środa, 15 lipca 2015
Lindemann - Skills in pills

Lindemann - Skills in Pills

Gatunek: industrial hard rock
Kraj pochodzenia: Szwecja / Niemcy
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Warner Music

Od momentu, gdy rozeszła się wieść, że Till Lindemann powołał do życia wspólny projekt z Peterem Tägtgrenem, oczywiste było, że szykuje się wydawnictwo, które nie ma prawa być mdłym zestawem pozbawionych wyrazu piosenek. Zamieszczony w sieci z wyprzedzeniem klip do Praise abort potwierdził tę prognozę, przekraczając granice dobrego smaku w stopniu, któremu ciężko byłoby dorównać klasykom. Jakkolwiek osobne dokonania obu panów nie kojarzą się z estetyczną powściągliwością, to w ramach kolaboracji zupełnie puścili wodze wyobraźni i porzucili wszelkie ewentualne zahamowania, oddając się pornograficznym wręcz fantazjom.

Każdy, kto słyszał kiedyś Rammstein i Pain, może w miarę nieźle wyobrazić sobie zawartość muzyczną owocu tej grzesznej współpracy. Jest to rozrywkowy, bazujący na prostych, rytmicznych, ciężkich riffach, a wsparty zaczerpniętymi z Manieczek syntezatorami i mrowiem wszelakich sampli, industrialny hard rock, okraszony jedynym w swoim rodzaju wokalem, podany z ogromną dawką bardzo specyficznego, obleśnego humoru, tak przaśnego, jak tylko Niemcy potrafią wysmażyć. Nie jest to wyrafinowane dzieło. Rzekłbym, że w zestawieniu z nim, nawet standardowe dokonania Rammstein wydają się całkiem wysmakowane, dlatego już na wstępie zaznaczam, że jeżeli kogoś razi twórczość tej berlińskiej grupy, Skills in pills powinien omijać bardzo szerokim łukiem.

Jeżeli jednak podejdzie się do krążka z odpowiednim dystansem, można słuchając go całkiem nieźle się bawić. Na całość składa się dziesięć kawałków (jedenaście w wersji deluxe), trwających łącznie około czterdziestu minut, utrzymanych w  większości w estetyce oscylującej wokół rammsteinowych killerów. Nie jest to duża ilość do przetrawienia, co wspomaga w miarę niezły odbiór. Niestety nie wszystkie z nich są dobre. Do najlepszych zaliczyłbym te nieco odstające stylistycznie, wolniejsze i bardziej klimatyczne, których tematyka wyjątkowo nie kręci się wokół seksualnych ekscesów. Mam na myśli Children of the Sun i Yukon. Oba odznaczają się podniosłym, melancholijnym charakterem i opierają na świetnych melodiach w wykonaniu Lindemanna. Pierwszy z nich jedzie na prościutkim, acz efektywnym, maszerującym riffie, drugi zaś ociera się o balladę w stylu Ohne dich czy Amour amour.

Poza nimi, całkiem ok są walcowaty, podbity symfonicznymi samplami Fat i szybkie, najbardziej chyba zbliżone do przebojów macierzystej kapeli Tilla Fish on (Pussy) i Skills in pills (Benzin, tylko znacznie lepszy). Singlowy Praise abort jest zdecydowanie najciekawszy pod względem aranżacyjnym, z jeszcze odważniejszymi niż zwykle wycieczkami w stronę electro. Niestety, są tu też numery słabsze – najbardziej wkurza mnie Cowboys, w którym chłopaki zupełnie uprościli kompozycję, do wszechobecnej obsceny dorzucili głupkowaty rytm rodem z wesołego miasteczka oraz wybitnie idiotyczny refren i ogólny liryczny koncept (tak, tak,  jeszcze bardziej idiotyczny, niż w pozostałych utworach). Nieciekawie wypadają też smętny, niezbyt pomysłowy Home sweet home i opiewający w obrazowy sposób radości pissingu, szybki, ale pozbawiony polotu Golden shower.

Strona wokalna wydawnictwa prezentuje się tak, jak należałoby się tego spodziewać, czyli świetnie. Mimo dość skąpej palety środków ekspresji i kaleczącej ucho, niemniej zapewne celowo skarykaturowanej angielszczyzny, zadziwiająco dobrze słucha się głosu Lindemanna. W większości utworów na ogół po prostu sylabizuje wersy, zawsze jednak nadchodzi moment, gdy wyciąga z rękawa garść markowych monumentalnych melodii rodem z robotniczej pieśni enerdowskiego hutnika – tych, od których nie sposób się uwolnić i za które kochają go fani Rammstein. Jeśli zaś ktoś go nie lubi, a znam takich wielu, cóż, Skills in pills oczywiście nie jest dla niego.

Krążek brzmi potężnie, soczyście i przyjemnie ciężko, jak przystało na pozycję z najwyższej, komercyjnej półki, za której warstwę instrumentalną i mastering odpowiada Peter Tägtgren, co by nie mówić, tytan w swoim fachu i jeden z najbardziej uznanych i rozchwytywanych europejskich metalowych producentów. Jego wkładu w projekt nie sposób przecenić. Choć trzyma się prostej formuły i, tak jak w Pain, nie bawi w wirtuozerię, nadrabia w sferze aranżacji, dzięki czemu winduje materiał na poziom niezłej przyswajalności. Obawiam się, że bez niego Lindemann, mimo atutów wokalnych, byłby tak samo niemożliwy do przełknięcia, jak Emigrate Richarda Kruspe. Właśnie taki poziom profesjonalizmu był Tillowi potrzebny, aby jego sztuczka się udała – aby tak przegięty, obsceniczny i groteskowy charakter krążka nie przesłonił jego imprezowych walorów i nie spowodował, że zostanie on odebrany wyłącznie jako niesmaczny i nieśmieszny żart.

Nie ulega oczywiście wątpliwości, że bardzo wielu potencjalnych słuchaczy właśnie za taki go uzna i wyłączy odtwarzacz w tym samym momencie, w którym padnie pierwsze „Aj gat szot łyd ze słitest gann”, wyśpiewane przez Lindemanna z dykcją á la Arnie w Terminatorze. Mi jakoś jednak udało się przejść nad tym do porządku dziennego i łyknąć konwencję duetu. W kategorii albumów zabawowych uważam Skills in pills za pozycję udaną i chwilowo, na tym polu, nie widzę dla niej godnej konkurencji.

Ocena: 7/10

Praise abort w youtube

wtorek, 30 czerwca 2015
Tribulation - Children of the night

tribulation - children of the night

Gatunek: progressive / melodic black metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Century Media

Dużo szumu narosło ostatnio wokół Children of the night, ale do mnie ta płyta po prostu nie trafia. Owszem, doceniam ciekawe kompozycje i nieszablonowe podejście do tematu, a jednak zdecydowanie brakuje mi tu prawdziwych pazurów i pierwiastka nieprzystępności – według mnie nieodzownych składników ekstremalnej muzyki. Mimo, że większość kawałków całkiem nieźle buja, wciąż odnoszę irytujące wrażenie, jakbym słuchał Dissection, starających się dotrzeć do współczesnego słuchacza poprzez małpowanie sztuczek Ghost.

Jest tutaj wiele naprawdę rzetelnie zagranych patentów. Podniosły, maszerujący Holy libations ma genialny wstęp i świetne solowe wjazdy gitar, heavymetalowo zasuwające In the dreams of the dead, The motherhood of god czy Melancholia niewątpliwie dobrze sprawdzą się na koncertach, zaś dla spragnionych nieco cięższych dźwięków znajdzie się Winds. Z drugiej strony, mało charakterystyczny, powolny Strains of horror nudzi, nie mówiąc już o sztampowym, instrumentalnym Cauda pavoris.

Tribulation w obecnym wcieleniu zdecydowanie siedzi okrakiem na płocie. Jak na dobry black death chłopaki robią zdecydowanie za mało porządnego hałasu, którym po brzegi naładowali choćby swój debiutancki krążek, natomiast ich błyszczący w wielu miejscach artystyczny potencjał i wyrafinowane zapędy nie dają rady przebić się przez dość domyślną melo-blackową otoczkę i mało oryginalną warstwę wokalną. Szkoda, bo kompozycyjnie są mocni, instrumentalnie naprawdę wymiatają, a i produkcja albumu jest najwyższych lotów. Koniec końców przyjemnie się Children of the night słucha, ale niewiele ponadto. Gdzie się podziały krew, pot i szaleństwo?

Ocena: 6/10

Strange gateways beckon w youtube

środa, 17 czerwca 2015
Enforcer - From beyond

Enforcer - From Beyond

Gatunek: heavy metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Nuclear Blast

Rozliczne retro kapele, które wyrosły w ciągu ostatnich lat jak grzyby po deszczu, jakoś nie budzą mojego zaufania. Niby wszystko jest w porządku i lwia ich część pisze naprawdę fajną muzę, a jednak gdzieś tam, w tle, telepie się wrażenie, że to wszystko wydmuszka i bezwstydna jazda na sentymentalizmie, która nie niesie nic twórczego ani oryginalnego. Ale, w sumie, to o co chodzi? Przecież nie trzeba nieustannie na siłę wymyślać nowych patentów. Jest spora, jeśli nie wręcz wciąż główna działka sceny metalowej, której pierwszorzędnym celem nie jest przewartościowywanie światopoglądu słuchacza za pomocą trafnych, acz bolesnych metafizycznych rozważań i katartycznie trudnych w odbiorze dźwięków, a która zwyczajnie ma za zadanie dostarczyć wysokojakościowej ekstremalnej rozrywki! Czy więc brzmienia, forma kompozycji albo riffy które chwytały za jaja niespełna trzydzieści lat temu muszą koniecznie pozostać w lamusie, zamiast stanąć ramię w ramię z, dajmy na to, nowym krążkiem Job For a Cowboy? Raczej nie i może to dobrze, że młode kapele nadal je wykorzystują i skutecznie utrzymują w obiegu…

Naprawdę, prywatna konkluzja z tego przydługiego wstępu jest taka, że wkurzają mnie mody i związana z nimi przewidywalność sceny, a obecna, na domiar złego, z założenia bazuje na wtórności. Po prostu zgrzytam zębami z niesmakiem, obserwując jak dominujące wytwórnie z gatunku Nuclear Blast czy Metal Blade próbują od paru już lat opchnąć jako objawienie za objawieniem kolejne dziesiątki premier o wizerunku wystylizowanym na złote lata Mercyful Fate, Iron Maiden, Judas Priest, Metalliki, Black Sabbath, które niekoniecznie prezentują jakąkolwiek sensowną wartość.

I tak dochodzimy do bohaterów tej recenzji, czyli szwedzkiego Enforcera. Na scenie od circa dziesięciu lat, złote dzieci nowej fali skórzanych kamizelek i białych tenisówek – można pewnie nawet rzec – jej pionierzy. I, cholera, grają zajebiście. Z wymienionych wcześniej kapel – szablonów najbliżej im do Mety z Kill ‘em all, ale z melodyjnym zacięciem á la, powiedzmy, Judasi i rozmaici przedstawiciele NWOBHM. Do tych pierwszych upodabniają się w najszybszych kawałkach takich, jak Destroyer  i Hell will follow zaś od wyspiarskich klasyków zaczerpnęli podniosły klimat i generalny posmak riffów oraz basowych pochodów. Porównania na bok – wiadomo, że nie ma tu zbyt wielu autonomicznych zabiegów stylistycznych i należy przyjąć to z dobrodziejstwem inwentarza. Koniec końców, cała sztuczka polega na tym, żeby zaprezentować mocne, chwytliwe piosenki, a tych na From beyond jest pod dostatkiem.

Motoryczny Undying evil z bezbłędnie hiciorowym refrenem dostarcza serię zastrzyków czystych endorfin, za to nastrojowy Below the slumber z genialną melodią spokojnej zwrotki, kontrastującą z monumentalnym refrenem, aż się prosi o zapalniczki w górze. Klasyczny w swej formie jest popisowy, naszpikowany solówkami  instrumental, zatytułowany Hungry they will come. Istny ołtarzyk wystawiony latom osiemdziesiątym, ale bardzo radośnie się go słucha. Do tego dostajemy wspomniane już thrashawe petardy, które stawiają w nieco większym stopniu na szorstką, garażową surowość, a stawkę zamyka epicki Mask of red death, rozwijający się z powolnego marszu w trochę power metalowym kierunku.

Instrumentalnie wszystko śmiga bez zarzutu. Wioślarze się nie opieprzają i zgodnie z klasycznym, heavymetalowym etosem zamiatają po gryfach, sypiąc kozackimi, szarpanymi, rozpędzonymi riffami. Do tego dochodzą należycie uwzględnione w miksie linie basu, bez których takie retrogresywne w swym duchu piosenki nie mogłyby się obyć. Bębniarz nie pozostaje w tyle i sprawnie żongluje środkami z elementarza, jako danie główne serwując maidenowskie galopady, na przemian z szybkim thrashowym nabijaniem. Materiał brzmi całkiem naturalnie, analogowo, co także pomaga utrzymać wiarygodną aurę całości. Niestety, w związku z tym, że wszystkie zawarte na From beyond zagrywki słyszałem już w życiu przynajmniej kilkaset razy, nie mogę mówić o jakimś wybitnym dokonaniu Enforcer w zakresie oryginalności stylu czy wirtuozerii. Zapewne nie takie są zresztą ich aspiracje.

Na koniec słowo o gardłowym. Głos Olofa Wikstranda jest kolejnym klasycznym elementem sztuki Szwedów. Momentalnie budzi różne skojarzenia, ale po pierwsze i najważniejsze, jest naprawdę świetny. Ustawiony w wysokich rejestrach łączy w sobie surową agresję i zadziorność starych thrasherów z heavy metalową skalą i mocą, a także wrażliwością melodyczną godną choćby Klausa Meine (Below the slumber!)czy Kaia Hansena z czasów Walls of Jericho. Bez dwóch zdań, stanowi bardzo silny atut kapeli.

Podoba mi się ten krążek. Nieczęsto po niego sięgam, bo zdecydowanie brak mu głębi, niezbędnej do tego, by mógł zostać ważną dla mnie pozycją w muzycznym krajobrazie, niemniej ma w sobie coś magnetycznego. Za sprawą dobrych, przebojowych piosenek, napisanych i zagranych z autentycznym kopem, przez ewidentnych zapaleńców, skutecznie ożywia energię złotych lat tradycyjnego metalu.

Ocena: 7/10

Undying evil w youtube

20:57, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 czerwca 2015
Leprous - The congregation

Leprous - The Congregation

Gatunek: progressive metal
Kraj pochodzenia: Norwegia
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Inside Out

Leprous to ambitna bestia – panowie, poza umiejętnościami technicznymi, mają spójny pomysł na swoją muzykę, która od czasu świetnego Bilateral, zdecydowanie ciąży w kierunku mroczniejszych, posępnych klimatów. Niestety, podobnie jak w przypadku poprzedniczki (Coal, 2013), The congregation okazuje się nierówną płytą. Owszem, są tu wspaniałe przykłady prawdziwie norwesko-progresywnej sztuki, w których lśni wyczucie i instrumentalny profesjonalizm autorów. Na plus liczy się także bardzo sugestywna, wionąca z większości utworów żałobna aura. Rytmiczne połamańce otwierających stawkę The price i Third law robią duże wrażenie subtelną, sprawnie utrzymaną w ryzach dynamiką i w połączeniu ze świetnymi refrenami godne są wszelkich rekomendacji. Następujący po nich Rewind zdradza już jednak pewne znamiona ogólnej bolączki, trawiącej wydawnictwo. Jest zbyt długi i powtarzalny, nawet zważywszy, że w jego przypadku zapętlona monotonia zdaje się zamierzona i uzasadniona odgórnym zamysłem. Ratuje go za to powracająca, wybitnie zaraźliwa linia wokalu.

Po trzeciej piosence zaczynają się kompozycyjne mielizny. Pomimo licznych odsłuchów nie jestem w stanie przywołać w pamięci The flood, Triumphant czy Down. Zwłaszcza pierwsze dwa numery z wymienionych wloką się bez wyraźnego pomysłu i celu, a brnąc przez nie, chcąc nie chcąc gubię wątek. Nie pomaga w tym jednostajne, ekspresyjne wprawdzie, lecz mało zróżnicowane zawodzenie Einara Solberga. Dysponuje on mocnym, rozpoznawalnym głosem i w wielu przypadkach jego partie, to zwiewne i delikatne, to znów wznoszące się na wyżyny niemal heavymetalowego krzyku, wypadają bardzo ciekawie. Niestety, spora ich część na The congregation cierpi  z powodu wyraźnego braku wystarczająco udanych pomysłów.

Kluczowym elementem brzmienia Leprous i nieodzownym składnikiem panującej tu atmosfery są oczywiście klawisze. Zasiadający za nimi Solberg zapewnia nieustanne, barwne tło dla piosenek, generując mroczne elektroniczne plamy lub pejzaże przypominające ścieżkę dźwiękową do Blade Runnera (Slave, Rewind). Gitarzyści natomiast stawiają głównie na podkreślające rytmikę, rwane riffowanie, o nieco nawet indie rockowych konotacjach. Fajnie sprawdza się to w intrygujących perkusyjnie kompozycjach, stanowi zaś gwóźdź do trumny tych o mniej wyszukanym szkielecie (choćby nieszczęsne Triumphant albo The flood). Na szczęście skład kapeli zasila Baard Kolstad – młody bębniarz, znany ze współpracy z Borknagar, In Vain, Solefald i kilkoma innymi załogami ze skandynawskiej sceny – tak więc w sferze sekcji rytmicznej sporo się dzieje i jest na czym ucho zawiesić. Na dowód polecam posłuchać Moon lub Red, a także wspomnianych dwóch kawałków otwierających The congregation.

Jaki jest więc obraz całości? Tak jak napisałem na początku – nierówny. Dostaliśmy kilka świetnych piosenek, przeplecionych niezbyt trafionymi wypełniaczami. Gdyby brutalnie wyciąć te drugie, z przeszło siedemdziesięciominutowego albumu pozostałyby trzy kwadranse czystej esencji skandynawskiej metalowej awangardy i w takim kształcie łykałbym ten materiał bez popity. Na potrzeby przenośnego odsłuchu wystarczy wywalić z odtwarzacza kilka empetrójek, ale oceniam komplet, a nie wersję edytorską.

Ocena: 6/10

The price w youtube

piątek, 05 czerwca 2015
Embrional - The devil inside

Embrional - The Devil Inside

Polskiego metalowego podziemia nie trzeba reklamować. Słuchacze ciężkiej muzy wiedzą, że to istna kopalnia żelaza, ołowiu, siarki, smoły czy czego tam jeszcze. Od czasu do czasu, wcale nie rzadko,  wydobywa się stamtąd coś naprawdę imponującego. W ostatnich tygodniach, na przykład, ogromne wrażenie zrobił na mnie najświeższy album gliwickiego Embrional. Death metal w ich wykonaniu to kwintesencja tego, co w tym stylu najważniejsze, czyli brutalności (nie jakieś tam Tribulation - pitu-pitu) i technicznego mistrzostwa, połączonych w dobrych kompozycjach, na dodatek utrzymanych w piekielnym klimacie.

Oszczędzając na kwiecistych porównaniach – materiał na The devil inside po prostu ocieka zajebistością. Jest bezkompromisowy i ciężki jak sto diabłów (co dodatkowo podkreśla wypasione, soczyste brzmienie), ale w jakiś naturalny sposób muzykom udało się nadać mu odpowiednią nośność. Jest to zapewne wynik skutecznego powiązania nowoczesnego technicznego łojenia z nieco postowymi wycieczkami á la, powiedzmy, Ulcerate oraz tradycyjnie pojętą, czytelną konstrukcją piosenek i klasycznie, morbid angelowsko brzmiącymi wokalami.

Instrumentalnie album miażdży. Wystarczy posłuchać choćby Evil’s mucus, 910 czy siekącego Callousness, żeby zdać sobie sprawę, że Embrional potrafi skomponować łańcuch świetnych, zapadających w pamięć riffów, które w połączeniu z tłustą, urozmaiconą grą garów aż się proszą o solidny młyn i headbanging. Praca bębnów zaś, skoro o nich mowa, to istna deathowa uczta. Oczywiście, zapewniona została obowiązkowa ilość wgniatających w glebę blast beatów, lecz obok nich co rusz pojawiają się ciekawsze zagrywki wywołujące u mnie radosny uśmiech. Weźmy choćby środkowe partie The abyss albo końcówkę płyty – ostatnią minutę Whores, drugs and brain dead – odjazd.

Funeral march, In darkness i Madman’s curse przełamują szaleńczą ścianę hałasu nieco wolniejszym, bardziej klimatycznym podejściem do tematu. W tych kompozycjach kapela, choć nie traci na brutalności, najbardziej zbliża się do dysharmonicznych, postowych zgrzytów i odważnie eksploruje swoje makabryczne wizje.

Chłopaki z Embrional nie odkrywają Ameryki, ale też nie oglądają się zbytnio na trendy i z podziwu godnym profesjonalizmem i kreatywnością napierdalają to co im w czarnych, zgniłych duszach gra. Tworząc niezwykle ciężką muzę zgrabnie unikają popadania w brutal deathową groteskę i omijają mielizny bezcelowej technicznej masturbacji. Nawet diabelska otoczka jest tu raczej przydającym charakteru dodatkiem i nie determinuje muzycznej zawartości krążka. Stuprocentowa skuteczność, brawo!

Ocena: 8/10

Madman's curse w youtube

15:57, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 kwietnia 2015
Shining - One One One

Shining 1 1 1

Gatunek: experimental hard rock
Kraj pochodzenia: Norwegia
Rok wydania: 2013
Wytwórnia: Indie Recordings

Shining rozdaje schizofreniczne saksofonowe sola i gitarowo-garowe zgrzyty niczym ciosy siekierą w czerep. Przekuwa swoją wyniesioną z początków działalności awangardową wrażliwość w pełne spontanicznej energii piosenki z pogranicza noise-punka i metalu, momentami brzmiące jak naspeedowany King Crimson skrzyżowany w kakofonicznym zwarciu z Nine Inch Nails z czasów Broken i The Downward Spiral. Jeśli słychać tu jazzowe inspiracje, to raczej Johnem Zornem z okolic Painkiller, ewentualnie Jaga Jazzist, niż klasykami.

Norwegowie na One One One, ubierają swoje pokręcone ciągoty w bardziej zwięzłe, piosenkowe kompozycje niż te zawarte na Blackjazz z 2010 roku, nadając im tym samym charakter niemal hardcore’owy, odpuszczając zaś nieco na polu elektroniki. Z jednej strony walą między oczy stricte rockowymi numerami pokroju I Won’t Forget, The One Inside czy porąbanego Blackjazz Rebels, innym razem, nie zwalniając obrotów, zapuszczają się na bardziej eksperymentalne obszary Off the Hook, How Your Story Ends, czy intensywnego do nieprzytomności The Hurting Game. Konstrukcję utworów stanowią natarczywe, obsesyjne rytmy, wybijane przez Torsteina Lofthusa, niekiedy tylko wycofujące się w rejony prostszego, hardrockowego grania. Gdy zestawi się je z maksymalnie przesterowanymi, industrialnymi wręcz dźwiękami gitary, rzężącym warczeniem basu i wrzaskliwym wokalem Jørgena Munkeby’ego, przeplecionym równie rozwrzeszczanymi partiami jego saksofonu, efekt jest porażający. Muzyka zawarta na krążku drażni i piłuje kości do szpiku, ale jednocześnie daje świetnego kopa i nie pozwala usiedzieć w miejscu.

Jeśli miałbym się czepiać, to jak na mój gust, panowie z Shining mogli zastosować bardziej organiczną produkcję, One one one brzmi bowiem trochę zbyt hałaśliwe i mechanicznie, by w pełni uwydatnić jazzowy potencjał składających się na niego kawałków. Podejrzewam jednak, że to celowy zabieg, mający podkreślić raczej klimat schizofrenii i niepokoju, niż wyrafinowane zagrywki rodem ze szkoły muzycznej, który jako taki spełnia swoje zadanie, nadając sztuce Norwegów ten szczególny, szaleńczy charakter. Zresztą, skompresowanie materiału do około trzydziestu pięciu minut powoduje, że mimo delikatności właściwej dźwiękom skuwania żelbetu młotem pneumatycznym,  album nie męczy, a każda z piosenek z osobna nieźle zapada w pamięć. Do moich faworytów należą bezsprzecznie najbardziej przebojowy I wont forget, psychotyczny My dying drive i połamany, otwarty solówką na saksie How Your Story Ends, reszta stawki nie pozostaje jednak daleko w tyle.

One one one przed kilkoma dniami skończył dwa lata, a tymczasem Shining zapowiada nowe dzieło. Czekam z niecierpliwością.

Ocena: 9/10

Oficjalny klip do I Won't Forget

niedziela, 12 kwietnia 2015
Relacja z koncertu: Arena, Poznań, Blue Note 11.04.2015

Arena 1

Do koncertu Areny podchodziłem już drugi raz. Poprzednio, ich występ w Poznaniu miał odbyć się krótko po zmianie wokalisty i choć trzon zespołu pozostał niezmienny od późnych lat dziewięćdziesiątych, zdecydowałem się najpierw sprawdzić z płyt, jak wypada świeżo skaptowany Paul Manzi i odpuściłem tamten show. Krótko mówiąc, sprawdził się. W związku z tym wczorajszej imprezy zdecydowanie nie chciałem przegapić.

Niedługo przed godziną 20.00 klub zaczął się zapełniać – żadne supporty nie były zapowiedziane, naszykowany sprzęt czekał na scenie i po krótkiej konferansjerce, będącej ukłonem w stronę sponsorów, z niewielką, pewnie około piętnastominutową obsuwą, na scenie pojawili się muzycy Areny. Clive Nolan zajął miejsce za swoimi obrotowymi klawiszami, niewysoki Mick Pointer za garami, John Mitchell po prawej stronę sceny, lewą obstawił basista Kylan Amos. Jako, że twórczość kapeli znam bardzo wybiórczo, nie będę starał się wiernie odtworzyć setlisty.

Dość, że o ile się nie mylę, Panowie weszli na kawałek z premierowego albumu, by chwilę później zaserwować Rapture z Seventh Degree of Separation, na otwarcie około dwugodzinnego setu, zahaczającego niejednokrotnie o ich najstarsze albumy. Dostaliśmy więc, między innymi, przebojowe Crying for Help VII, wyczekanego przez fanów Solomona i Double Vision z The Visitor. Ku ogólnej radości, na tej trasie, po raz pierwszy w historii bandu, można było usłyszeć koncertowe wykonanie prawie dwudziestominutowego Moviedrome. Ja natomiast cieszyłem się z Salamander z Contagiona, rozczarowaniem okazał się jednak brak choćby jednego utworu z Pepper's Ghost, płyty, za sprawą której poznałem Arenę i do której mam ogromny sentyment.

Założycielski duet Nolan – Pointer, prezentował na scenie stateczny profesjonalizm. Pierwszy z panów ograniczał się do ekscesów polegających na kręceniu klawiszami na postumencie, niczym karuzelą i zmian kąta ustawienia swojej osoby względem widowni, od czasu do czasu rzucając aprobujące uśmiechy i spojrzenia pozostałym artystom. Drugi zaś obsługiwał w skupieniu zestaw perkusyjny, w pełni zaangażowany w grę. Muzycznie oczywiście wypadli perfekcyjnie – weterani progresywnego rocka. Równie spokojną postawę przyjął wioślarz John Mitchell, kładąc nacisk raczej na piękne i emocjonalne sola, niż efekciarskie showmaństwo.

Niczym dzieciaki pod okiem mentorów, basista i wokalista stanowili zabawowy trzon imprezy. Zakapeluszony Amos tryskał energią i prowokował Nolana do wspólnego grania ramię w ramię bądź angażował Mitchella do czegoś w rodzaju walki kogutów. A może to miały być poznańskie koziołki...? Paul Manzi pełnił natomiast rolę niekwestionowanego frontmana i sprawdzał się w niej znakomicie, skacząc i tańcząc na scenie, gestykulując niczym prestidigitator, nieustannie zaczepiając pozostałych muzyków, komenderując publicznością i zespołem z mistrzowską wprawą i niespożytą energią. O ile na płytach jego wokal prezentuje się bardzo dobrze, hard rockowo, to usłyszawszy go na żywo, w pierwszej chwili zbierałem szczękę z podłogi. Operuje iście heavymetalową mocą i skalą. Wyciąga naprawdę trudne partie, a jednocześnie potrafi melodyjnie śpiewać w niskich rejestrach, przy okazji ciesząc ucho w miarę charakterystyczną barwą. Słowem, miodzio.

Publika, mimo że nieprzypadkowa (sądząc po cenie biletów), liczna i na pierwszy rzut oka składająca się z fanów podobnej muzyki, nie była zbyt witalna i dość opornie dawała się wciągnąć w koncertowy wir. Brakowało tłumnego dośpiewywania wersów, a zapowiedziom tytułów często towarzyszyła cisza lub jeden zbłąkany okrzyk. Prawdziwym osiągnięciem okazało się w tym kontekście wkręcenie słuchaczy w zabawę polegającą na naprzemiennym skandowaniu „help” i „me” podczas finałowego numeru. Również samo wyciąganie muzyków na bisy w moim odczuciu mogło być bardziej entuzjastyczne. Czyżby powoli zagraniczne gwiazdy opatrzyły się nad Wisłą na tyle, że stajemy się takimi samymi chłodnymi zjadaczami żywej muzyki, jak dajmy na to, nasi zachodni sąsiedzi? Oby nie.

Zdjęcia z koncertu w wyższej rozdzielczości znajdują się na profilu Irkalli na facebooku: tutaj.

Arena 2

Na zdjęciach kolejno: Paul Manzi, Kylan Amos, John Mitchell, Clive Nolan.
Wszystkie zdjęcia zespołu zostały wykonane przez Namtara.

poniedziałek, 06 kwietnia 2015
Philm - Fire from the evening sun

Philm - Fire from the evening sun

Gatunek: experimental hard rock / stoner
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: UDR Music

Czy to możliwe, aby jakiś szanujący się fan ciężkiej muzyki nie słyszał o Davie Lombardo? Nie sądzę. Przypuszczam jednak, że po opuszczeniu Slayera ten kubański perkusista zniknął z radaru wielu co mniej zainteresowanych. Bynajmniej nie zrezygnował jednak z tworzenia, choć o ile się nie mylę, nie para się chwilowo graniem metalu. Połączył natomiast siły z dwoma wioślarzami i w takim, okrojonym do niezbędnego minimum składzie, powołał do życia balansującą na krawędzi eksperymentalnego prog rocka, stonera i hardcore’a kapelkę pod szyldem Philm. Co więcej, trio ma już na koncie dwa pełne albumy, z których pierwszy umknął mojej uwadze, drugi zaś spowodował, że szczerze żałuję tego faktu i obiecuję nadrobić zaległości.

Proponowany na Fire from the evening sun zestaw utworów to lekcja dynamiki na najwyższym poziomie. Jak łatwo się domyślić, gwóźdź programu wszystkich kompozycji stanowi praca garów, a jest to coś niebywałego – niepohamowany, pulsujący strumień jazzowo – punkowych rytmów, skoncentrowany przekaz energii, która nie pozwala siedzieć spokojnie. Naprawdę, nie zdziwiłbym się, gdyby nawet najbardziej stoiccy słuchacze mieli trudności z powstrzymaniem podrygiwania w takt kolejnych piosenek. Do tego dochodzi zakorzeniona właśnie w stonerze, noisowa, skupiona głównie na przekazywaniu emocji gra gitary elektrycznej w wykonaniu Gerrego Nestlera, wędrująca to w rejony sludge’owych transów (Lion’s Pit), to znów stricte rockowego grzania (Train), by od czasu do czasu wycofać się do roli skradającego się akompaniamentu dla linii wokalnej, jak to ma miejsce w Silver queen, gdzie później przechodzi w doomowo-bluesowe solo.

Trzecim komponentem Fire from the evening sun jest bas Pancho Tomasellego. Również tutaj efekt jest piorunujący – dźwięki czterech strun sypią się w karabinowym tempie, z iście jazzową wrażliwością i ścigają się z przesterowanymi riffami elektryka. Dzięki tak oszczędnemu instrumentarium, wszystkie składniki są niezbędne dla całości i znajdują się na świeczniku, idealnie wyeksponowane,  a co najpiękniejsze, każdy prezentuje się genialnie. To, co zdecydowanie wyróżnia Philm na tle wielu innych eksperymentalnych, okołometalowych projektów, to fakt, że tych trzech facetów nie traci ani na chwilę z oczu piosenkowej formy materiału. Kapele takie jak Dysrhythmia czy Exivious, choć równie sprawne technicznie i kompozycyjnie, przyzwyczaiły mnie do tego, że nie mam co liczyć na jakąś nadzwyczajną przebojowość czy chwytliwość w ich sztuce. Dave, Gerry i Panchopokazują zaś, że na rockowej płaszczyźnie można spokojnie pożenić jazzowy gąszcz rytmicznych połamańców z wpadającą w ucho oprawą. Pomaga w tym zdecydowanie śpiew Nestlera, który choć nie jest szczególnie oryginalny, niesie duży ładunek energii i emocji, a jego partie, za sprawą ciekawych melodii, z łatwością wpadają w ucho. W większości przypadków jest to mniej lub bardziej melodyjny krzyk, ale znajdzie się tu sporo delikatnych linii, przykładowo w Lion’s pit lub zamykającym krążek, leciutkim Corner girl, w kulminacyjnych momentach niektórych numerów można zaś usłyszeć niemal mathcorowe, nieokiełznane wrzaski (Omniscience, Blue dragon).

Bardzo lubię taką muzykę, buchającą żywą energią, niczym rozpalone słońce, które zdobi okładkę Fire from the evening sun. Chwilami wydaje się, jakby dźwięki wypełniające krążek miały wyrwać się spod kontroli i rozsypać w orgii spontanicznej improwizacji, ostatecznie pozostają jednak w mistrzowski sposób utrzymane w cuglach i wtłoczone w perfekcyjnie zjadliwe porcje. Dave Lombardo udowodnił, że jest nie tylko doskonałym perkusistą, ale również świetnym kompozytorem o szerokich horyzontach. Mogę tylko współczuć Arrayi i Kingowi, bo ponowne odejście Kubańczyka ze Slayer, w połączeniu ze śmiercią Jeffa Hannemanna, w końcu też ciążącego ku punkowym klimatom, może okazać się dla charakteru ich legendarnego thrashu niepowetowaną stratą.

Ocena: 10/10

niedziela, 05 kwietnia 2015
Venom - From the very depths

Venom - From the very depths

Gatunek: heavy metal
Kraj pochodzenia: Wielka Brytania
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Spinefarm Records

Nigdy nie byłem zapalonym wyznawcą sztuki Venom, ale doceniam ich wczesne krążki jako spontaniczną i pionierską manifestację brutalnego żywiołu, nie mówiąc o tym, że dali światu kilka żelaznych szlagierów. Nie śledziłem z uwagą ich współczesnych poczynań (gdzieś w międzyczasie obił mi się o uszy album Metal black), do chwili kiedy trafiłem na singiel Long haired punks z tegorocznego From the very depths. Kawałek ów, przypominający klimatem połączenie Motörhead z punkowym podejściem do ekstremalnego metalu w stylu nowszego Darkthrone, wydał mi się na tyle zabawny, że postanowiłem dać szansę całemu premierowemu materiałowi.

Składające się nań numery oparte są na ogranych patentach i prezentują się raczej nieświeżo, ale to samo w sobie ich nie skreśla. Prawdziwą zbrodnią płyty i gwoździem do trumny jest fakt, że po prostu wieje z niej nudą.  Są tu obiecujące zaczątki. Ba, da się je znaleźć w sporej części piosenek! Szybki The death of rock ‘n’roll, marszowe Smoke i Wings of Valkyrie czy jadący na fajnym riffie Stigmata Satanas zapowiadają się co najmniej solidnie, ale prawie każdy z nich kładzie się już w okolicy pierwszego refrenu. Wszelka zbudowana nadzieja na zajebistość rozsypuje się w pył w momencie wycedzonego kilka razy przez zęby, bądź wycharczanego bez polotu tytułu piosenki. Nasuwa się wtedy pytanie: I co, to już? Tylko tyle? Taa, jedziemy od nowa, zwrotka refren, refren, koniec. Jakieś tam solo po drodze. Wszystko to słyszeliśmy już milion razy, w lepszym wydaniu.

Brakuje mi tego kroku dalej, przegięcia pały, jak to chłopaki robili za młodu. Chaosu. Cronos coś tam próbuje zmajstrować przesterowanym brzmieniem, nadać From the very depths znamiona dawnego syfu, ale jest to wydmuszka, która sama w sobie nie wywołuje zamierzonego efektu. Koniec końców w pamięci zostają Long haired punks i The death of rock ‘n’ roll, jako jaśniejsze punkty wydawnictwa, a cała reszta wlatuje jednym uchem, by zaraz wylecieć drugim.

Venom już prawie czterdzieści lat bluźni i prowokuje swoją szatańską sztuką. O ile jednak, na początku istnienia, rozpierająca ich szalona, niepohamowana młodzieńcza energia stanowiła skuteczną siłę napędową tej, bądź co bądź chamskiej muzyki, o tyle w roku 2015 choć starań nie brakuje, kuleje kreatywność, a i zjedzone na tej robocie zęby mocno się starły. W efekcie daje to dość smutny całokształt. Cronos, mózg tego makabrycznego teatrzyku wciąż pluje jadem i nadyma się niczym prawdziwy bóg mordu, gotów zesłać garść plag na nieszczęsną ludzkość, ale przekuwa tę swoją złość w kiepskie, pozbawione kopa piosenki, większość jego pary idzie więc w gwizdek. Powinien udać się na kilka lekcji do dziadka Lemmy’ego, któremu wciąż całkiem nieźle wychodzi rock ‘n’ rollowy spontan.

Ocena: 5/10

Long haired punks w youtube

sobota, 04 kwietnia 2015
Moonspell - Extinct

Moonspell__Extinct_album

Gatunek: gothic metal
Kraj pochodzenia: Portugalia
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Napalm Records

Po wilkołakach z Moonspell zawsze można się spodziewać solidnej roboty. Po dość ciężkich Memorial, Night eternal i Alpha Noir przyszła pora na trochę łagodniejszy w ogólnym wydźwięku, nieskrępowanie przebojowy materiał, powracający do atmosfery przypominającej Darkness and hope czy Sin / Pecado. Prawdę mówiąc, usłyszawszy pierwszy nowy singiel, zatytułowany The last of us, odrobinę się zaniepokoiłem, bo muzyka Moonspell wydaje mi się ciekawsza i bogatsza w swym brutalniejszym, dzikim wydaniu. Na szczęście obawa ta była na wyrost, bo choć niewątpliwie Extinct jest płytą przystępną i bardzo melodyjną, nie brak jej wampirzych kłów ani wilczych pazurów.

Już na starcie dostajemy przyjemnie ciężki kawałek, który dowodzi, że Fernando Ribeiro wciąż potrafi porządnie się wydrzeć, a jego markowy warkot nie stracił na sile, natomiast wtórującym mu instrumentalistom wciąż sprawia radość metalowe przyłojenie, jakkolwiek tym razem oszczędniej dozowane. Agresywne momenty powracają jeszcze w Dying Breed i Extinct, podczas gdy reszta albumu oscyluje wokół ciężaru zaprezentowanego na rzeczonym singlu, z pewnymi odchyleniami ku balladowym Domina i The future is dark czy, dla odmiany, cięższemu i bardziej chaotycznemu Malignia. To, co momentalnie zwraca uwagę, to bez porównania odważniejsze niż dotychczas zastosowanie orkiestracji. Stanowią one niezwykle ważny element części nowych kompozycji – przydają im nieco bizantyjskiego charakteru i budują wrażenie monumentalnego przepychu. Nawiasem mówiąc,  w kojarzącym się z The Sisters of Mercy  Medusalem oraz otwierającym krążek Breathe (Until we are no more) Portugalczycy posiłkują się pochodzącym z Bliskiego Wschodu zespołem smyczkowym, przez co, zwłaszcza drugi z wymienionych utworów, w końcowych partiach zahacza o estetykę ostatnich dokonań Orphaned Land.

Tak jak pisałem, Extinct jest albumem bardzo przebojowym i w tym tkwi jego główna siła – zaraźliwe refreny takich kawałków jak rozbujana Domina, gothic rockowe The last of us i Funeral bloom, a także, oczywiście, rewelacyjny numer tytułowy, są jednymi z najlepszych spośród dotychczas napisanych przez Moonspell, przynajmniej w ich lżejszym wcieleniu. Jeśli chodzi o kreowanie magicznej atmosfery, na Ribeiro zawsze można liczyć – jego teatralne linie wokalne są najwyższej próby, a on sam świetnie spełnia rolę mistrza ceremonii, operując szerokim wachlarzem środków wyrazu – od growlingu, przez klasyczny, niski gotycki śpiew, po natchniony, podniosły krzyk á la Carl McCoy (w Malignia). Nie da się ukryć, że to jego jego wkład jest głównym czynnikiem decydującym o sukcesie wydawnictwa.

Słuchacze poszukujący wyrafinowanych rozwiązań kompozycyjnych tudzież instrumentalnych nie znajdą tu wiele dla siebie. Zespół gra poprawnie, jak dobrze naoliwiona maszyna, podporządkowując swą pracę ogólnej wizji. Choć zasadniczo nie ma się do czego przyczepić, nie potrafię wskazać żadnego, poza wspomnianymi wcześniej orkiestracjami, technicznego aspektu Extinct, który zwracałby uwagę, był wyjątkowy i nadawał całości jakieś drugie dno, treść, w którą mógłbym się wgryźć. Wiadomo – nie o to chodzi w większości utworów Moonspell, ani w gothic metalu jako takim. Tu nadrzędne znaczenie ma klimat oraz dobre, zróżnicowane, pozostające w pamięci piosenki, a w konsekwencji dobra zabawa. Tego właśnie oczekuję, kiedy wkładam do odtwarzacza krążek Portugalczyków i na tym polu ich najnowsze dzieło zdecydowanie odnosi sukces.

Ocena: 8/10

Extinct w youtube

14:09, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14