sobota, 16 stycznia 2016
Obsequiae - Aria of vernal tombs

Obsequiae - Aria of vernal tombs

Gatunek: melodic black metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: 20 buck spin

Obsequiae wymyślili sobie interesujący patent na muzykę – połączyli płynącego blacka, podobnego do tego, jaki możemy usłyszeć na krążkach Summoning, z dźwiękami harfy i średniowieczną melodyką. Rezultat prezentuje się urzekająco, choć harfa najefektowniej wypada w akustycznych interludiach, jako kontrast do metalowych utworów, a nie jako ich składnik. W tych drugich, o ile w ogóle są, jej delikatne dźwięki giną pod warstwą przesterów. Zamierzony charakter buduje wtedy gra gitary wiodącej, która wije się w klasycyzujących zdobieniach, oraz wtórujący jej basista.

Te składniki są główną siłą Aria of vernal tombs i w ich brzmieniu zaklęte jest jej piękno. Wspomniane interludia same w sobie stanowią dzieło sztuki. Dodatkowo cieszy fakt, że garowy nie popada w blackową rutynę. Wykazuje się inwencją, a nie po prostu włącza pralkę na autopilocie, ale i tak, niestety, zdarza mu się niszczyć dynamikę bezsensownym lutowaniem w bęben basowy. W zestawieniu z tak nastrojowymi partiami wiodącymi, trochę mnie to razi. Sferę instrumentalną dopełnia opatrzony głębokim pogłosem, dobiegający jakby z oddali wokal, ograniczający się do obowiązkowego skrzeku, ale charyzmatyczny i wystarczająco wyrazisty, by chwilami przydać numerom wręcz piosenkowych walorów.

Dzięki średniowiecznym motywom przewodnim, muzyka zawarta na płycie jest bardzo melodyjna, a jednocześnie, mimo black metalowych elementów, ma w sobie coś urokliwego i kojącego. Gitarowe i harfiane ornamentacje w poszczególnych utworach są do siebie dość podobne, co powoduje, że trudno wskazać mi tu jakieś prawdziwie wyjątkowe momenty, ale przez trzy kwadranse obcowania z Obsequiae, monotonia nie daje się we znaki. Polecam na zimowy wieczór sesję z lampką wina i Aria of vernal tombs płynącą ze słuchawek.

Ocena: 8/10

Profil bandcamp

19:54, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 stycznia 2016
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2015

Mimo, że na Irkalli życie toczy się powoli, ubiegły rok upłynął mi pod znakiem dość intensywnego słuchania różnych fajnych płyt i skomponowanie „top 10” wcale nie było łatwe i oczywiste. Z biegiem lat, zapewne wskutek swobodniejszego przepływu informacji i łatwiejszego dostępu społeczeństwa do porządnego sprzętu muzycznego, coraz istotniejszy jest na scenie metalowej głos kapel „garażowych”, nie związanych z dużymi wytwórniami. To z kolei powoduje, że niemal co dzień można odkryć coś naprawdę ciekawego. Oczywiście, do historii przejdą nieliczni, jednak już sama możliwość nieustannego eksplorowania muzycznych horyzontów bardzo mnie cieszy i choć ostatecznie do czołówki poniższego zestawienia trafiły relatywnie duże nazwy, kilka odkryć również się załapało. Kto więc podbił moje serce w ciągu ostatnich 12 miesięcy?

Blind Guardian - Beyond the red mirror1. Blind GuardianBeyond the red mirror.
Spośród wszystkich weteranów niemieckiej sceny power metalowej (których byłem wiernym słuchaczem jakieś 10 lat temu), tylko Blind Guardian wciąż mają coś do powiedzenia i nie zadowalają się przeżywaniem na nowo wspomnień ze złotych czasów swojej kariery. Jednocześnie, to co robią, robią doskonale. Beyond the red mirror to ich najlepsza płyta od czasu A night at the opera. Jest epicka, teatralna i wypełniona świetnymi, niebanalnymi kompozycjami. Ostatecznie, całokształt wrażeń z nią związanych pozwala mi wybaczyć jej kiepską produkcję i przyznać pierwsze miejsce na liście. Recenzja tutaj.

Paradise Lost - The plague within2. Paradise LostThe plague within.
Ponurzy Brytyjczycy na nowo podbili serca metalowej gawiedzi. I nic dziwnego! The Plague within jest wypadkową ich wszystkich dotychczasowych dokonań – wydobyta z mroków lat 90. surowość pierwszych trzech płyt otrzymała zaraźliwy, piosenkowy szlif charakterystyczny dla późniejszych krążków. Poszerzanie horyzontów Nicka i Grega w szeregach bardziej ekstremalnych kapel (Vallenfyre, Bloodbath) również pomogło materiałowi, który dzięki temu zyskał na niewymuszonym ciężarze i ogólnej aktualności. The plague within i Beyond the red mirror lądują w tym zestawieniu niemalże ex aequo. Guardiani zwyciężają przez mój osobisty sentyment.

3. ClutchPsychic warfare.
Dobry, porządny hard rock jest jednym z istotnych składników mojej muzycznej diety i cieszy mnie, że raz na parę lat ukazuje się w tym rozległym gatunku naprawdę doskonały krążek, który jednocześnie pokazuje fucka modom, nie stara się być post, nu, garage, indie, czy cholera wie czym. Psychic warfare urzekł mnie tym ponadczasowym duchem, chwycił za łeb od pierwszej nuty i dzięki genialnym numerom, trzymał do ostatniej. Przyznam, że prezentowane przez Clutch połączenie podlanego specyficznym humorem ZZ-topowskiego południowego grania z mastodonowym, metalawym podejściem bardzo mi pasuje i koniecznie muszę zorientować się w ich back-catalogu.

Steven Wilson - Hand Cannot Erase4. Steven WilsonHand.cannot.erase
Mistrzostwo koncepcyjnego prog rocka. Wilsonowi udało się utrzymać idealny balans między rozbudowanymi suitami, a prostszymi formami, a wszystko spleść w wybitnie wpijającą się w świadomość, spójną całość, na dodatek okraszoną perfekcyjnym wprost brzmieniem. Hand.cannot.erase wywołuje całą gamę emocji – jest smutna, a zarazem podnosząca na duchu, niepokojąca i radosna, refleksyjna, ale przede wszystkim po prostu przepiękna. Nie sposób opisać ten krążek w kilku krótkich zdaniach, powiem więc tylko, że na polu współczesnego rocka progresywnego trudno mi sobie wyobrazić dla niego konkurencję.

A Forest of Stars - Beware the sword you cannot see5. A Forest Of StarsBeware the sword you cannot see.
A Forest Of Stars zabierają słuchacza w psychodeliczną podróż, w atmosferze przywodzącej na myśl jakiś absyntowy wid, bądź misterium w przytułku dla obłąkanych, niesamowitej i pięknej, choć momentami przerażającej. Anglicy znajdują miejsce dla rozkręconej, brutalnej avant-blackowej jazdy czy klimatycznych postowych pejzaży i przeplatają je delikatnymi, akustycznymi partiami á la Pink Floyd, w których dodatkowo błyszczy niesamowita, natchniona melorecytacja w wykonaniu wokalisty. Beware the sword you cannot see okazało się perełką w morzu okołoblackowych produkcji, które w ubiegłym roku zalało scenę metalową.

6. MoonspellExtinct.
Dawno nie słyszałem Moonspell w tak dobrej, przekonującej formie. Nie żeby ich ostatnie kilka płyt było nie w porządku. Po prostu na Extinct osiągnęli perfekcyjną równowagę wszystkich składników i radocha płynąca z słuchania go jest ogromna. Recenzja tutaj.

7. Avatarium – The girl with the raven mask
Debiut Avatarium miał w sobie duży potencjał, ale brakowało mu autonomicznego charakteru, mimo że sama Jennie-Ann Smith swoim głosem potrafiła wywołać gęsią skórkę. The girl with the raven mask to już inna bajka. Edling z ekipą poszerzyli wachlarz środków wyrazu, dorzucili do mikstury dwa porządne killery, trochę soulu (absolutnie magiczny Iron mule), folku (Pearls and coffins), wszystkie kawałki nurzając w klasycznym doomie i wysmażyli płytę, która nie tylko pozwala przeboleć zapowiadaną emeryturę Candlemass, ale wprowadza na scenę nową, rozpoznawalną markę.

Leprous - The congregation8. Leprous The congregation
Tak, tak, wiem – marudziłem na tę płytę w recenzji, zarzucając jej głównie dłużyzny. Tak to jednak bywa z muzyką, że jak się już uleży i przegryzie, to koniec końców czasem trudno się od niej uwolnić. The congregation okazał się właśnie jednym z takich przypadków. A co do dłużyzn, dopiero Iron Maiden pokazali mi w tym roku, czym one naprawdę są i że byłem w tej materii czepialski względem Norwegów. Recenzja tutaj.

9. MardukFrontschwein.
Formuła Frontschwein plasuje się mniej więcej pośrodku odległości pomiędzy Panzer division, a Wormwood. Jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana kompozycyjnie od pierwszej, a jednocześnie bardziej zwięzła i bezkompromisowo brutalna od tej drugiej. W efekcie dostajemy dokładnie taką jak trzeba pigułę rasowego skandynawskiego blacka na słoneczne dni, które proszą się o to, żeby je zrujnować. Recenzja tutaj.

Akhlys - The dreaming I10. Akhlys – The dreaming I
Tyle wyszło amerykańskich blacków w ubiegłym roku! Niewątpliwie coś wartościowego się między nimi znalazło, nieprawdaż? Moim faworytem jest najnowsze dzieło Akhlys. Większość blackowego zła, które przypływa zza oceanu jest na tyle „klimatyczna” (nie wspominając o tych, inspirowanych Deafheaven), że traci na ciężarze i w efekcie brakuje jej niezbędnego pierdolnięcia. Autorom The dreaming I udało się stworzyć muzykę, która niewątpliwie nosi znamiona tego otchłannego, rytualnego podejścia, posiada przebijające mrok, jasne partie, a zarazem jest cholernie ciężka i gęsta. Naprawdę działa na wyobraźnię.

Na dobiegu:

1. Killing Joke - Pylon
2. Arcturus – Arcturian
3. Cattle DecapitationThe Anthropocene extinction
4. My Dying BrideFeel the misery
5. LocrianInfinite Dissolution

Wyróżnienie za produkcję:
GraveyardInnocence & Decadence. Mimo, że piosenki nie powalają (choć The apple & the tree, Exit 97 i Cause & defect są ze wszech miar zacne), płytka brzmi cudownie.

Wyróżnienie za okładkę:
KampfarProfan.

Kampfar - Profan

Najlepszy koncert:
Primordial w Warszawie.

Rozczarowanie roku:
Iron MaidenThe book of souls. Moje oczekiwania były najwyżej na poziomie kolan, a i tak Harrisowi i spółce nie udało się ich przerosnąć. Kicha.

niedziela, 15 listopada 2015
Top 20 piosenek 2015: Pierwsza dziesiątka

Choć do stycznia jeszcze trochę, od jakiegoś czasu chodził za mną pomysł na zestawienie moich ulubionych piosenek tego roku. Fakt, jeszcze może się coś pojawić (wciąż na przykład nie słyszałem International blackjazz socjety), ale niech tam, najwyżej będę uzupełniał. Przedstawiam rezultat tej selekcji – top 20, bo tyle wyszło, w kolejności dowolnej, acz rekomendowanej do odsłuchu:

  1. MoonspellExtinct (recenzja albumu). Tego numeru nie mogło tutaj zabraknąć. Jest wręcz idealnym kandydatem na otwarcie listy. Posiada esencję cech, za które lubię muzykę Portugalczyków. Genialnie przebojowy, z pewną dozą drapieżności, epickim klimatem i uroczo kiczowatym gotyckim charakterem. No i ten wokal... Mam poważny problem, żeby powstrzymać się od śpiewania razem z Fernando, za każdym razem, gdy słyszę „Before the lights go out…”.



  2. Leprous Rewind (recenzja albumu). Wyobrażam sobie, że powtarzane przez pięć minut frazy tego utworu mogą wywoływać u niektórych zgrzytanie zębów, ale ja nie mogę się od niego uwolnić. Właśnie tej piętrzącej się, zmierzającej nieuchronnie ku finałowej kakofonii pętli zawdzięcza swój neurotyczny sukces. No, a przy tym jest niemiłosiernie chwytliwy.



  3. GhostFrom the pinnacle to the pit. Co tu dużo pisać, Papa Emeritus i jego trzódka ghuli są mistrzami w komponowaniu soczystych hitów z pogranicza rocka i metalu. Na Meliora jest ich kilka, ale dzięki swej skoczności i ciekawemu podejściu do tematu Rogatego w lirykach, właśnie FTPTTP trafił na moją czarną listę.



  4. Paradise LostBeneath broken earth. Cóż za piękny numer w wykonaniu Paradajsów! Sunie jak walec, krusząc kości na proch i pozostawiając po sobie unoszący się w powietrzu stęchły pył. Takiego grobowego ponuractwa nie było słychać w ich muzyce od bardzo, bardzo dawna, a na dodatek, mimo smutniejszych niż zwykle min, nie zatracili nabytego pod koniec lat 90. wyczucia przebojowości.



  5. RomeOne fire. Piękna i niepokojąca to piosenka. Spokojna, lecz pulsująca wojennym beatem, z doskonałym śpiewem przywodzącym na myśl dokonania Fields of the Nephilim czy Tiamat. Metalu, ani nawet rocka za bardzo tu nie ma, niemniej po prostu nie mogłem o niej nie wspomnieć.



  6. AvatariumThe girl with the raven mask. Dla odmiany radosny doomowy (sic) kawałek. Za sprawą roboty instrumentalistów pod wodzą Leifa Edlinga, z powodzeniem pasowałby na przykład na Dehumanizera Sabbathów. Również Jennie-Ann Smith hipnotyzuje swoim głosem w nieco bardziej dynamicznym wydaniu, niż to, do którego przyzwyczaiła nas na debiutanckim krążku formacji.



  7. Kylesa – Shaping the southern sky. Te riffy i groove, ten wokal. Trochę pływania w opiumowych oparach z wyśnionymi wielorybami i zajebisty powrót do początkowego przyłożenia. Ot i recepta na sukces. Szkoda, że na całej płycie nie ma wiele więcej podobnie efektywnych manewrów – trochę za dużo opium, a za mało pomysłowego grania.



  8. Blind GuardianThe Throne (recenzja albumu). Trudno było mi wybrać jeden konkretny utwór z Behind the red mirror. Większość jest świetna. Padło na niego, ponieważ ma wszystko, za co lubię ten krążek i w ogóle najlepsze albumy BG. Jest epicki, rozbudowany, niebanalny i cieszy ucho nieśmiertelnymi melodiami. Nawet pomimo marnej produkcji – do niej już mnie Niemcy przyzwyczaili. Naprawdę nie wiem co oni sobie, u licha, wyobrażają!
  9. EnforcerBelow the slumber (recenzja albumu). Szwedzi przywołują ducha najlepszych dokonań Scorpionsów, Judasów i w ogóle całej sceny hard rockowo-metalowej z lat 80. Ten numer ma wszystko – chwytające za gardło partie w stylu klasycznych power-ballad, stylowo rozpędzoną środkową sekcję, chropawą atmosferę godną młodych buntowników w białych tenisówkach, a przede wszystkim całe wiadra przebojowości.
  10. Horisont – Odyssey. Lubię Rush. W związku z tym Odyssey, nawiązujący do klasycznych suit tegoż, z dodatkiem syntezatorowego galopowania a lá Blue Öyster Cult nie mógł mi się nie spodobać. Oczywiście, jest wtórny do bólu, ale słucha mi się go świetnie i nic na to nie poradzę.

Ciąg dalszy tutaj: Top 20 piosenek 2015: Druga dziesiątka

Top 20 piosenek 2015: Druga dziesiątka

Ciąg dalszy wpisu Top-20 piosenek 2015: Pierwsza dziesiątka.

  1. MardukRope of regret (recenzja albumu). Dla spragnionych porządnego pierdolnięcia – Marduk. Nic dodać, nic ująć. Jak zwykle, a może nawet bardziej, zamiata konkurencję aż miło.



  2. My dying brideFeel the misery. Wahałem się pomiędzy tym numerem, a And my father left forever. Zwyciężył znakomity, potężny riff, niosący tę posępną litanię. Może mi się wydaje, ale My Dying Bride nie uprawiało ostatnimi czasy podobnie ciężkiego, doomowego wioślarstwa. Poza tym, charakterystyczna melodia linii wokalu zostaje na długo w pamięci i nie daje się nie nucić. Gdyby nie słabiutka, anemiczna praca garów, byłby to skończony majstersztyk.



  3. Killing JokeI am the virus. Świeża porcja tanecznego, antyestablishmentowego grania w ultra nośnym wydaniu. Właściwie cała płyta (Pylon) naszpikowana jest potencjalnymi hitami, ale singlowy numer ma w sobie coś wyjątkowo wwiercającego się w świadomość, a przez to tym bardziej niepokoi swym apokaliptycznym klimatem.



  4. Lindemann – Yukon (recenzja albumu). Jak wynika z mojej recenzji sprzed kilku tygodni, dałem się kupić duetowi Lindemann / Tägtgren. Z perspektywy czasu, największą przyjemność sprawia mi słuchanie właśnie tej kiczowatej, melancholijnej w swój robotniczy sposób piosenki. W końcu chodzi tu o hity, czyż nie? Trudno o lepszy kawałek do tego miana.



  5. TribulationHoly libations (recenzja albumu). Jakiś czas temu marudziłem na tegoroczne wydawnictwo Tribulation. Mój umiarkowany entuzjazm w odniesieniu do całości zawartego na nim materiału nie przeszkadza mi cieszyć się kilkoma świetnymi numerami, w tym właśnie Holy libations. Uwielbiam jego delikatny, jazzowy wstęp, genialnie przechodzący w płynący główny riff oraz mistyczną, pachnącą kadzidłem atmosferę. Zawarte tu solówki są jednymi z najfajniejszych, jakie ostatnio słyszałem i dobitnie dowodzą, że sęk tkwi w pomyśle, a niekoniecznie w karkołomnej wirtuozerii.



  6. Royal ThunderForgive me, karma. Subtelny, skradający się utwór, którego siła tkwi w czarującym śpiewie Miny Parsonz i wyrafinowanym budowaniu napięcia. Kompozycyjne mistrzostwo i absolutna perełka na skądinąd całkiem dobrej płycie.



  7. ClutchSucker for the witch. Psychic warfare, najnowsza płyta Amerykanów, to istny łańcuch killerów i murowany kandydat do czołówki rocznego top 10. Mój wybór na potrzeby tego zestawienia padł na Sucker for the witch – nie mogę się nie uśmiechać, kiedy słucham jego tekstu w połączeniu z lubieżnym, southernowym klimatem. Po prostu cudo!



  8. SlayerAtrocity vendor. Slayer, jak mu przystało, morduje. Choć może już nie z takim bezlitosnym ogniem, jak onegdaj, jednak wciąż całkiem skutecznie. Atrocity vendor (nie do końca premierowy), niech służy za wizytówkę i krótki, dosadny list intencyjny do niewiernych.



  9. Cattle DecapitationNot suitable for life. Jest coś bardzo przerażającego w muzyce Cattle Decapitation. Może fakt, że, jak na grindcore’owców przystało, chłopaki swojej brutalnej energii nie przekuwają w abstrakcyjne piosenki o diabłach i demonach, lecz w złowieszcze, miażdżące kawałki o ludziach, stworzeniach zdolnych do najbardziej realnych potworności. Ta tematyka, ubrana w niepokojąco nośne, choć bezlitośnie ciężkie kompozycje, po raz kolejny robi piorunujące wrażenie, mimo że niestety, najnowszy krążek Amerykanów jest jakby nieco bardziej uczesany i bezpieczny od poprzednich.



  10. Iron MaidenEmpire of the clouds (recenzja albumu). No, cholera, nie mogło być inaczej. Niby cała płyta raczej ssie, nawet w obrębie samego tego utworu są mielizny, ale co najmniej jego pierwsze 10 minut (a to przecież kawał muzyki, niejeden zespół ukręciłby z tego EPkę!) jest najzwyczajniej w świecie niesamowite. Historia, klimat, uczucie, z jakim jest zaśpiewany i zagrany sprawia, że nie potrafię się od niego uwolnić i tym bardziej żałuję, że Bruce z kolegami tak fatalnie polegli na całości The book of souls.

sobota, 31 października 2015
Iron Maiden - The book of souls

Iron Maiden - Book of souls

Gatunek: heavy metal
Kraj pochodzenia: Wielka Brytania
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Parlophone

Nie obgryzałem paznokci w napięciu, czekając na nowe wydawnictwo Iron Maiden. Po genialnym Brave new world nie porwali mnie już żadną płytą. Na każdej kolejnej było coraz mniej i mniej dobrych numerów. Zawsze jednak uważałem tę zasłużoną ekipę za dość kreatywną, by była w stanie zmienić tę przykrą tendencję z powrotem na zwyżkującą. I z takim nastawieniem, może nie z niecierpliwością, ale z pewnym zainteresowaniem odpaliłem The book of souls. Nota bene, idea dwupłytowego albumu od początku budziła moje poważne wątpliwości – Dziewica od lat boryka się przecież z problemem dłużyzn. Wszelkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały więc porażkę rozdętą do granic wytrzymałości. Czy tym właśnie okazało się ich premierowe dzieło?

Biorąc pod uwagę całokształt, na pewno tak. Po pierwsze jednak jest to nieznośna, wkurzająca huśtawka – na każde muzyczne uniesienie przypada kilka kilometrów Rowu Mariańskiego. Co rusz trafiają się dobre fragmenty utworów, takie jak świetna pierwsza połowa If eternity should fail, intro i zwrotki The great unknown, charakterystyczna rytmika i melodyka riffów The red and the black czy stonowany Tears of the clown. Przyjemnie prezentuje się też przebojowy, singlowy Speed of light, o rozbujanym, hard rockowym charakterze. Na szczególną wzmiankę zasługują zwłaszcza dwie piosenki. Pierwsza z nich, tytułowa, jest jedyną tutaj naprawdę, w całości równą i mocną. Zaczyna się od delikatnego, charakterystycznego i relatywnie krótkiego wstępu, by po chwili przejść w mroczną, ciężką, kroczącą sekcję z efektowną melodią w zwrotce i podniosłym refrenem, a następnie ruszyć do porządnego maidenowskiego galopu, okraszonego epickimi wokalami.  Inna perełka, choć niestety nie idealna, to wieńcząca wydawnictwo suita Empire of the clouds. Przez pierwsze osiem minut czaruje wprost cudownym klimatem, emanuje prawdziwym uczuciem, z jakim Bruce śpiewa o tragicznym dziewiczym locie angielskiego sterowca R101, przy nieustannie ewoluującym akompaniamencie chwytającej za serce melodii. Byłaby to genialna ballada na zakończenie tej przyciężkiej podróży, gdyby nie fakt, że niebawem dociera do ostrzejszej partii, a ta, nie dość, że zdaje się ciągnąć w nieskończoność, to jeszcze ostatecznie zrujnowana została fatalnymi liniami wysokich wokali. Krótko mówiąc, osiem minut niepotrzebnej muzyki, nadającej się do kosza.

I tu dotarłem do dwóch głównych bolączek The book of souls, wyzierających z każdego kąta, przez co w ostatecznym rozrachunku trudno mi znaleźć na płycie więcej niż jeden kompletnie satysfakcjonujący numer. Pierwsza z nich jest oczywista dla wszystkich, którzy mieli styczność z ostatnimi trzema płytami Maiden, oprócz, jak widać, samych ich autorów. Mam wrażenie, że dwie trzecie albumu stanowią beznadziejne, wkurzające i nikomu niepotrzebne dłużyzny! Po jaką cholerę zapętlać refren do If eternity should fail pierdylion razy w drugiej połowie piosenki?! Komu potrzebne jest dodatkowe siedem minut The red and the black, gdzie każdy wioślarz po kolei serwuje swoją solówkę, a cały utwór zdaje się być odegrany ponownie, wstecz i bez Bruce’a? I na co zaczynają go i kończą te idiotyczne klamry w postaci nieporadnego motywu na basie? Panowie naprawdę muszą znaleźć w sobie zatracone po drodze, w gąszczu wybujałych ego wyczucie, bo inaczej jedyne uznanie, jakie im pozostanie, pochodzić będzie od promotorów nalepiających naklejki na pudełka ich krążków.

Druga kwestia, która stała się widoczna już na The final frontier, a tutaj nie daje mi cieszyć się sporą częścią nawet tych ogarniętych kompozycyjnie numerów, to niestety fatalny wokal w wysokich partiach. Weźmy refren When the river runs deep albo The great unknown. To przykre, ale Dickinson brzmi, jakby straszliwie męczył się i wysilał, by dać radę kompozycyjnym górkom. Momentami działa to na mnie podobnie do zgrzytu kredy po tablicy. Na dodatek wtedy kuleje również jego dykcja, w efekcie czego wszystkie samogłoski brzmią identycznie. Irytuje mnie to zwłaszcza w zestawieniu z niższymi liniami, gdzie nadal wypada świetnie – śpiewa w sposób zróżnicowany, czasem łagodny, czasem posępny, zjadliwy bądź podniosły i teatralny, słowem, jak Bruce Bruce, którego wszyscy kochają i który jest żywą legendą sceny rockowo metalowej.

Mam na koncie ładnych kilka przesłuchań The book of souls, co samo w sobie świadczy o tym, że jakaś magia musi się w niej kryć. W końcu jedna taka sesja trwa półtorej godziny, a ile wolnego czasu na słuchanie słabej muzyki może mieć dziś pracujący człowiek? Szkoda, że te naprawdę fajne momenty zagrzebane są pod dziewięćdziesięciominutowym zwaliskiem szrotu i poprzetykane trudnymi do przełknięcia bublami, bo nawet wywalenie z playlisty słabszych numerów nie pomaga poskładać z pozostałych słuchalnej esencji. Iron Maiden wciąż ma potencjał i nadal wierzę w nich bardziej, niż choćby w celebrytów z Metalliki. W najlepszych momentach, takich jak wspomniane w pierwszych akapitach recenzji, bez mrugnięcia okiem deklasują większość konkurencji, by za chwilę pogrążyć się w otchłani jakiejś twórczej demencji. Od lat szarpią się z własnymi ambicjami i niestety wygląda na to, że są zadowoleni z rezultatów tej walki. Naprawdę życzę im, żeby się ocknęli.

Ocena: 5/10

Speed of light w youtube

22:30, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2015
Fear Factory - Genexus

Fear Factory - Genexus


Gatunek: industrial metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Nuclear Blast

Trudno spodziewać się po Fear Factory jakichś rewolucji czy przełomowego dzieła. Amerykanie od wczesnych lat kariery budują swoją muzykę na kilku, tych samych, charakterystycznych patentach, zaś od czasu ponownego zjednoczenia duetu Bell – Cazares trzy krążki temu, ucieklają się do bezpiecznego nagrywania w kółko klonów kultowego Demanufacture (z domieszką Obsolete) i tak sobie jadą na wyrobionej marce. Nie chce się zbytnio chłopakom nawet wymyślać okładek.

Na Genexus dostajemy więc ponownie set standardowych kawałków, opartych o rytmiczne, rwane riffy na jednej strunie, serwowane w nieśmiertelnym stylu Dino, mechanicznie zsynchronizowane z karabinową  pracą perkusji, podczas gdy Burton częstuje nas swoim krzykiem, na przemian ze znajomym czystym śpiewem, z roku na rok coraz bardziej ciążącym w kierunku ładnego, przyjaznego popu. Mikstura ta oczywiście unurzana jest w gęstym smarze sampli i klawiszy. Podobnie jak w hollywoodzkim kinie akcji - skoro w warstwie artystycznej nie ma czego się doszukiwać, to przynajmniej CGI i strzelaniny, a w przypadku albumu refreny i ogólna produkcja, powinny trzymać poziom. Tutaj Fear Factory radzą sobie przyzwoicie, choć nieustannie irytują nachalną wtórnością, by nie rzec: wsuwają własny ogon, aż im się uszy trzęsą. Pierwsza połowa krążka przyjemnie walcuje: numery od Autonomous combat system (Demanufacture), przez singlowego nu-metalowego Soul hackera (What will become?), po Genexus (Shock) to porządne, fabryczne big maki, prosto z taśmociągu – wysokokaloryczne i dobrze doprawione polepszaczami, choć, rzecz jasna, złożone głównie z tworzyw sztucznych.

Później wprawdzie niewiele się zmienia, a jednak pojawiają się momenty, kiedy cukierkowa maniera Bella zaczyna mnie po prostu wkurzać. Z nostalgią wspominam czasy, gdy ciarki chodziły mi po plecach przy majestatycznych, posępnych Zero signal, Pisschrist (Where is your savior now?...) i Resurrection. Zwłaszcza refren Battle of utopia ciężko mi znieść. Regenerate też ma w sobie to coś, zaś materiał siada zupełnie w finałowym Expiration date, który miał być klimatyczny, a wyszedł nijaki i za długi. Ciekawym dodatkiem jest natomiast wycieczka do klimatów Remanufacture w postaci bonusowego remiksu piosenki tytułowej. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby panowie w przyszłości pozwolili sobie znów na eksperyment z bardziej elektronicznym industrialem. Byłby to niewątpliwie powiew świeżości, mocno potrzebny ich wyeksploatowanej formule. Drugi numer ekstra to Enchanced reality, dla odmiany przypominający brzmieniem solowy projekt Burtona – Ascension of the Watchers. Też w sumie przyjemna rzecz – mogłaby spokojnie zająć miejsce Expiration date jako zamknięcie podstawowej stawki.

Słucham Genexus bez bólu, ale i bez podniety. Andoized nieźle sprawdza się na samochodowym składaku, ale ani on, ani żaden inny kawałek na płycie, nie ma szans wpisać się w kanon choćby fearfactorowych hiciorów, nie mówiąc o jakimś uniwersalnym zestawieniu. Za bardzo to wszystko ograne i zbyt mało pomysłowe – ewidentny produkt seryjny stworzony dla podtrzymania słabnącej świadomości istnienia grupy wśród metalowej publiki.

Ocena: 6/10

Dielectric w youtube

czwartek, 20 sierpnia 2015
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień czwarty.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień trzeci.

Tegoroczny rozkład koncertów tak się ułożył, że sobota nie obfitowała dla mnie w szczególne atrakcje. Końcówka dnia zapowiadała się na tyle mało ciekawie, że postanowiliśmy z Ereshkigal zabukować sobie wcześniejszy powrót do hotelu i olać rodaków z Vader i Outre, a także funeralowy Esoteric. Nauczony doświadczeniem poprzednich lat wiedziałem, że po prostu nie starczy mi entuzjazmu by cieszyć się tymi ostatnimi występami, z których żaden szczególnie mnie nie podniecał. Ostatecznie mam nauczkę, bo jak się okazało po przybyciu do Josefova, Ne Obliviscaris, który dla odmiany chciałem zobaczyć, zamienił się miejscami z Outre i miał pojawić się na scenie dopiero o drugiej w nocy. Nie udało mi się na nich dotrzeć, obejrzałem za to sztukę  Krakowiaków. Fajnie i oryginalnie zagrali, chociaż black metal generalnie nie najlepiej wypada w pełnym świetle dnia, które odziera go z mile widzianych oparów mistycyzmu. Samym muzykom też zdaje się nie w smak była ta roszada, bo co rusz dawali świadectwo wkurwienia, rzucając teksty typu „Fuck humanity!”. A może, co też bardzo prawdopodobne, jest to po prostu ich standardowa gadka.

Procession

W międzyczasie zawitałem pod główną scenę na występ zastępujących odwołany Trouble Chilijczyków z Procession, których mozolny, epicki doom zwrócił moją uwagę jakiś czas temu przy okazji premiery ich najnowszego krążka. Ucieszyła mnie informacja z ostatniej chwili, że wskoczyli w skład festiwalu. Osoby, które, tak jak ja, wiedziały kto zacz, nie mówiąc już o znajomości tekstów, stanowiły przytłaczającą mniejszość wśród publiczności, więc reakcja tłumu była zdecydowanie drętwa, co zauważyli kilkukrotnie sami, nieco zrezygnowani i wymęczeni bezlitosną spiekotą muzycy. Niemniej fajnie, że udało mi się usłyszeć To reap the heavens apart i Conjurer, na żywo brzmiące zaskakująco surowo i ciężko.

W namiocie rozstawiły się zaś kolejne ofiary pory dnia, Carach Angren. Oni już zdecydowanie do pełnej skuteczności potrzebowali odpowiedniej aury. Wymuskane corpse painty, maski, gotyckie ciuchy i zdobiące scenę kościotrupy sprawiały wrażenie zupełnie wyrwanych z kontekstu. Tak czy inaczej, przyjemnie się słuchało około blackowych piosenek z pogranicza Dimmu Borgir i Cradle of Filth i chętnie kiedyś wybiorę się na klubowy show w ich wykonaniu. Wokalista i mistrz ceremonii, o ksywie Seregor, niewzruszony niesprzyjającymi warunkami i powoli spływającą z twarzy farbą, wczuł się w swoją rolę upiornego narratora i zachowywał się niczym na deskach teatru, gestykulując i przyjmując makabryczne pozy.

Przegapiłem Demilich i powróciłem pod małą scenę na niemetalowy, prezentujący twórczość z okolic Nicka Cave’a Rome. Sympatyczni, choć zupełnie „aklimatyczni” panowie stanowili nie lada rodzynkę, dość rzadki powiew odmienności w brutalowym składzie. Mają na koncie kilka bardzo ładnych utworów, w stylu A farewell to Europe i This silver coil, które popłynęły tego dnia z głośników, ale sądząc po reakcji, nie zdołali wzruszyć widowni. Mogliby zainwestować choć odrobinę sił w wykreowanie jakiegokolwiek scenicznego image’u, bo obecnie zdecydowanie lepiej słucha się ich z ograniczeniem do fonii, czyli z płyt. Niestety, niemalże akustyczny set wystawił na próbę umiejętności adaptacyjne inżynierów dźwięku i pozostawił, przynajmniej u mnie, zauważalny pisk w uszach. Ciekawe, zważywszy, że przez trzy ostatnie dni słuchałem prawie wyłącznie ekstremalnego metalu.

Trochę później tego dnia wybrałem się na koncert jednej z gwiazd festiwalu, czyli Cradle of Filth, będąc ciekawym scenicznej formy legendy gotyckich ekscesów, a zarazem ostatniego oryginalnego członka kapeli, a mianowicie Daniego Filtha. Artyści weszli na scenę z obowiązkową pompą, a sam frontman, wymalowany i w skórzni przyozdobionej lśniącymi, czarnymi kolcami, dwoił się i troił, złorzeczył i rzucał uszczypliwe zaczepki, żeby rozruszać dość niemrawą publiczność. Jego charakterystyczny pisk zdawał się wymagać dużego poświęcenia i odniosłem wrażenie, że efekt finalny tegoż był wypadkową jakichś cwanych sztuczek w wykonaniu dźwiękowca. Manewr ten serwowany znienacka,  a capella pomiędzy utworami, brzmiał bowiem niczym pisk opon na wyślizganej betonowej posadzce. Muzycznie koncert wypadł nieźle. Choć zdarzały się trudności techniczne, zespół ma w zanadrzu wystarczającą ilość klasycznych hitów, żeby w końcu zmusić widownię do rozhuśtania niewielkiego circle-pitu. Usłyszeliśmy oczywiście Her ghost in the fog, który okrojony z partii Sarah Jezebel Devy okazał się chwilami trudny do zidentyfikowania, poleciał Cthulhu dawn, Cruelty brought three orchids i „old skuuul”, jak zapowiedział Dani, Summer dying fast. Z nowszych albumów, panie mogły posłuchać dedykowanego im Nymphetamine fix, a cała reszta, zaczerpniętego z Godspeed on the devil’s thunder Honey and sulfur i pochodzącego z udanego ostatniego krążka Red wing of the garden triptych.

Kredki mam zaliczone, ale rewelacji nie było.

Cradle of Filth

Tak się złożyło, że w wyniku pomyłki w planowaniu dnia nie udało mi się dotrzeć na Anaal Nathrakh. Ich koncert mógł być jedyną tego dnia okazją do porządnego wyhasania się, a tak, około pół godziny po północy zwinąłem manatki i pożegnałem twierdzę w Josefovie, jak również ostatni wieczór beztroskiego bumelanctwa. Gdyby nie iście piekielna temperatura, niewątpliwie udałoby mi się aktywniej i z większym entuzjazmem uczestniczyć w koncertach, z drugiej jednak strony, z dwojga złego, lepszy nieubłagany upał niż nieprzerwana ulewa, jaka gnębiła uczestników podczas pierwszej edycji Brutala, w której brałem udział. Mam szczerą nadzieję, że skład przyszłorocznej imprezy ponownie okaże się wystarczająco interesujący, żeby chciało mi się zainwestować w bilet i odwiedzić Czechy. Czekam z niecierpliwością do zimy, kiedy to pojawiają się na stronie brutalassault.cz pierwsze nazwy potwierdzonych kapel.

Wszystkie zdjęcia wykonane przez Namtara.

20:31, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień trzeci.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień drugi.

Piątek rozpocząłem zawitawszy pod sceną tuż przed koncertem Krisiun, których dorobku nie znam zbyt dobrze, ale parę lat temu ich przedostatnia płyta, The great execution, całkiem przypadła mi do gustu. Brazylijczycy solidnie przyłoili. Sekcja rytmiczna zabrzmiała ciężko jak młot pneumatyczny, a starszy z braci Kolesne riff za riffem serwował tradycyjne, smakowite deathowe motywy. Nie potrafię rozpoznać konkretnych numerów, niemniej łeb sam się rwał do machania i po chwili na rozgrzanym klepisku zaroiło się od galopujących w kółko metalowców. Była to dobra okazja by trochę rozruszać kark, a przy okazji załapać się na rewelacyjny prysznic w wykonaniu strażaków.

Krisiun

W przerwie pomiędzy Krisiun, a następną planowaną wizytą pod scenami postanowiłem sprawdzić, jak smakuje okolicznościowy brutalowy browar, wchodzący w skład niewielkiej serii różnych chmielowych napitków, serwowanych tego roku podczas imprezy. Udałem się więc do jednego z barów, urządzonych w murach twierdzy. Okazało się, że jest to całkiem niezły, wysokoprocentowy trunek, przywodzący na myśl belgijskie piwa klasztorne. Smakowała mi również ciemna, polecana ponoć dla gotów odmiana Budweisera, o lekko kawowej nucie, trochę w stylu Guinnessa. Nie próbowałem natomiast efektownego, mrożonego, zdaje się, ciekłym azotem Cryo – około dziesięciu euro uważam, mimo wszystko, za cenę zaporową za niewielki kielonek piwa. Muszę przyznać, że proponowane przez sponsora imprezy menu jest fajną odmianą od standardowego, wprawdzie taniego jak barszcz, lecz rozcieńczonego pilsa, dostępnego w większości nalewaków.

Trochę później zjawiłem się ponownie pod sceną, przed koncertem Brujerii. Nie da się ukryć, że jest to ciekawe zjawisko – dowodzona przez dwóch meksykańskich zakapiorów banda, w której skład wchodzą różni popularni metalowi muzycy, pozornie zupełnie niedopasowani do klimatu rodem ze slumsów Mexico City. Na deskach, u boku Juana Brujo i jego kumpla, którego trudno mi zidentyfikować, pojawili się tym razem Shane Embury, Jeff Walker i jeden z braci Erlandsson. Występ uatrakcyjniała wystylizowana w sposób dopasowany do reszty grupy, wyposażona w pejcz dziewczyna, zwana Pititis. Nawiasem mówiąc, w przeszłości przez skład kapeli przewinęły się też takie postaci jak Mike Patton, Dino Cazares, Tony Laureano, Nick Barker czy Tony Campos. Ich przetykany hiszpańskojęzyczną partyzancko-gangsterską gadką wulgarny, punkowy grindcore, prezentujący się na żywo niczym kaleczący uszy, niechlujny jazgot nie za dobrze mi wszedł. Na domiar złego front płyty zajęli środkowoamerykańscy przyjaciele zespołu w maskach luchadores, którzy raz po raz rozpościerali flagi i głównie zajmowali się wrzeszczeniem do siebie nawzajem. Po kilku kawałkach wycofałem się pod drugą scenę, na której stroił się Primordial. Byłem spragniony chłodnej, dostojnej, europejskiej muzyki.

Koncert Irlandczyków wypadł standardowo świetnie. Jak zwykle za krótki i jak zwykle w niesprzyjającym świetle dnia, wchłonął mnie bez reszty. Główna w tym oczywiście zasługa wybitnie charyzmatycznego, niepodzielnie władającego publicznością frontmana, który z przejęciem wieszczył zagładę cywilizacji. Odniosłem wrażenie, że w bardziej niż zwykle zdesperowanym tonie zwracał się do słuchaczy i gdyby nie był łysy, z pewnością garściami rwałby sobie włosy z głowy. Wygląda na to, że z latami doszlifowuje swoje umiejętności aktorskie. Primordial z płyty na płytę wzbogaca pulę swoich żelaznych przebojów o kolejne doskonałe numery. Poza tradycyjnymi już Empire falls, As Rome burns, Coffin ships i No grave deep enough, setlistę zasiliły Where greater men have fallen i Wield lightning to split the sun z ich najnowszego wydawnictwa.

God Dethroned

Po niespełna godzinnym spektaklu miałem nieco zdarte gardło, należało więc zwilżyć je porcją Budweisera i skierować się pod małą scenę, gdzie szykował się jeden z bardziej wyczekiwanych przeze mnie składów tej edycji, czyli przywrócony na tę okazję z niebytu holenderski God Dethroned. Muzycy, jak przystało na klasycznych deathowców, nie bawili się w przebierańców, wystąpili w t-shirtach, ozdabiając jedynie scenę ustawionymi z boków czarno-białymi odwróconymi krzyżami. Henri Sattler, lider kapeli, z dystansem, bez zbędnej szopki, zapowiadał utwory z różnych etapów jej dyskografii. Rozpoczęli od sztandarowego Hating life z idealnym do skandowania fragmentem: „Serpent king… I hate you!”. Niestety widownia nie wtórowała chóralnie. Bądź co bądź, Holendrzy nie należą do grona najpopularniejszych przedstawicieli gatunku, toteż niewiele osób na sali znało ich teksty. Ze starszych kawałków poleciały między innymi jadowite Boiling blood, Villa Vampiria i epicki Soul Capture 1562, za to ze świeższych, No man’s land, Fire storm i Through byzantine hemispheres. Więcej grzechów nie pamiętam, ale wyszedłem usatysfakcjonowany. Lubię ten ich bluźnierczy, przebojowy i ciężki jak oddział konnicy, zaprawiony blackiem death metal i mam cichą nadzieję, że tegoroczna trasa może być również zapowiedzią przyszłego wydawnictwa.

Innym zespołem, którego obecność przyciągnęła mnie na dwudziestego Brutala był Killing Joke. Po ogłoszeniu rozpiski koncertów, ze zgrozą zauważyłem, że show tej brytyjskiej legendy pokrywa się właśnie z God Dethroned, jednak, na szczęście lub nieszczęście, dylemat rozwiązał się sam, bowiem  Anglicy odwołali trasę. Na ich miejsce wskoczyli Candlemass z wymienionym wokalistą i akurat zdążyłem załapać się na końcówkę ich występu. Bardzo miły akcent, bo ostatnie co zagrali to Gallows end i Solitude – dwa największe szlagiery, jakie wyszły spod ich pióra, dzięki czemu jeszcze trochę sobie pośpiewałem stojąc na tyłach tłumu zebranego pod sceną. Swoją drogą, Mats Leven sprawdza się za mikrofonem zupełnie dobrze – brak mu może skali Messiaha i Lowe’a, ale jest otrzaskanym profesjonalistą i również dysponuje potężnym, heavy metalowym gardłem. Z naturalnej trybuny – obstawionego ławkami pagórka, obejrzałem koncerty świętującej trzydziestolecie istnienia Sepultury oraz Death To All, czyli tribute bandu Death, złożonego z byłych muzyków tegoż. Chwilowo skupiłem się jednak na regeneracji sił i nie poświęciłem obu koncertom należytej uwagi, wobec czego nie będę się na ich temat produkował.

Godflesh, choć klimatyczny, na żywo wypada nudno jak flaki z olejem, za to zaraz po nim na sąsiednią scenę wtoczyła się dywizja pancerna Marduk. Tempeartura od razu jakby spadła o kilka stopni i  szwedzka ikona black metalu wychłostała publiczność aż wióry leciały. Odegrali cały Panzer division Marduk – około trzydziestopięciominutowy historyczny album, prezentujący się niczym monolityczna, najeżona zardzewiałymi gwoździami ściana dźwięku. Utwory składające się nań różnią się jedynie wywrzaskiwanymi tytułami, pełniącymi rolę refrenów, ale i tak było zajebiście – głośno, wściekle i do bólu mizantropijnie, czyli jak przystało na tych skandynawskich obdartusów. Po tym, jak przebrzmiały ostatnie nuty Fistfucking God’s planet, zespół nieznacznie zmniejszył obroty i przeszedł do krótkiego przeglądu najnowszych kompozycji, to jest do Wartheland i The blond beast z niedawnego Frontschwein. Nie wiem, czym zamknęli wieczór, bo popędziliśmy z Ereshkigal do namiotu, aby zdążyć na wieńczących dzień Dodheimsgard, których gig już parokrotnie nas ominął.

Marduk

Niestety, okazałem się nieczuły na sztukę owych dziwaków z Norwegii, mimo tego, że wiodący prym na deskach Aldrahn urozmaicał występ nietuzinkowymi wygibasami á la szalony mim. Jego nijakie wokale stanowią kulę u nogi dla pokręconej i intrygującej muzyki i zdecydowanie mi nie leżą. W związku z chłodnymi odczuciami, nie pchałem się już tego wieczoru pod scenę, tym bardziej, że niedługo odjeżdżał nasz rozśpiewany autobus do Hradec Kralove.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień czwarty.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

20:26, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień drugi.

Dr living dead

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień pierwszy.

Czwartek znowu przywitał mnie nieprzejednanym upałem. Z cienia wyszedłem na Dr Living Dead – fajną młodą kapelkę ze Szwecji, prezentującą rasowy, gęsty thrash z okolic Slayer, z ulicznym zacięciem Anthrax. Muzycy po krótkiej walce z technicznymi przeciwnościami, rozpętali naprawdę przyzwoitą jatkę. Ubrani w nieodzowne maski-czaszki i bandany biegali i skakali po scenie, kosząc seriami klasycznych riffów, rozgrzewając i tak uprażoną publiczność z entuzjazmem, który musiał się udzielić. Znam tylko ich ostatnią płytę, z której zidentyfikowałem numer tytułowy, Civilised to death i TEAMxDEADx. Pozostałe kawałki zasadniczo niewiele się od nich różniły. Mimo temperatury, pod sceną rozkręcił się imponujący, oldskulowy circle-pit, który zważywszy dodatkowo na wczesną godzinę, nie mógł nie ucieszyć mistrzów ceremonii.

Po występie Szwedów nastąpiło parę godzin chowania się przed gniewem słońca niezwyciężonego w oczekiwaniu na następny show. Wykorzystałem ten czas na zwiedzenie z przewodnikiem kazamatów twierdzy. Króciutki spacer w ciemności, z latarnią w ręku, jakkolwiek nie był powalająco interesujący, stanowił okazję do ożywczej zmiany otoczenia.

Kultowy Arcturus niestety marnie zaprezentował się na scenie. Muzykom, a zwłaszcza frontmanowi, wyraźnie skwar dał się we znaki. Vortex, wierny formule, wystąpił w obowiązkowym mundurze roboczym, skórzanej masce i czapce. Musiało mu być gorąco jak jasna cholera i było to widać i słychać. Za każdym razem, podczas koncertów z jego udziałem, wydaje mi się, że nie potrafi kontrolować swojego głosu i odpływa w niezbyt pożądanych kierunkach. Tym razem zaś, dodatkowo, odniosłem wrażenie że się męczy i ma ochotę teleportować się zupełnie gdzie indziej. Dajmy na to, do chłodnej Norwegii… Wyszło do tego stopnia kiepsko, że miałem trudności z rozpoznawaniem poszczególnych piosenek, które znam w miarę nieźle. Dopiero po koncercie Ereshkigal uświadomiła mi na przykład, że grali Nightmare heaven z Sham mirrors. Poza tym usłyszeliśmy kilka numerów z nowej płyty i Chaos path z La masquerade infernale.

Enslaved

Po zejściu steampunkowych piratów ze sceny, jednym okiem przyglądałem się występowi Asphyx, w oczekiwaniu na Enslaved. Dla drugiej tego dnia norweskiej hordy harmonogram imprezy okazał się nieco łaskawszy, grali bowiem przy nadchodzącym z wolna zmierzchu, a poza tym nie bazują aż tak na otoczce, której sprzyja mrok i praca oświetleniowca. Z niejakim zdziwieniem stwierdziłem, że autorzy coraz bardziej klasycznie prog metalowych wydawnictw, takich jak In times czy Riitiir, wypadli na żywo zajebiście ciężko. Wgnietli w ziemię setem zahaczającym nawet o Hordanes land, ale zogniskowanym na utworach utrzymanych w ich bardziej teraźniejszej stylistyce. Zaprezentowali więc numery z premierowego wydawnictwa, ale też z Axioma: ethica Odini, Ruun i Below the lights Wyszedł z tego profesjonalny, porządny gig bez zbędnego pierdolenia – jeden z lepszych, które widziałem podczas tegorocznej edycji festiwalu.

Zaraz po występie Ivara, Grutle i spółki, przeszedłem się pod sąsiednią scenę, aby zakosztować trochę rozrywkowego deathu w wykonaniu dream teamu ze Szwecji, czyli Bloodbath. Przy okazji ciekaw byłem, jak wypadnie w roli odmiennej od swego emploi Nick Holmes, znany w końcu z dość powściągliwych formalnie sztuk z macierzystą kapelą – legendarnymi Paradise Lost. Instrumentaliści wyszli na deski ubrani w umorusane skóry, skąpani we krwi, zaś wokalista zaprezentował się w uwalanej ziemią sutannie, z odwróconym krzyżem na szyi i z długą, rozczochraną brodą, do której dziwnie pasowały tkwiące na nosie lśniące aviatory. Nick wyglądał i zachowywał się jak rasowy, memłający sztuczną szczękę dziad, co bardzo pasowało do jego suchego growlingu, który ostatnio znów uskutecznia. Muzycznie Bloodbath przetoczyli się po publiczności w serii miażdżących, skrojonych na miarę przebojów, zaopatrzonych w indukujący headbanging groove jak i w napędzające moshpit kanonady blastów. Jak należało się spodziewać, pograli trochę utworów z nowej płyty, ale nie zabrakło też starszych – choćby przebojowego So you die z debiutu, czy kończącego set, absurdalnego Eaten.

Bloodbath

Po niedługiej przerwie nadszedł czas na koncert Kreator. Niemcy ponownie pozamiatali publiczność Brutal Assault swoim bojowym, ciężkim, choć niezwykle przebojowym thrashem. W tle zawisła znacznych rozmiarów flaga przedstawiająca jakiegoś skrzydlatego demona, a na scenie stanęły ekrany, na które rzucano grafiki zdobiące (czy na pewno?) okładki kolejnych płyt, także całe pole widzenia zdominowane zostało przez bohaterów spektaklu. Jako że nie znajdowali się akurat w trasie promującej nowe wydawnictwo studyjne, set okazał się nieskrępowanie przekrojowy. Weszli na Enemy of God, po czym cofnęli się w czasie do Terrible certainty, by za chwilę rozruszać publiczność hiciorowym, prościutkim Phobia z najbardziej chyba pogardzanego przez fanów albumu, czyli Outcast. Po raz kolejny okazuje się, że to, co na płytach budzi niesmak, w warunkach koncertowych nierzadko sprawdza się wyśmienicie. Potem znowu poleciały historyczne kawałki – Awakening the gods i Endless pain, a po nich seria nowszych, lecz ani na jotę nie odstających od reszty towarzystwa, Warcurse, Phantom antichrist, Hordes of chaos i Violent revolution. Bez dwóch ostatnich nie może się już obejść żaden show tych niemieckich wyjadaczy. Rzadko zdarza się, żebym w domowym zaciszu raczył się Kreatorem, ale na muzyczną imprezę jest to materiał trudny do przebicia i ponownie bawiłem się przy nim genialnie. Dla mnie był to tegoroczny gig numer jeden.

Ani trochę nie żałowałem straconego koncertu Agalloch, których dla odmiany wolę słuchać z płyt niż spod sceny, za to postanowiłem zerknąć na swoiste kuriozum w metalowym światku, jakim jest Sunn O))). Niestety nic nie paliłem, w związku z czym ich spektakl, podziwiany ze sporej odległości, nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Może gdybym dotarł pod barierki, udałoby mi się wkręcić w sugestywną atmosferę, którą tworzą za sprawą swojej paramuzycznej mantry.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień trzeci.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

20:21, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień pierwszy.

Dwudziesta edycja Brutala była ósmą w mojej karierze. Szczerze mówiąc, już parę lat temu wahałem się, jechać, czy nie jechać, bo większość interesujących mnie kapel gościła w twierdzy kilkukrotnie od 2008 roku i powoli cała impreza mocno mi się ograła. W końcu przekonał mnie skład, a poprzednim razem zmieniłem zakwaterowanie z namiotu na hotel w pobliskim Hradec Kralove. Okazało się to niemałą rewolucją i znacznie zwiększyło wakacyjno-wypoczynkowy potencjał festiwalu. Po pierwsze i najważniejsze, wreszcie dało się wyspać w komfortowych warunkach i dzięki temu dociągnąć relatywnie świeżym do ostatnich gigów. Poza tym ogólnie lepiej mi się funkcjonuje, gdy nie muszę szwendać się po terenie imprezy od samego rana po tym, jak o w pół do ósmej rano obudziło mnie palące namiot słońce.

Brutal Assault rokrocznie pozytywnie zaskakuje nowymi rozwiązaniami i drobnymi usprawnieniami, rozwija się, a jego organizator, Shindy, wyraźnie stara się nie popełniać dwukrotnie tych samych błędów. Pojawiły się więc pozwalające uniknąć wkurzających kolejek do przechowalni szafki na depozyt, zlokalizowane w „zadaszonych” barach całkiem nieźle udźwiękowione ekrany z obrazem ze scen, powiększona do rozsądnych rozmiarów, otwarta scena w namiocie, a także duperele w stylu krótkich wycieczek z przewodnikiem po korytarzach twierdzy, dodatkowy stand z oficjalnym merchem, limitowana seria Budweisera, mini galeria czy kolejne herbaciarnie, kawiarnie et cetera.

Najważniejszym magnesem okazał się jednak ponownie tłusty skład kapel, który tradycyjnie już imponował spójnością stylistyczną i obfitował w jedne z największych nazw z gatunku muzycznej ekstremy. Właśnie on przyciągnął mnie znów za naszą południową granicę i skłonił do spędzenia ostatnich dni urlopu na beztroskiej żulerce, katowaniu bębenków, żywieniu się piwem, hamburgerami i oczywiście langoszami, drzemaniu na zrytym buciorami klepisku i wydawaniu ciężko zarobionej pensji przy straganach z płytami. Pomimo wyjątkowo morderczej aury, po raz kolejny bawiłem się doskonale.

Nie da się ukryć że pogoda utrudniła konsumpcję muzyki. Na terenie imprezy już na starcie pełno było snujących się jak zombie osób, dla których mariaż czterdziestu stopni w cieniu z czterdziestoprocentowym alkoholem okazał się ciężki do zniesienia. Kolejni oblegali masowo wszelkie dostępne zacienione spłachetki gruntu i przyjemnie chłodne wnętrza cesarskich zabudowań, wychodząc tylko po to, aby rzucić się w strumień wody, tryskający z wozu bohaterskich strażaków. Ekipa obsługująca festiwal w namiotach z browarami, wszelkich budkach i kontenerach też ostro dostała po kościach, a publika chętniej niż zwykle napełniała swoje kubki wodą zamiast piwem. Wydaje mi się, że skwar odbił się także na frekwencji pod scenami. Sam z żalem odpuściłem kilka mniej priorytetowych występów, udając się w ich czasie w miejsce z wodą i osłoną przed słońcem. No, ale dosyć o pierdołach, czas przejść do meritum, czyli samych koncertów…

Jak zwykle zjawiłem się na terenie festu w środę, która jeszcze jakiś czas temu pełniła funkcję przedparty, a dopiero niedawno osiągnęła status równy pozostałym dniom. Gdy już zainstalowałem się na miejscu i wypiłem powitalnego browara, na małej scenie grał czeski Drom. Ot, klasyczny sludge / post hardcore, w stylu choćby Cult of Luna. Pokiwałem się chwilę w zwolnionym tempie wielorybich dźwięków, których odbiorowi niestety nie służyła wczesna pora dnia i wszechobecne światło słoneczne, by następnie udać się pod główne sceny, na Melechesh. Odziany niczym jeden z bohaterów filmu „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra” Ashmedi wstąpił na scenę w towarzystwie dwóch zawoalowanych na beduińską modłę wioślarzy z zamiarem wymłócenia publiczności swoim markowym sumeryjskim black metalem. Mam problem z ich muzyką, bo niby wszystko jest na swoim miejscu, panowie sieką aż miło, trochę zakręcą, zamieszają, wykorzystują charakterystyczną ciekawą rytmikę, a mimo to jakoś nie do końca przekonują, zwłaszcza na najnowszych, wymuskanych i wyprodukowanych jak tort czekoladowy krążkach. Starsze numery, jeszcze z czasów kooperacji z Proscriptorem, bardziej mnie kręciły. Ze sceny poleciały głównie względnie świeże kawałki, w tym skandowany przez publiczność Grand Gathas of Baal Sin z The Epigenesis i najbardziej chyba entuzjastycznie przyjęte Ladders to Sumeria i Rebirth of the Nemesis. Te zresztą numery mnie również ucieszyły, bo Emisarries, z której pochodzą uważam jeszcze za całkiem zacny album. Przyjemne, poprawne otwarcie sezonu, choć wydaje mi się, że Melechesh lepiej sprawdziliby się w klubowych warunkach.

Melechesh

Następnie wróciłem do namiotu na sztukę Ad Nauseam. Miło się obserwowało, jak ci niepokojąco poważni, milczący Włosi wymiatają na instrumentach i rzeźbią swój nowoczesny, mocno pojebany death metal spod wyraźnego znaku Ulcerate czy Deathspell Omega. Ich muzyka jest zdecydowanie zbyt mało przebojowa, żeby od pierwszego kontaktu zapaść w pamięć, niemniej udało im się, pomimo dogorywającego słońca, nieco rozpieprzającego klimat, stworzyć wciągającą, gęstą i nieprzyjemną otoczkę. Niebawem ich debiutancki krążek trafił w ręce Ereshkigal i zasilił naszą domową płytotekę.

Jako że Triptykon już widziałem na żywo i o ile z płyt ich smolisty, powolny metal jest całkiem spoko, ówczesny koncert wydał mi się raczej nudny, kolejne parę godzin poświęciłem na turystykę piwno – płytową, by powrócić pod sceny dopiero na Soulfly. Nie jestem ich fanem, ale ponieważ muzę Cavalery cechuje niezaprzeczalna imprezowa nośność, pomyślałem, że czas się trochę rozruszać. Prostackie granie, które większość metalowej braci dyskredytuje ze względu na nu-metalowe korzenie, powtarzalność i ogólny jumpdafuckupowy klimat, doskonale sprawdza się w grupie, gdzie można poskakać i powykrzykiwać znajome teksty. Max oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zagrał kilku nieśmiertelnych hitów z repertuaru Sepy, jak Arise, Territory (z gościnnym udziałem Ashmedi’ego z Melechesh), Chaos A.D. czy oczywiście Roots. Zwracała uwagę jego olewacka postawa. Sterczał nieruchomo za mikrofonem i, jak przystało na zdeklarowanego prymitywa, totalnie byle jak wykrzykiwał część swoich fraz, co mocno rzucało się w uszy na przykład przy wykonaniu nowego singla, We sold our souls to metal. Ludzie naturalnie bawili się świetnie, bo nie o wirtuozerię tu chodziło, a większość numerów, które popłynęły z głośników to żelazne samograje.

Zaczynający się zaraz po Soulfly koncert Mayhem to, dla odmiany, zawsze dopracowane misterium, ja zaś doświadczyłem go w optymalnych warunkach podczas Asymmetry Festival, parę lat wcześniej we Wrocławiu, więc tym razem, po chwili wahania, postanowiłem ich odpuścić. Ciekaw byłem natomiast niemieckiego duetu Trap. Zdawkowe zetknięcie z ich muzyką za pośrednictwem youtube’a nie przygotowało mnie na szaleństwo, które zaprezentowali na scenie. W skład duetu wchodzi grający do intensywnego dubstepowego podkładu bębniarz i odziany w sukienkę wokalista, który imituje napady epilepsji, fika kozły po scenie i drze ryja jak opętany. Awangarda dla samej awangardy i totalny brak wyczucia smaku. Mówiąc krótko – do dupy. Po kilkunastu minutach wycofałem się spod małej sceny, żałując przegapionego Mayhem. Tak skończyła się środa i przyszedł czas udać się w drogę powrotną do Hradca.

Relacja z festiwalu: Brutal Assault XX, Pevnost Josefov, 5-8.08.2015. Dzień drugi.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

20:16, namtar_of_irkalla , Relacje
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14