sobota, 04 grudnia 2010
Nahemah - The second philosophy

nahemah

Gatunek: progressive death / post metal
Kraj pochodzenia: Hiszpania
Rok wydania: 2007
Wytwórnia: Lifeforce

Hiszpańska scena metalowa kojarzy mi się głównie z obciachowym heavy metalem spod znaku Barón Rojo i Azrael. Zawsze wydawało mi się, że nadmiar słońca szkodzi rozwojowi ekstremalnej muzyki, jednak teoria ta chwieje się w posadach, gdy dochodzi do omawiania na przykład Greckich bandów. Więc może chodzi o latynoską krew...?

Nawiasem mówiąc, podczas kilku wycieczek do ojczyzny Gaudiego i Salvadora Dali nie omieszkałem nabyć paru pamiątek w tamtejszych sklepach muzycznych. Niestety, były to krążki Mago de Oz i Tierra Santa, które jak się później okazało, nie poprawiły mojej opinii o hiszpańskich metalowcach.

Wracając do tematu... Doskonałego albumu hiszpańskiego Nahemah, zatytułowanego The second phiposophy nie przywiozłem sobie z Półwyspu Iberyjskiego. Znalazłem go w ofercie jednego z polskich sklepów wysyłkowych. Słyszałem wcześniej zdawkowe wzmianki o tej kapeli w pozytywnym kontekście, więc postanowiłem dać im szansę... i nie zawiodłem się. Generalnie można ich muzykę określić mianem progresywnego death metalu, ale nie w stylu późnego Death czy Pestilence. Jest to raczej coś na kształt Opeth z tą różnicą, że nad całością materiału unosi się wszechogarniający post-rockowy (post-metalowy?) klimat i to właśnie ta atmosfera stanowi o wyjątkowości The second philosophy. Płyta wypełniona jest smaczkami, takimi jak elektroniczne tła i klawiszowe motywy. Nie wybijają się one ponad płynącą harmonijnie całość, dzięki czemu materiał sprawia wrażenie monolitycznego, a jednak zróżnicowanego.  Jak wspomniałem, wkładając ten krążek do odtwarzacza nie należy nastawiać się na techniczne popisy w stylu Chucka Shuldinera (niech mu ziemia lekką będzie) czy blasty, a „progresywność” materiału przejawia się raczej w długich, rozbudowanych strukturach, skomponowanych z death metalowych uderzeń skontrastowanych z wyciszonymi Fragmentami, miejscami zahaczającymi nawet o ambient.

Już przy pierwszym przesłuchaniu moją uwagę przykuł Nothing. Kawałek rozpoczyna się monologiem, kojarzącym się z filmami Ingmara Bergmana, który nadaje kompozycji niesamowity ton w połączeniu z powtarzającą się klawiszową plamą. Rozpoczynający się delikatnymi nutami Subterranean airports jest natomiast całkowicie utrzymany w post-rockowym klimacie. Panowie z Nahemah rezygnują na tę okazję z growlingu i zanurzają się we wszechogarniającej melancholii spod znaku Jesu, Isis i im podobnych.

Piękna to i ponura płyta, do słuchania w skupieniu i trzeba dać sobie na nią czas. Naprawdę warto, zwłaszcza w mroku, w długi zimowy wieczór.

Ocena: 9/10

Profil myspace

19:10, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 grudnia 2010
Mael Mórdha - Gealtacht Mael Mórdha

mael mordha

Gatunek: pagan / doom metal
Kraj pochodzenia: Irlandia
Rok wydania: 2007
Wytwórnia: Grau Records

Z twórczością Mael Mórdha po raz pierwszy zetknąłem się mniej więcej w tym samym czasie, w którym odkryłem Primordial. Być może z tego właśnie powodu kapele te mocno mi się ze sobą kojarzą. Inna sprawa, że oba bandy pochodzą z Dublina (mają nawet na koncie wspólny split) i słychać w ich muzyce tę specyficzną irlandzką nutę. Album zatytułowany  Gealtacht Mael Mórdha to kawałek solidnego doom metalu, zaprawionego pogańską / celtycką atmosferą. Z długich, jak przystało na ten gatunek, utworów zawartych na krążku bije mieszanina smutku i pierwotnej agresji, a charakterystycznej surowości nadaje im natchniony głos wokalisty. Gardłowy swoje niedostatki techniczne nadrabia niezaprzeczalną charyzmą, przechodząc od powolnych pieśni do wściekłego krzyku. Same piosenki, jak wcześniej wspomniałem, są dość rozbudowane, a ich długość waha się pomiędzy sześcioma, a dziesięcioma minutami. Muzycy serwują jednak słuchaczom wystarczającą ilość ciekawych melodii oraz zmian tempa, od powolnych doomowych marszów począwszy, na miażdżących galopadach skończywszy, by nie znudzić i nie pozostawić niedosytu.

Najlepszym kawałkiem na płytce jest moim zdaniem Godless commune of Sodom, w którym po melodyjnej, acz ponurej zwrotce następuje pełen wściekłości refren, w którym wokalista wypluwa oskarżenia wobec gnijącego świata. Podobną formę przyjmuje utwór Window of madness, kolejny „killer” na krążku. Warto zapoznać się z tym materiałem. Gealtacht Mael Mórdha być może nie redefiniuje doom metalu, ale dzięki ciekawym kompozycjom i celtyckim wpływom, pozostaje nietuzinkowy i zajmuje mocną pozycję wśród innych produkcji z tego nurtu.

Ocena: 8/10

Profil myspace

19:11, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 grudnia 2010
Lux Occulta - The mother and the enemy

Gatunek: avant-garde black metal
Kraj pochodzenia: Polska
Rok wydania: 2001
Wytwórnia: Metal Mind Productions

 

Ostatnia płyta Lux Occulta to album dla mnie szczególny, gdyż od niego zaczęła się moja przygoda z naprawdę ciężkim graniem. Prawie dziesięć lat temu, kiedy stawiałam swoje pierwsze kindermetalowe kroki i najcięższą płytą, jaką znałam, był Czarny album Metalliki, udałam się do lokalnego sklepu muzycznego, celem zakupu płyty jakże true metalowego zespołu Korn. Tak się akurat złożyło, że Korna w sklepie nie mieli, a miła pani na pytanie, czy może polecić coś podobnego, sprzedała mi właśnie The mother and the enemy. Do dziś zachodzę w głowę, jakie podobieństwa dostrzegła między tymi zespołami, ale jedno jest pewne – jej brak kompetencji silnie wpłynął na mój gust muzyczny.

Podczas pierwszego przesłuchania tej „podobnej do Korna” płyty, już intro wgniotło mnie w fotel swoim klimatem i mrokiem, a z każdym utworem tylko coraz szerzej otwierały mi się usta. Przy kolejnych odtworzeniach odkrywałam coraz to nowe smaczki, moją uwagę przykuwały za każdym razem inne fragmenty. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, co o niej sądzę, nie potrafiłabym pewnie powiedzieć nic ponad to, że jest to najlepsza i jednocześnie najdziwniejsza rzecz, jaką w życiu słyszałam.

A jak się zmieniło moje podejście do The mother and the enemy po latach? Jasne, dostrzegam niedoskonałości w brzmieniu, trochę śmieszny akcent pani śpiewającej po angielsku w piosenkach z czystymi wokalami, ale muzyka nadal zwala mnie z nóg. Każdy utwór kipi od nawiązań do innych muzycznych gatunków – jazz, mroczna elektronika, idustrial (czy kawałek Gambit tylko mi kojarzy się z niektórymi dokonaniami pana Justina Broadricka albo Trenta Reznora?), dziwny psychodeliczny klimat... Powiedzieć o tej płycie, że jest progresywna, to mało – słuchacz nigdy nie wie, czego się za chwilę spodziewać: spokojnego pasażu na klawiszach, ataku blastów i growli na ukojone przed chwilą miękkim damskim głosem uszy, a może solówki na saksofonie? Trudno właściwie stwierdzić, że ostatnie dzieło Luxów  to wciąż black metal, choć słychać na nim wyraźne nawiązania do tego gatunku.

Kilka słów o krytykowanych swego czasu przez ortodoksyjnych metalowców utworach trip-hopowych. Na ostatnim albumie Lux Occulta wpływy elektroniki widoczne są nie tylko w metalowych kawałkach, Jarek Szubrycht i jego koledzy zdecydowali się stworzyć trzy piosenki stricte trip-hopowe: Yet another armageddon, Midnight crisis i Breathe out. Tak, w tych utworach nie ma gitar i jeśli ktoś był fanem starszych płyt Luxów, musiało to być dla niego nie lada szokiem. Ja miałam tyle szczęścia, że pierwszy raz słuchałam tej płyty z absolutnie wolną od nawiązań głową – jeszcze wtedy nie wiedziałam, że elektronika w metalu to samo zło... Moim zdaniem, aby w pełni docenić The mother and the enemy, trzeba podejść do niej z otwartym umysłem i dużą dozą tolerancji. Jeśli to się komuś uda, to może spodoba mu się sposób, w jaki te spokojne, mroczne, elektroniczne kawałki z czystymi kobiecymi wolalami podkreślają apokaliptyczny klimat tej płyty. Ciarki mnie przechodzą za każdym razem, kiedy słyszę ten słodki głos obojętnie śpiewający o przerażających wizjach, bólu i śmierci. (Wrażenie podobne jak przy zetknięciu się z twórczością The Project Hate MCMXCIX, ale o tych wesołych Szwedach może napiszę kilka słów przy okazji którejś z następnych recenzji.)

The mother and the enemy jest płytą, która powstała w złym miejscu i czasie. Gdyby nagrali ją Norwegowie, myślę, że byliby oni dziś wymieniani w jednym szeregu z kultowymi pionierami avant-garde metalu jak Arcturus czy Ved Buens Ende. Gdyby powstała dziś, popularność klimatów post- i avant-blackowych zapewniłaby jej świetne recenzje na krajowej scenie i może uznanie za granicą. A tak, jest trochę zapomnianą i niesamowicie niedocenioną starą polską płytą. Płytą, którą cały czas uwielbiam i próbuję przypomnieć.

Ocena: uwzględniając cały mój sentyment dla tego wydawnictwa, nie może to być nic innego niż 10/10.  

Profil bandcamp  


A na koniec ja i Jarek Szubrycht, zdjęcie zrobione przez Namtara na koncercie Jarboe i Nachtmystium przy okazji Asymmetry Festival 09.04.2010, Firlej, Wrocław.

środa, 01 grudnia 2010
Mithras - Worlds beyond the veil

mithras

Gatunek: avant-garde death metal
Kraj pochodzenia: Wielka Brytania
Rok wydania: 2003
Wytwórnia: Golden Lake Productions

Moja poprzednia recenzja odnosiła się do płyty, która stylistycznie jedynie zahacza o szeroko pojęty metal. A przecież w założeniu Ereshkigal, ma to być blog o muzyce ekstremalnej, a nie o rocku progresywnym... Postanowiłem więc, że nadrobię zaległości i napiszę kilka słów o bardzo nietuzinkowej płycie, niezbyt znanego zespołu, jakim jest brytyjski Mithras. Kapelę tę poznałem, gdy występowała na ubiegłorocznym festiwalu Brutal Assault. Panowie przykuli moją uwagę, choć sam koncert nie utkwił mi szczególnie w pamięci. Stylistycznie muzyka zespołu oscyluje wokół awangardowego, technicznego deathu, na Worlds beyond the veil gęsto przeplatanego kosmicznym ambientem, przywodzącym na myśl ścieżkę dźwiękową do Łowcy Androidów autorstwa Vangelis. Gwiezdne pasaże występują co prawda głównie w intrze i interludiach, stanowią jednak istotną część zawartości płyty.

A kiedy ma być metalowo, jest metalowo. Utwory wgniatają w glebę ciężkimi jak walec i jadącymi riffami, poszatkowanymi wizjonerskimi solówkami. Jak przystało na techniczny death, jest tu sporo łamania rytmu i ogólnej wirtuozerii. Nie przeszkadza to jednak w utrzymaniu pewnej dozy chwytliwości, przynajmniej w warstwie instrumentalnej, a całość bardzo dobrze „wchodzi”. Motywy przewodnie piosenek utrzymane są w specyficznym stylu, często składają się z dość melodyjnych i przestrzennych riffów, przemieszanych z tradycyjnie deathowym uderzeniem. Na dźwięki gitary nałożono charakterystyczny reverb, a przez ścianę decybeli przebijają się niesamowite sample, co dodatkowo potęguje skojarzenia z podróżą przez nieznane galaktyki. Kompozycje momentami atakują niczym nawałnica, by po chwili zaskoczyć olśniewającym pięknem, niczym przedstawiona na okładce albumu Mgławica Orzeł.

Naprawdę warto zapoznać się z tym materiałem. Pozostałe dwie (jak dotąd) płyty Mithras również trzymają poziom, jednak Worlds beyond the veil stanowi kwintesencję tego, z czym owa kapela się kojarzy, a wszystkie składniki muzycznej układanki dobrane są w idealnych proporcjach. Potężna porcja death metalu , a przy okazji wspaniała podróż pośród pejzaży wszechświata.

Ocena: 9/10

Profil myspace

23:38, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
Z piekielnymi pozdrowieniami...

Witam! W związku z tym, że będę wspomagał Ereshkigal w zapełnianiu niniejszego bloga, pozwolę sobie się przedstawić. Jako, że moja szanowna, diabelska małżonka wprowadziła praktyczny model muzycznego "o mnie", z przyjemnością się do niego dopasuję i przejdę do wypunktowania osobistego "Top 20" płyt głównie-metalowych. Jest to absolutnie okrojona lista i prawdę mówiąc kusi mnie, by dopisać do ilości albumów jedno zero, ale kierując się zdrowym rozsądkiem, podaruję sobie tę przyjemność.

Kolejność poniższych pozycji jest oczywiście w dużym stopniu przypadkowa. Zresztą, jakby mnie ktoś jutro zapytał o kilka ulubionych płyt, to zapewne nie wymieniłbym w 100% tych samych tytułów.

  1. Nevermore - Dreaming neon black (...albo Dead Heart in a Dead World, albo This Godless Endeavor...)
  2. Rush - Moving pictures
  3. Black Sabbath - Black Sabbath
  4. Fear Factory - Demanufacture
  5. Primordial - To the nameless dead
  6. Rotting Christ - Sanctus Diavolos
  7. Skyclad - Prince of the poverty line
  8. Dio - Holy Diver
  9. Strapping Young Lad - Alien
  10. Blind Guardian - Nightfall in Middle Earth
  11. Judas Priest - Defenders of the faith
  12. Pain of Salvation - Remedy Lane
  13. Disillusion - Back to times of splendor
  14. Satyricon - Now, Diabolical
  15. Metallica - Master of puppets
  16. Devin Townsend - Terria
  17. Helloween - The dark ride
  18. God Dethroned - Lair of the white worm
  19. Behemoth - The apostasy
  20. Meshuggah - Catch thirtythr33

 

Tagi: o mnie
21:55, namtar_of_irkalla , O mnie, o blogu
Link Dodaj komentarz »
Pain Of Salvation - Road Salt One

pain of salvation

Gatunek: rock / metal progresywny
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2010
Wytwórnia: InsideOut

Przepraszam, Panie Gildenlow...

Nie mógłbym inaczej zacząć tej recenzji. Szczerze mówiąc, czekałem na nowy album Painów z mieszanymi uczuciami. Po kilku (nastu? dziesięciu?) przesłuchaniach Scarsick nabrałem przekonania, że Szwedom odrobinę uderzyła do głowy woda sodowa, a Daniel Gildenlow postanowił pokazać wszystkim, jaki z niego wizjoner i spreparował fuzję gatunków tyleż ciekawą, co w ostatecznym rozrachunku niezbyt przekonującą.

Będąc mimo wszystko ciekaw kierunku, w jakim panowie poszli tym razem, wrzuciłem płytę Road Salt One do odtwarzacza i muszę powiedzieć, że od pierwszej sekundy całkowicie mną zawładnęła. Nie spodziewałem się takiego efektu. Na wstępie zaznaczę, że jeżeli ktoś cały czas spodziewa się po chłopakach z Eskilstuna metalu, to tutaj go nie znajdzie – nie musi się jednak obawiać rapu, disco czy screamo, których pierwiastki znamionowały ich poprzedni album.

Do rzeczy. Stylistycznie i brzmieniowo Pain of Salvation zafundowali słuchaczom wycieczkę w lata 70, a nawet 60, jednakże nie tylko i bez nachalnych oczywistości w stylu retro, czy stoner rocka. Znów mamy mieszanie w jednym kotle różnych stylistyk, które tym razem idealnie do siebie pasują, a nad wszystkim unosi się duch progresji. Płyta zaczyna się bardzo rockowo, rytmicznie i przebojowo, kawałkiem No Way, który w późniejszych partiach nieco się komplikuje i rozwija, nie tracąc jednak przy tym na zadziorności. Podobny efekt wywołują znany z poprzedzającej RS1 EPki utwór Linoleum oraz Curiosity. Czystej wody, świetnie napisany i zagrany hard rock. Szwedzi fundują nam też rewelacyjny, iście blues rockowy Tell me you don’t know oraz cyrkowo – wodewilowy Sleeping under the stars, który mi osobiście kojarzy się z Peephole System of a Down. Nastroje zmieniają się, tworząc barwną, choć mroczną mozaikę, a całość materiału, mimo balladowego charakteru części piosenek, jawi się dynamicznie i całkiem drapieżnie. Mimo zróżnicowania stylistycznego, nie ma najmniejszych wątpliwości kto jest autorem i wykonawcą tych piosenek, a to głównie za sprawą markowego wokalu Daniela Gildenlowa, niezaprzeczalnego mrocznego klimatu oraz tego co stanowi prawdziwe drugie dno tego arcydzieła, czyli tekstów i zawartych w nich emocji...

To właśnie teksty oraz ich połączenie z pozornie niewinnym brzmieniem utworów jest tym, co winduje ten materiał do czołówki rockowej sztuki, przejawem geniuszu. Emocjonalne jak zawsze, ciężkie, nasączone mroczną erotyką, czasem depresyjne, tworzą wraz z warstwą instrumentalną konglomerat o niespotykanej głębi. Wystarczy posłuchać Sisters – w mojej opinii najlepszego, porażającego wręcz kawałka na Road Salt One. Niewinny, balladowy wstęp, nieco chansonowy nastrój przy akompaniamencie pianina, który eksploduje w ostatnich minutach niczym Undertow z Remedy Lane. Jest to zdecydowanie jeden z najbardziej przejmujących momentów w karierze Pain of Salvation. Wspomniany wcześniej Sleeping under the stars nie ustępuje pola Siostrom, jeżeli chodzi o siłę wyrazu. Gorzki, sarkastyczny wydźwięk tekstu w połączeniu z groteskową warstwą instrumentalną dają niesamowity efekt. Jakby dla przeciwwagi, na krążek trafiły też numery lżejsze, o zdecydowanie bardziej beztroskim klimacie. Tell me you don’t know, którego nie powstydziliby się The Doors z czasów L.A. Woman i She likes to hide skutecznie odciążają płytę i mogą dać okazję do „pobujania” sie podczas występu grupy na żywo.

Reasumując, Road Salt One jest wielopłaszczyznowym arcydziełem i nie sądzę, żeby w moim zestawieniu jej pozycja jako płyty roku była zagrożona. Spora część metalowców będzie kręcić nosem, ale dla tych bardziej otwartych na lżejsze, rockowe granie jest to jazda obowiązkowa. Co więcej, od tej chwili z niecierpliwością czekam na zapowiadaną przez zespół Road Salt Two... Jeszcze raz przepraszam Pain of Salvation za to, że zwątpiłem.

Ocena: 10/10

Oficjalny klip do Linoleum w youtube

Void of Silence - The grave of civilization

Gatunek: funeral doom metal
Kraj pochodzenia: Włochy
Rok wydania: 2010
Wytwórnia: Code666

Myślałam, że bez Alana Nemtheangi to już nie będzie to samo. Bałam się, że bez jego charakterystycznych przepełnionych nienawiścią, podniosłych partii wokalnych jedyny w swoim rodzaju włoski patent na funeral doom metal z czystymi wokalami przestanie się sprawdzać. Nie pozostaje mi nic innego, jak przyznać się do błędu. Głos Brooke'a Johnsona z Axis of Perdition wydaje się stworzony dla Void of Silence. Po kilkukrotnym przesłuchaniu The grave of civilization zapomniałam już, jak mogłam wyobrażać sobie ten zespół z innym wokalistą.

Dźwięki tworzone przez dwóch smutnych Włochów, Ivana Zara i Riccardo Conforti, przywodzą na myśl pokryte śniegiem i lodem syberyjskie pustkowia. Nie na darmo płyta nazywa się tak a nie inaczej, krajobrazy malowane przez Void of Silence obezwładniają wprawdzie swoim monumentalnym pięknem, ale słuchacz ani przez chwilę nie może mieć wątpliwości, że krainy które ogląda, nie pozostawiają żadnej nadziei na przetrwanie. Teksty na The grave of civilization stanowią luźną kontynuację tematyki z Human antithesis - po tym, jak pogodziliśmy się z faktem, że ludzkość poniosła klęskę i czas jej dominacji się skończył, otrzymujemy obraz świata po apokalipsie - tragedii, którą sami na siebie sprowadziliśmy.

Muzycznie Void of Silence mieści się gdzieś w rogu szufladki z napisem funeral doom metal, ale ich podejście do tego gatunku jest dosyć niestandardowe. Utwory utrzymane są w bardzo wolnych tempach, ale nie ma tu ekstremalnie niskich growli (na ostatniej płycie w ogóle ich nie ma), nie ma maksymalnie przesterowanych gitar i brzmień zahaczających o drone'owe klimaty. Są za to piękne gitarowo - klawiszowe melodie i niesamowity ładunek negatywnych emocji.

Krótkie podsumowanie: muzyka Void of Silence idealnie nadaje się by w mroźny zimowy wieczór usiąść samotnie w ciemności i kontemplować nienawiść do świata i własną niemoc. Aż dziw bierze, że mieszkańcy południa Europy są w stanie stworzyć dźwięki, od których robi się tak zimno i smutno.

Ocena: 9/10.

Profil myspace

01:17, ereshkigal_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
Kilka słów na początek

O czym będzie ten blog?

O muzyce metalowej. Na blogu będę przede wszystkim zamieszczać recenzje ciekawych płyt z mojej kolekcji - czasem nowości, innym razem starszych rzeczy, których akurat słucham. Zdarzy się też może relacja z jakiegoś fajnego koncertu albo inny wpis związany z muzyką.

Kim jestem?

Jako iż blog ma być o muzyce, to przedstawię się od strony muzycznej. Planowałam w tym celu stworzyć swoje "Top 10 płyt metalowych", ale wybranie tych dziesięciu wydawnictw okazało się trudniejsze, niż początkowo sądziłam, dlatego zamieszczam po prostu listę kilkunastu płyt, które uważam za perfekcyjne lub niemal perfekcyjne. Zaznaczam, iż nie kierowałam się wagą danego wydawnictwa dla rozwoju muzyki metalowej, innowacynością, 'prawdziwością' ani niczym innym, poza czysto subiektywnymi wrażeniami estetycznymi. Kolejność przypadkowa, poza miejscem pierwszym.

  1. My Dying Bride - The dreadful hours
  2. Borknagar - The olden domain
  3. Death - Symbolic
  4. Behemoth - Thelema.6
  5. 1349 - Hellfire
  6. Slayer - Diabolus in musica  (Tak, wiem, że nie wypada lubić tej płyty Slayer, że jest metalcore'owa, nu metalowa i w ogóle wszystko co najgorsze, ale nic nie mogę na to poradzić. Lubię ją i już. Uważam, że jest inna od starszych płyt, ale wcale nie gorsza.) 
  7. Cradle of Filth - Midian (Tak, wiem, że nie wypada lubić Cradle of Filth, że są pozerami, szczytem komercji i wszystkim, co najgorsze... Uważam, że mieli kilka słabych płyt, ale to co zrobili na Dusk..., Cruelty... czy Midian to symfoniczny gothic metal najwyższych lotów i łykam go bez popity. Ich przedostatnie dokonanie, Godspeed on the devil's thunder, też mi się całkiem podoba, o!)
  8. Dio - Holy diver
  9. Primordial - To the nameless dead
  10. Solitude Aeturnus - Adagio
  11. Arcturus - The sham mirrors
  12. Paradise Lost - Symbol of life
  13. Nevermore - Nevermore
00:37, ereshkigal_of_irkalla , O mnie, o blogu
Link Komentarze (3) »
1 ... 11 , 12 , 13 , 14