zastrzeżenia, stanowiące raczej wyraz nadziei na przyszłość, niż rzeczywistą krytykę, odwiodły kogokolwiek od sięgnięcia po najnowszy krążek Brazylijczyków. Dla fanów melodyjnego metalu Secret garden to bez dwóch zdań jazda obowiązkowa.

Ocena: 8/10

Newborn me w Youtube

wtorek, 10 lutego 2015
Blind Guardian - Beyond the red mirror

Blind Guardian - Beyond the red mirror

Gatunek: power metal
Kraj pochodzenia: Niemcy
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Nuclear Blast

Tytani niemieckiego power metalu z Blind Guardian nieodmiennie każą fanom cierpliwie czekać na nową muzykę. Niemal z zegarkiem w ręku odmierzają cztery, pięć lat pomiędzy kolejnymi pełnowymiarowymi albumami. Słuchając Beyond the red mirror trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy – stworzenie podobnie złożonego i obszernego pod względem ogólnej zawartości dzieła musiało pochłonąć mnóstwo czasu. Na ich nowym krążku wszystkiego jest pełno. Wypchany został po brzegi muzyką, artyści naszpikowali każdy utwór miriadami brawurowych aranżacji, nieoczekiwanych smaczków i bombastycznych zagrywek. Nawet we wkładce do wydawnictwa znajduje się sporo dodatkowej treści, dopełnionej efektownymi obrazami, a całość składa się na dopracowany koncept, nawiązujący do tematyki z Imaginations from the other side.

Przegryzienie się przez Beyond the red mirror wymaga zaangażowania, co jest stosunkowo nietypowym zjawiskiem w przypadku power metalowego wydawnictwa. Album, w wersji limitowanej, uzupełnionej bonusem, trwa ponad siedemdziesiąt minut i nie zawiera, z małym wyjątkiem, ani jednej prostej piosenki. Na szczęście muzycy Blind Guardian prowadzą tę monumentalną opowieść z właściwym sobie mistrzostwem, dbając o to, by rozbuchane, progresywne popisy kompozytorskie równoważyć tradycyjnie już chwytliwymi, epickimi melodiami i wpadającymi w ucho zagrywkami, a wszystko to zamykać w czytelne, strukturalne klamry. Dzięki temu kawałki, których długość oscyluje wokół sześciu, siedmiu minut, takie jak The throne czy Ashes of eternity z powodzeniem skupiają na sobie uwagę słuchacza, który co rusz czarowany pięknymi i zapadającymi w pamięć motywami, bez przerwy oczekuje na to, co będzie dalej.

Strona techniczna płyty prezentuje się wyśmienicie. Z całą pewnością nie można Beyond the red mirror zarzucić monotonii. Numery z grubsza oparte na tradycyjnie galopujących sekcjach i power metalowym riffowaniu – Twilight of the Gods, The Holy Grail i Ashes of eternity zestawione są z rozbujanym Prophecies, progresywnym The throne i spokojniejszym Distant memories. Do tego dochodzą jeszcze podbity elektroniką The ninth wave i urokliwa fortepianowa miniaturka Miracle machine oraz istotne dla całokształtu partie zaproszonych do nagrań orkiestr symfonicznych - budapesztańskiej i praskiej oraz trzech chórów. Niezaprzeczalny trzon zespołu stanowi jednak pracujący na najwyższych obrotach żelazny duet wioślarzy. Żywiołowe solówki i krótsze, wystrzelające takt za taktem charakterystyczne zagrywki Andre Olbricha iskrzą w każdym utworze, tak jak miało to miejsce od początku kariery Guardianów, zaś riffy Marcusa Siepena wciąż nie straciły ani odrobiny pazura, nawet jeżeli bardziej niż w latach 90. poprzeplatane są technicznymi meandrami. Krótko mówiąc, panowie prezentują doskonałą formę, a do tego słychać, że poświęcili mnóstwo uwagi, by dopracować każdy detal swoich partii.

Osobny akapit należy się genialnemu jak zwykle Herr Kürschowi, którego umiejętności i charyzma nieodmiennie leżą poza zasięgiem ogółu konkurencji. Na Beyond the red mirror nie brak momentów wokalnie olśniewających – Prophecies, The throne, The Holy Grail i Miracle machine zawierają zdecydowanie najjaśniejsze z nich, czasem agresywne, czasem podniosłe lub delikatne. Jeśli jednak miałbym się czepiać, to odnoszę wrażenie, że nieco częściej niż dawniej zespół ucieka się do aranżacji chóralnych, które nie dają temu wyjątkowemu frontmanowi w pełni wykorzystać posiadanego potencjału i w nadmiarze wypadają dość przewidywalnie.

Blind Guardian zaprezentował mnóstwo rozbudowanego i ambitnego w swych zamierzeniach materiału, lecz niestety, w natłoku zastosowanych środków wyrazu nie uchronił się od niewielkich wpadek. Po pierwsze, podobnie jak w przypadku co najmniej dwóch poprzednich krążków grupy, niedomaga brzmienie. Ścieżki zostały tak zmiksowane, że do bardziej wielowarstwowych aranżacji wkrada się bałagan i hałas. Cierpi na tym choćby At the edge of time, numer najmocniej bazujący na orkiestrze symfonicznej. Druga uwaga dotyczy ponad dziewięciominutowej kompozycji rozpoczynającej krążek – pojawiające się w nej elektroniczne wspomaganie sekcji rytmicznej zabija dynamikę, co dla tak długiego utworu stanowi prawdziwą kulę u nogi. Beyond the red mirror miałby perfekcyjne otwarcie, a także optymalny czas trwania, gdyby skrócić go o tę piosenkę i zacząć z gwizdem od Twilight of the Gods. Brakuje mi również jakiegoś urozmaicenia, rozbicia stawki w okolicy czwartego, piątego kawałka, może podobną do Miracle machine krótką perełką, w miejsce At the edge of time?... Ale to już jest prawdziwe czepialstwo.

Panowie z Blind Guardian nie rozmieniają się na drobne. Nie wydają płyt co dwa lata, nie podążają łatwym szlakiem, śladami krajanów z Grave Digger czy Gamma Ray, nie zadowalają się zaspokajaniem sentymentów słuchaczy gorzej lub lepiej odgrzanymi kotletami z przełomu lat 80. i 90. Kontynuują proces ewolucji, wyznaczony wyraźnie gdzieś w okolicach premiery Imaginations from the other side i najwyraźniej nie zamierzają wracać do formuły kawałków takich jak Valhalla, Majesty albo Welcome to dying, przynajmniej nie w pełni. Cieszy mnie niezmiernie, że wciąż potrafią stworzyć coś nowego i unikalnego, wydać album, który broni się na własnych zasadach, a nie jako, nawet bardzo udana, powtórka z „dawnych dobrych” czasów. Ba, nie tylko się broni, staje w jednym szeregu z ich najlepszymi dokonaniami i zostawia większość współczesnej konkurencji daleko w tyle.

Ocena: 9/10

Twilight of the Gods w Youtube

22:51, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 lutego 2015
Ceti - Brutus syndrome

Ceti - Brutus syndrome

Gatunek: heavy metal
Kraj pochodzenia:
Polska
Rok wydania:
2014
Wytwórnia:
Metal Mind Productions

Siódmy album Ceti wyróżnia się na tle dyskografii tych zasłużonych artystów niezaprzeczalnie „światowym” charakterem. Moją uwagę już na wstępie zwróciła elegancka, efektowna okładka, jakże odmienna od koszmarnego obrazka, którym opatrzony został Ghost of the universe, niewiele tylko gorszego od tych widniejących na pozostałych krążkach kapeli. Odpowiedzialny za stronę wizualną wydawnictwa Piotr Szafraniec odwalił kawał dobrej roboty. Skoro jestem przy producenckich standardach, to na gromkie brawa zasługuje także brzmienie płyty – pomysłowe i szorstkie, z mocnym akcentem położonym na dół skali, a zwłaszcza warczącą gitarę basową. Zaskakująco oryginalne jak na klasyczne heavy metalowe dzieło. Jest dużo mięcha, a jednocześnie wszystko wypada bardzo naturalnie.

Same piosenki, choć część z nich jak zwykle, eufemistycznie rzecz ujmując, bije głębokie ukłony w stronę dawnego repertuaru Maiden, bronią się wyśmienicie. Brutus syndrome serwuje hicior za hiciorem, w pierwszej połowie stawiając głównie na szybkość, by w drugiej nieco zmniejszyć obroty i przywalić mroczniejszymi kompozycjami. Do najciekawszych numerów zaliczyłbym właśnie te wolniejsze, z wyraźnym wskazaniem na doskonały, imponujący wokalnie, tratujący w kawaleryjskim tempie Sons of Brutus. Promujący album, kroczący The song will remain o podniosłym, hymnowym refrenie ustępuje mu najwyżej o krok. Ciekawie prezentuje się też złowróżbny, przypominający styl Dio Devil made me do it z podwójną linią wokalu w mocnych frazach.

Wśród szybkich kawałków królują wspomniane maidenowskie naleciałości, nieco zbyt nachalne, jak na mój gust. Nie będę przytaczał konkretnych utworów Brytyjczyków, z których patenty zostały pożyczone przez Ceti, ale nie sposób nie zauważyć oczywistych podobieństw słuchając choćby riffów Fight to kill czy The evil and the Troy albo motywu pojawiającego się po refrenie Masters of dull. Jeśli jednak przejść nad powyższym do porządku dziennego, są to niesamowicie chwytliwe, solidne numery, których trudno nie lubić. Mam za to problem z singlowym Wizards of the modern world. To kompozycja skrojona na koncertowego killera, opatrzona iście wymiatającym refrenem, ale naiwna melodyjka stanowiąca jej leitmotif od pierwszego przesłuchania jakoś zgrzyta mi w uszach.

Grzegorz Kupczyk, którego głos ani odrobinę nie stracił na mocy przez 35 lat działalności (co potwierdza jego doskonała forma koncertowa) wychodzi zwycięsko z porównania z takimi legendami jak Bruce Dickinson i Rob Halford w ich obecnej wokalnej formie i oczywiście wciąż zostawia w tyle wszelkich ewentualnych aspirantów pojawiających się na rodzimej scenie. Cieszę się, że heavy metal wciąż gra mu w duszy i że wciąż, wraz z Marihuaną, Muckiem i młodszymi stażem wioślarzami ma ochotę tworzyć tę muzykę w nieprzyjaznej polskiej rzeczywistości.

Brutus syndrome to równa, solidna płyta, pełna zaraźliwie chwytliwych, świetnie napisanych i wyprodukowanych piosenek. Dzięki dopracowaniu pewnych detali, z którymi dotychczas Ceti bywało na bakier, może ona być dla nich biletem do szerszej świadomości, zwłaszcza młodych słuchaczy, przyzwyczajonych do XXI-wiecznego produkcyjnego szlifu. Życzę im tego z całego serca, bo są prawdziwym bastionem polskiego klasycznego ciężkiego grania.

Ocena: 8/10

The song will remain w Youtube

20:43, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 stycznia 2015
Marduk - Frontschwein

Marduk - Frontschwein

Gatunek: black metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Century Media

Marduk otworzył rok w zajebistym stylu. Po trzech relatywnie eksperymentalnych albumach uraczył fanów wydawnictwem, którego same już tytuł, tematyka i okładka obiecują manewr zwrotny w stronę klasycznej blackowej rzeźni á la Panzer division. Zawarta na krążku muzyka obietnicę tę spełnia w stu procentach. Jest paskudna, brutalna i obraca w perzynę wszystko, co stanie jej na drodze, czyli dokładnie taka, jakiej należy oczekiwać od tej zasłużonej skandynawskiej hordy.

Szwedzi konsekwentnie rozplanowali listę kawałków na Frontschwein, przeplatając gęste, oparte na bezlitosnych blastach numery wolniejszymi, marszowymi kawalkadami. Frontschwein i Afrika są sztandarowymi reprezentantami pierwszej grupy – zapierdalają wściekle, najeżone markowymi, lodowatymi skandynawskimi riffami, przy wtórze znajomych, charakterystycznych wrzasków Mortuusa. Czysta, mordercza radocha. Łatwo sobie wyobrazić jak na koncertach, z mosh pitu raz po raz rozlegać się będzie wrzask „death, decay, ruin!” albo „Afrika, Afrika!”. Z drugiej strony mamy epicki, wprost stworzony do headbangingu Wartheland (kolejny, po Warschau, bolesny polski akcent w dorobku Marduk) i napędzany rytmem wojennych kotłów The blond beast, którego niechlubnym bohaterem został, jak zgaduję, jeden z dowódców SS – Reinhardt Heydrich.

Szwedzi nie zrezygnowali do końca z niestandardowych zabiegów – prezentowany przedpremierowo Nebelwerfer to pełznący w żółwim tempie walec, stanowiący interesującą odmianę i przełamanie formuły, ale sam w sobie niezbyt porywający. Podoba mi się natomiast ośmiominutowy, klasycznie blackowy Doomsday elite, wionący norweskim chłodem z okolic pierwszej połowy lat 90.

Marduk nie wnosi oczywiście nic nowego do gatunku, ale to co robi, robi doprawdy wyśmienicie. Frontschwein brzmi wspaniale, hałaśliwie, wulgarnie i duszno, co w połączeniu z ciężką tematyką, prezentowaną w tradycyjnie już makabryczny sposób, sprawia bardziej niepokojące wrażenie niż większość płyt o Szatanie, demonach i ofiarach z niepokalanych panienek. Jest to również bardziej spójny, skoncentrowany materiał niż jego poprzednik – Serpent sermon, co mi osobiście pasuje. Życzę sobie w nadchodzących miesiącach więcej podobnie satysfakcjonujących płyt, trzymających tak wysoki poziom.

Ocena: 8/10

Frontschwein w youtube

21:57, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 stycznia 2015
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2014

Oj, późno zabrałem się tym razem za preparowanie muzycznego podsumowania roku. Wynikło to z faktu, że do ostatniej chwili uzupełniałem płytowe zaległości o pozycje, z którymi planowałem porządnie się zapoznać przed ułożeniem finalnej listy. Ostatecznie posłuchałem wszystkiego, czego chciałem posłuchać (przez mój odtwarzacz przewinęło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy około 150 premierowych tytułów), a najlepsze co według mnie A.D. 2014 miał do zaoferowania przedstawiam poniżej:

1. PrimordialWhere greater men have fallen

Primordial - Where greater men have fallen

Gatunek: pagan metal
Kraj pochodzenia: Irlandia
Wytwórnia: Metal Blade Records

Irlandczycy jak zwykle okazali się bezkonkurencyjni – Where greater men have fallen to kolejna wspaniała płyta w ich dorobku. Pomiędzy tradycyjne już hymny, takie jak kawałek tytułowy, powolny Babel’s tower lub genialny Wield lightning to split the sun, Primordial wplótł kilka różnorodnych inspiracji, czy to klasycznym doomem w Ghost of the Charnel House, czy chaotyczną, postową dekadencją w The alchemist’s head. Prawdziwym ekstremalnym arcydziełem jest blackowy huragan w postaci The seed of tyrants. Wszelkie stylistyczne wycieczki oprawione zostały w znajome ramy historycznego zaangażowania i gorzkiej refleksji nad kondycją cywilizacji, jak zwykle inteligentne i chwytające za gardło. Po kilku tygodniach słuchania tego krążka zdecydowałem, że nie może być innego numeru jeden w tegorocznym podsumowaniu.

Z cyklu “Piosenki roku”: Wield lightning to split the sun

link do youtube

+ + +

2. Darkest EraSeverance

Darkest Era - Severance

Gatunek: heavy metal
Kraj pochodzenia: Wielka Brytania
Wytwórnia: Cruz Del Sur

Pozostajemy w wyspiarskich klimatach – drugie miejsce przypadło pochodzącemu z Irlandii Północnej Darkest Era. Zwróciłem na nich uwagę już przy okazji poprzedniego albumu, ale wówczas jeszcze mnie nie kupili. W przypadku Severance wszystkie klocki wskoczyły na swoje miejsce i powstała wyjątkowa mieszanka, co najważniejsze, ujęta w formę genialnych piosenek. Jest to wypadkowa pogańskiego, celtyckiego klimatu, heavymetalowej przebojowości spod znaku Iron Maiden i doomowego ciężaru kojarzącego się z Solstice, a może z Argus... Nad wszystkim góruje wspaniały, potężny głos wokalisty, umiejętnie wykorzystany w podniosłych refrenach. Nie ukrywam, że Panowie i Pani z Darkest Era zaskoczyli mnie tą płytą – sięgnąłem po nią z ociąganiem i bez zbytniej nadziei, a okazała się jednym z najciekawszych i najbardziej solidnych wydawnictw minionego roku.

Z cyklu “Piosenki roku”: Trapped in the hourglass

link do soundcloud

+ + +

3. Dread SovereignAll hell’s martyrs

Dread Sovereign - All hell's martyrs

Gatunek: doom metal
Kraj pochodzenia: Irlandia
Wytwórnia: Ván Records

Choćbym chciał, nie uda mi się wyprzeć mojego ogromnego uznania dla większości kawałków sztuki autorstwa A. Averilla. Wydanie debiutanckiego krążka przez Dread Sovereign było więc dla mnie oczywistą gratką. Okazało się, że trio złożone ze wspomnianego wokalisty, bębniarza Sol Dubha (obaj znani z Primordial) oraz wioślarza imieniem Bones doskonale poradziło sobie na doomowym poletku i wniosło na tę popularną ostatnimi czasy, upaloną i trochę już zmanierowaną scenę powiew stęchłej, zgorzkniałej nieświeżości i szczerego ponuractwa. Przy okazji udało im się napisać jedną z bezsprzecznie najlepszych piosenek minionego roku: Thirteen clergy.

Album ten recenzowałem na łamach Irkalli tutaj.

Z cyklu „Piosenki roku”: Thirteen clergy

link do youtube

+ + +

4. SólstafirÓtta

Solstafir - Otta

Gatunek: post metal
Kraj pochodzenia: Islandia
Wytwórnia: Season of Mist

Tą płytą kwartet z Islandii wdarł się do świadomości niespodziewanie szerokiego audytorium. Jakże zdziwiłem się, widząc podczas jednego z ich tegorocznych koncertów wypełnioną po brzegi salę i to słuchaczami, którzy na pierwszy rzut oka nie skojarzyliby mi się z metalowym środowiskiem. Faktem jest, że w wywodzącej się z blackowej estetyki muzyce Sólstafir metalu ostało się jak na lekarstwo, a podczas owego koncertu próżno czekałem na kawałki choćby z Köld. Niemniej jednak, nie samą ekstremą człowiek żyje, a Ótta to przepiękny album, który w pełni zasłużył na wszelki aplauz jaki otrzymuje. Poszczególne utwory, choć naszpikowane shoegaze’owymi odjazdami, cieszą bogactwem zapadających w pamięć motywów i dynamicznych zwrotów, a zebrane tworzą imponującą, koncepcyjną całość, która płynnie przechodzi od onirycznych pejzaży (Ótta, Lágnætti) przez bardziej energetyczne rockowe numery (Miðdegi, Nón), na powrót do letargicznych plam w swych ostatnich minutach (Miðaftan) i pełna jest namacalnej wręcz, niesamowitej atmosfery. Niezwykle dojrzałe dzieło.

Z cyklu “Piosenki roku”: Ótta

link do youtube

+ + +

5. MastodonOnce more ‘round the Sun

Mastodon - Once more round the sun

Gatunek: groove metal
Kraj pochodzenia: USA
Wytwórnia: Reprise Records

Mastodon kroczy swoją ścieżką ewolucji, z jednej strony coraz bardziej oddalając się od kudłatych, prymitywnych i brutalnych, groove metalowych stomperów w klimatach Remission i Leviathan, z drugiej zaś porzucając przesadnie progresywne kompozycje, wypełniające krążek Crack the skye. Wydany w 2011 roku The hunter okazał się zdecydowanie bardziej piosenkowy i lekkostrawny, niż ich poprzednie dokonania. Once more ‘round the sun, choć wciąż bardzo przebojowy w swym charakterze, inkorporuje więcej gęstych, technicznych zagrywek i trudniejszych w odbiorze patentów, dzięki czemu zyskuje na kolorycie i bliżej jest mu do Blood mountain – mojego ulubionego albumu w dyskografii Amerykanów. Tak więc, obok imprezowych, lecz w żadnym razie nie banalnych kawałków, takich jak singlowe High road i opatrzone prowokującym klipem The motherload, znajdują się ciekawsze kąski w postaci Ember city, dziwacznego Aunt Lisa czy psychodelicznego Asleep in the deep. Wśród rzesz zespołów, które budują scenę metalową XXI wieku, Mastodon wciąż stanowi ścisłą czołówkę – wyznacza standardy. Once more ‘round the Sun jest kolejnym tego świadectwem.

Z cyklu “Piosenki roku”: Ember city

link do youtube

+ + +

6. Dark FortressVenereal dawn

Dark Fortress - Venereal Dawn

Gatunek: melodic black metal
Kraj pochodzenia: Niemcy
Wytwórnia: Century Media

Niemcy z Dark Fortress tworzą ciekawą muzykę z pogranicza black metalu już od kilku ładnych lat. Venereal dawn wywołuje u mnie skojarzenia z duchem europejskiej sceny ekstremalnej lat 90. Mam na myśli to, że kwintet z Bawarii nie boi się z jednej strony chwytliwości, charakterystycznej dla kapel takich jak Moonspell, Samael czy stary Tiamat, z drugiej zaś, podobnie jak niegdyś one, eksperymentuje z formą nie tracąc z oczu atrakcyjności kompozycji. Dorzuca podszytą elektroniką, gotycką rytmikę w genialnym Luciform, muzyczne arabeski i celtic frostowskie walcowanie w On fever’s wings albo akustyczną degrengoladę w The deep, zachowując ostatecznie paskudną i bezsprzecznie złą aurę, dzięki której materiał w najmniejszym stopniu nie wypada plastikowo. W dobie królującego post metalu i retro dooma Venereal dawn wypada dość niemodnie i choćby z tego powodu prawdopodobnie pozostanie niezauważonym, a szkoda...

Z cyklu “Piosenki roku”: Luciform

link do youtube

+ + +

7. FalconerBlack moon rising

Falconer - Black moon rising

Gatunek: heavy/power metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Wytwórnia: Metal Blade Records

Falconer to moje tegoroczne odkrycie. Nie sięgnąłem nigdy wcześniej po muzykę tego zespołu, snując niejasne domysły, że jest to podrzędny szwedzki, cukierkowy folk/power. W istocie, niezaprzeczalnie jest to szwedzki folk/power, ale nadrobiwszy zaległości i przesłuchawszy konkretną część ich dyskografii, nie określiłbym go cukierkowym, a już na pewno nie podrzędnym. Twórczość tej założonej przez byłych członków viking blackowego Mithotyn kapeli stanowi jeden z najjaśniejszych przykładów konsekwentnie solidnego grania, a Black moon rising dobitnie potwierdza ten status. Krążek zawiera jedenaście świetnych kompozycji, utrzymujących równy, bardzo wysoki poziom i nacechowanych fajną, hard rockową nośnością i żywiołowością. Za pomocą oszczędnej palety środków wyrazu Falconer skutecznie tworzy folkowy klimat swoich kompozycji. Nie uświadczymy tu żadnych ludowych instrumentów, a nawet klawiszy – tylko czysty, szorstki heavy metalowy skład, umiejętnie wplatający w swoje partie tradycyjne inspiracje, przejawiające się w specyficznej melodyce riffów, solówek i godnych minstrela wokali, raz po raz kojarzących się z odpowiednio cięższą wersją dokonań Iana Andersona z Jethro Tull.

Z cyklu “Piosenki roku”: There’s a crow on the barrow

link do youtube

+ + +

8. Nux VomicaNux Vomica

Nux Vomica - Nux Vomica

Gatunek: melodic death metal
Kraj pochodzenia: USA
Wytwórnia: Relapse Records

Obecność Nux Vomica w tym zestawieniu jest dla mnie jedną z największych tegorocznych niespodzianek. Bez zbędnych wstępów, to po prostu zajebista płyta, stylistycznie plasująca się gdzieś pomiędzy melodyjnym deathem a crust punkiem, w progresywnym wydaniu. Coś jak melodeathowy odpowiednik Nachtmystium z czasów pierwszego Black meddle. Krążek zawiera trzy rozbudowane kompozycje, z których każda jest podróżą przez pozbawione nadziei głębiny ludzkiej marności – nałogi, fobie i przytłoczenie przez rzeczywistość w świecie nieuchronnie staczającym się ku katastrofie. Utwory pulsują gniewem, nieustannie się zmieniają, czają się chwilę, by eksplodować z niepohamowaną gwałtownością, naszpikowane ciekawymi pomysłami i mnóstwem doskonałych riffów. Kiedy oczy całej metalowej sceny zwrócone były ku premierze nowego albumu At The Gates, poniekąd pokrewnego w swym charakterze, bez porównania ciekawszy materiał nieomal przeszedł bez echa.

Z cyklu „Piosenki roku”: Choked at the roots

link do bandcamp

+ + +

9. EmptinessNothing but the whole

Emptiness - Nothing but the whole

Gatunek: post black metal
Kraj pochodzenia: Belgia
Wytwórnia: Dark Descent Records

Nothing but the whole to niezwykle wciągająca i sugestywna wycieczka w głąb koszmaru, zaczynająca się już od dziwnie niepokojącej okładki. Panująca na tym albumie atmosfera poraża, ale nie byłoby dla niego miejsca w szeregu dziesięciu wybrańców, gdyby nie garnitur mistrzowsko skomponowanych utworów. Próżno szukać wśród nich słabych momentów – od poprzedzonego wstępem, wwiercającego się w świadomość, hipnotyzującego kawałka tytułowego, przez skradający się, post punkowy All is known, zderzony z sadystycznym industrialem Tale of a burning man, po brutalnie urwany Lowland, każda piosenka pulsuje grozą, jednocześnie przykuwając uwagę mnogością smaczków. Belgowie rozwinęli swoje unikalne przestrzenne brzmienie, podkreślone przez cedzony przez zęby warkot wokalisty i wpuścili do kompozycji więcej powietrza. W 2014 roku światło dzienne ujrzało kilka płyt utrzymanych w zbliżonej estetyce powolnego quasi-blacku, choćby Savage gold Tombs, Death mask Lord Mantis, czy III Twilight, jednak dzieło The Emptiness ma w sobie dużo więcej oryginalności i ostatecznie trudno mi się od niego uwolnić, podczas gdy o pozostałych trzech przed chwilą wymienionych już dawno zapomniałem.

Z cyklu “Piosenki roku”: Nothing but the whole

link do youtube

+ + +

10. Septicflesh Titan

Septicflesh - Titan

Gatunek: symphonic death metal
Kraj pochodzenia: Grecja
Wytwórnia: Season of Mist

Septicflesh ma swoich zagorzałych zwolenników, jak i zaciętych wrogów, a Titan, jako konsekwentna kontynuacja drogi obranej przez muzyków na Communion, podzielił, zdaje się, obie grupy jeszcze bardziej niż poprzednie ich dokonania. Panowie Spiros, Sotiris i Christos poszli na całość, ponownie zaprzęgli do sesji Praską Orkiestrę Symfoniczną i stworzyli dzieło, w którym tuby, trąby, wiolonczele, kotły et cetera, współgrają na równych prawach z brutalnym atakiem death metalowego instrumentarium. Dla mnie ten krążek to strzał w dziesiątkę – absolutnie nie zgadzam się z twierdzeniem, że metal powinien trzymać się z dala od filharmonii, bo dobrze skomponowany, przemyślany mariaż ekstremy z muzyką poważną, a z takim mamy do czynienia w wypadku Titan, potrafi wypaść doprawdy powalająco. Do moich ulubionych kawałków należą opatrzona niepokojącymi wstawkami rogów, wionąca mroczną aurą Dogma, Prototype, brzmiący momentami jak gdyby Ryszard Wagner napisał ścieżkę dźwiękową do Psychozy oraz numer tytułowy z błyskotliwym połączeniem prostego, efektywnego karabinowego riffu z piękną grą smyków, spuentowanym niesamowitym występem chóru w refrenie.

Z cyklu „Piosenki roku”: Dogma

link do youtube

+ + +

Muszę przyznać, że na dobiegu odpadło kilka tytułów, które w bardzo niewielkim stopniu ustąpiły pola tym ostatecznie wybranym. Zdecydowanie warto zwrócić na nie uwagę, potraktuję je więc jako miejsce jedenaste ex aequo:

Voices – London. Szalony, awangardowy black-death w wykonaniu byłych członków nieodżałowanego Akercocke, minus Jason Mendonça. Chyba jeszcze bardziej popieprzona muzyka, niż dokonania ich macierzystej kapeli.

BehemothThe Satanist. Kawał zajebistego behemothowego napierdalania, z lekkim zwrotem ku blackowi. Szkoda, że otoczka robi się coraz bardziej naiwna… Habemus Satanas (…) Phallus Dei, (…) Viva blasphemia! Pewnie, ale czemu tak na poważnie?!

FallujahThe flesh prevails. O Fallujah dużo się pisało w ubiegłym roku. Istotnie, Amerykanie wypuścili bardzo ciekawy materiał – bezkompromisowy, techniczny death metal, zestawiony z przepięknymi, delikatnymi partiami gitary wiodącej. Brzmienie niestety trochę kładzie tę muzykę, sprowadza bowiem wyrafinowane kompozycje do poziomu subtelności młota pneumatycznego.

1349Massive cauldron of chaos. Naprawdę solidna płyta wyszła Ravnowi, Frostowi i spółce, po średnich Demonoir i Revelations of the black flame. Prawie black thrashowa. Postmortem nie tylko z tytułu kojarzy się ze Slayerem  - siecze również podobnie. Nie inaczej ma się sprawa z Mengele’s lub Exorcism. Z bardziej klimatycznych numerów zdecydowanie warto posłuchać kończącego album Godslayera i singlowego Slaves.

In flamesSiren charms. Chyba nikt już nie traktuje In Flames w kategoriach zespołu metalowego? Szwedzi zaserwowali na Siren charms zaskakująco fajne, rozrywkowe, hard rockowe numery. Refreny Everything’s gone, Paralyzed, With eyes wide open i Monsters in the ballroom za nic nie chciały się ode mnie odczepić w okolicach jesiennych miesięcy.

sobota, 29 listopada 2014
Sanctuary - The year the sun died

Sanctuary - The year the sun died

Gatunek: heavy / thrash metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: Century Media

Mniej więcej trzy lata temu lista zespołów, których poczynania śledziłem z niecierpliwością skurczyła się o jedną, acz istotną pozycję – Nevermore przestał istnieć. W związku z tym, jak łatwo się domyślić, informacja o wskrzeszeniu Sanctuary w niemal oryginalnym składzie oraz o nowych planach wydawniczych tej klasycznej kapeli sprawiła mi dużo radości i choć nie nastawiałem się na to, że ich zapowiedziany album będzie wiekopomnym dziełem, które ustawi moje płytowe rankingi w tym dziesięcioleciu, spodziewałem się konkretnej dawki solidnego heavy / thrash metalu z jedynym w swoim rodzaju, charyzmatycznym wokalem pana Dane’a.

Jako że Nevermore, założony przez Warrela i Jima Shepparda po rozpadzie ich macierzystego bandu, od zarania rozwijał stylistykę wypracowaną przez tenże na Into the mirror black, można było spokojnie przyjąć, że The year the sun died będzie podążał tą samą, przetartą przez lata ścieżką i nie zaskoczy słuchaczy gatunkową woltą, ani radykalnym powrotem do korzeni, czyli do bardziej surowego grania z czasów Refuge denied.

Powyższe prognozy okazały się jak najbardziej słuszne. Otrzymaliśmy bowiem album na poziomie, którego należy wymagać od doświadczonych muzyków (choć o ile mi wiadomo Lenny Rutledge i Steve Budbill nie mogą pochwalić się żadnymi konkretnymi dokonaniami po pierwotnym rozpadzie Sanctuary), wypełniony jedenastoma zróżnicowanymi kompozycjami, nie wykraczającymi poza muzyczne ramy nakreślone przez twórczość Nevermore. Są więc wśród nich szybkie i ciężkie numery (na przykład Arise and purify, Frozen), są ponure, powolne walce (Exitium, The dying age), nie brakuje też spokojnych, nastrojowych, w dużej mierze akustycznych utworów (I am low, One final day), a całość spina apokaliptyczny koncept – opowieść o prorokini wieszczącej śmierć Słońca. Sanctuary zdecydowanie najlepiej wypada w pierwszej z wymienionych kategorii piosenek i to one właśnie stanowią najmocniejszą stronę wydawnictwa. Promowana teledyskiem Arise and purify otwiera stawkę w wyśmienitym stylu – jest niesamowicie motoryczna i wybornie ciężka, a jej główny riff to jeden z najlepszych momentów na płycie. Nieznoszący sprzeciwu, rozkazujący głos Dane’a w refrenie i jadowite frazy w zwrotkach składają się na doprawdy imponujący obraz całości.

Kolejny znakomity kawałek to Frozen, niesiony thrashowym groovem i ozdobiony genialnymi melodiami wokalu, z odrobinę spokojniejszym, ale jakże zapadającym w pamięć refrenem. Za takie właśnie piosenki zawsze uwielbiałem Nevermore i cieszę się, że wciąż powstają, choć pod inną banderą. Niestety trudno jest mi znaleźć na The year the sun died więcej kompozycji trzymających tak wysoki standard. Riffy otwierające The world is wired i Question existence fading wywołują na mojej twarzy uśmiech szczerej satysfakcji i sprawiają, że momentalnie mam ochotę rytmicznie machać czerepem, ale w ich całokształcie brakuje mi jakiegoś pierwiastka wyjątkowości, mogącego wynieść je powyżej poziomu, który w zestawieniu z zawartością albumu takiego, jak na przykład This godless endeavor byłby najwyżej średni.

Utwory utrzymane w średnich i wolnych tempach prezentują się przeciętnie. Exitium (Anthem for the living) ratują zwyczajowo bardzo dobre wokale, ale w ogólnym rozrachunku piosenka raczej się wlecze, natomiast The dying age jest zwyczajnie niepotrzebny. Podobnie rzecz ma się z „balladami”, do których przyzwyczaił już słuchaczy Nevermore. O ile Sworn to believe potrafi mnie do siebie przekonać kontrastem delikatnych zwrotek ze złowieszczym, ciężkim refrenem i fajną akustyczną solówką, o tyle I am low nie ma zbyt wiele do zaoferowania i po prostu nudzi. Fatalnym błędem okazało się moim zdaniem zwieńczenie albumu ślimaczącym się i nieciekawym numerem tytułowym. W konsekwencji The year the sun died zamiast zamykać się efektowną puentą, dogasa niczym rzeczone Słońce, już od pierwszych nut wspomnianego The dying age.

Warrel Dane jest w bardzo dobrej formie. Choć nie dysponuje już tak wysokimi rejestrami jak dawniej, odnoszę wrażenie, że lepiej niż kiedykolwiek kontroluje swój śpiew i nadal pozostaje jednym z najbardziej charyzmatycznych wokalistów na scenie heavy metalowej, a jego nietuzinkowy głos sprawia, że nawet te słabsze piosenki w ostatecznym rozrachunku wypadają co najmniej nieźle, zaś te najlepsze winduje na poziom niedostępny dla wielu innych. Co ciekawe, w drugiej połowie Question existence fading można usłyszeć chyba najniższe z jego dotychczasowych partii.

Moje niekończące się i nachalne porównania do Nevermore mogą wydawać się kontrowersyjne, ale Sanctuary samo prosi się o takie zestawienie. O wyjątkowości młodszego z zespołów stanowiły, nie ma się co oszukiwać, dwa elementy – wokale Dane’a i wiosło Jeffa Loomisa. Pierwszy z nich jest oczywistym wspólnym mianownikiem obu składów, dziwić natomiast może, że Lenny Rutledge, gitarzysta – założyciel Sanctuary, być może w wyniku wpływu, jaki byli muzycy Nevermore wywarli na kształt piosenek na The year the sun died, gra tak, jakby starał się naśladować styl Loomisa (łatwo zauważyć choćby zbieżności riffu Question existence fading z Inside four walls). Przez to trudno mi rozpatrywać The year the sun died jako coś innego, niż kontynuacja kariery Nevermore w innej konfiguracji personalnej.

Jaki więc obraz wyłania się, koniec końców, z powyższego przydługiego wywodu? The year the sun died to dobra płyta – zdecydowanie lepsza niż łabędzi śpiew Nevermore i solowy krążek Dane’a, a oba te tytuły też przecież nie były słabe. Ma sporo naprawdę świetnych momentów, lecz całokształt, choć solidny, nie wciska w fotel i budzi mieszane odczucia. Gdyby zamiast tych kilku nużących zwolnień panowie utrzymali tempo i poziom Frozen, Arise and Purify, Question existence fading czy Let the serpent follow me, byłoby super. A tak jest poprawnie z plusem.

Ocena: 7/10

Frozen w Youtube

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14