poniedziałek, 22 lutego 2016
Megadeth - Dystopia

dystopia

Gatunek: thrash metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Universal Music

Dave Mustaine para się graniem thrash metalu od czasu kiedy stawiał pierwsze kroki w szeregach Metalliki, jak większość kolegów po fachu, na przestrzeni ponad trzech dekad, to poszukując swojego miejsca wśród bardziej uczesanych, łatwych w odbiorze dźwięków, to znów wracając jak bumerang do tak zwanych korzeni. Jego dokonania nigdy nie były specjalnie istotnym punktem na mapie moich zainteresowań, niemniej cenię go za profesjonalizm, charyzmę zaklętą w zaplutym głosie, bitną postawę względem establishmentu i, być może przede wszystkim, umiejętność pisania niezłych piosenek. W związku z tym staram się być w miarę na bieżąco z kolejnymi wydawnictwami, które serwuje. Przyznaję, że po fali miażdżącej krytyki, jaka spadła kilka lat temu na Supercollider, odpuściłem sobie ów krążek, ale wszystkie wcześniejsze stoją na mojej półce w okolicach dyskografii Metalliki, Slayera i tym podobnych. Przed paroma tygodniami spoczęła obok nich również Dystopia.

Stanowi ona kolejną, po Endgame, próbę powrotu do czasów dawnej agresji. Czy udaną? Przynajmniej częściowo. Od pierwszych minut słychać, że Rudy nie pogodził się ze światem i nadal wymachuje pięścią w stronę polityków, hipokrytów i innych, którzy zaleźli mu za skórę podczas dość już długiego żywota. To niewątpliwie nadaje wiarygodności premierowemu materiałowi, podobnie jak odświeżenie składu kapeli i obsadzenie za garami i drugim wiosłem młodych gniewnych, zamiast wysłużonych, zblazowanych rzemieślników. Dystopia brzmi dość ciężko (jak na współczesny Megadeth, ma się rozumieć). Już otwierający ją The threat is real pokazuje, że tym razem Dave’owi nie w głowie miejscówka w zestawieniach MTV, a przynajmniej nie w tych pop-rockowych. Jest to bardzo fajny, ładnie szarpiący numer, jadący na zajebistym riffie, prowadzącym do prostego, acz kozackiego refrenu, w którym wokal zaskakująco zahacza o manierę przypominającą styl Chucka Billy’ego z Testament. Podobnie ma się sprawa z Death from within, Bullet to the brain czy choćby Lying in the state.

Dla odmiany Poisonous shadows i Post American world utrzymane są w średnich tempach, a Mustaine cedzi ich teksty przez bardziej niż zwykle zaciśnięte zęby. Tytułowa Dystopia pachnie klasycznym heavy metalem, zaś The Emperor zdradza zdecydowanie hard rockowe inklinacje, stanowiąc tym samym najbardziej jednoznaczną wycieczkę w stronę radiowych poszukiwań Megadeth z czasów minionych. Po tylu latach nieortodoksyjnych muzycznych zabiegów trudno byłoby oczywiście oczekiwać, że nowe wydawnictwo całkowicie się od nich odetnie. Dzięki temu, że tak się nie stało, Dystopia jest przyjemnie zróżnicowana i poszczególne numery z względną łatwością umościły sobie legowisko w mojej świadomości. Instrumentalnie wszystko znajduje się tam gdzie powinno, jednakże, jak to często w takim klasycznym metalowym graniu bywa, nie ma tu miejsca na eksperymenty czy fajerwerki. Perkusja nadaje rytm wprawdzie bez większego polotu, lecz z pewną wyczuwalną lekkością, bas zaś, za który odpowiada weteran w szeregach Megadeth, David Ellefson, gdzieś tam majaczy, nie dostawszy szerokiego pola do popisu. Słowem, widać jak na dłoni kto tu pełni rolę gwiazdy, a kto chórku.

Niestety, mimo wielu udanych patentów, Dystopia cierpi z powodu niedostatku żywiołowości i prawdziwego artyleryjskiego ognia. Brak tu szaleństwa, autentycznego wkurwienia, które wyniosłoby piosenki powyżej poziomu zwykłego rzemiosła. Tak jak pisałem, czuję, że Mustaine wciąż nie lubi większości społeczeństwa, odnoszę jednak wrażenie, że nie ma już ikry, żeby coś z tym fantem zrobić. Thrash metal to taki gatunek muzyki, który odgrywany na pół gwizdka po prostu nie ma racji bytu. W jego podstawy wpisana jest agresja, jad, wściekłość, szybkość, walka na kastety z całym światem, a Megadeth już od lat co najwyżej ze skrzywioną miną kontestuje codzienność przy chłodnym piwku. Ich najnowszy album nie powinien zawieść osób spragnionych solidnego wykonawstwa, ale nie wierzę, żeby udało mu się dotrzeć do swojego naturalnego targetu – zbuntowanych dzieciaków, które szukają przewodnictwa w starciu z nieprzyjazną rzeczywistością. To już chyba po prostu nie te lata.

Ocena: 7/10

Oficjalny klip do Threat is real w youtube

17:25, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 lutego 2016
Fleshgod Apocalypse - King

Fleshgod Apocalypse - King

Gatunek: symphonic death metal
Kraj pochodzenia: Włochy
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Nuclear Blast

Nowe wydawnictwo Fleshgod Apocalypse jest doprawdy iście królewskie - pełne przepychu i potężne, nawet jeśli tytułowy monarcha, w myśl konceptu, jawi się marionetką szarych eminencji. Włosi zebrali do kupy swoje dotychczasowe dokonania i inspiracje w jednym tylko możliwym celu – wysmażyć deathowe dzieło, okrojone ze słabości poprzedników, czerpiące z nich najlepsze rozwiązania. Album mający stratować na miazgę słabowitych pretendentów do tronu. No i udało się – King jest bezlitośnie brutalny, niczym Oracles czy Agony, ale mniej od nich monotonny. Pierwotna monolityczna intensywność została zróżnicowana i poprzełamywana już parę lat temu, przy okazji krążka Labyrinth, który niestety częściowo stracił przez to charakterystyczny ekstremalny wydźwięk. Teraz jednak wszystkie elementy współistnieją w idealnej równowadze, dzięki czemu od premierowych kawałków wręcz trudno się oderwać.

Album został tak sprawnie skomponowany, że obcując z nim nie sposób się nudzić. Fleshgod Apocalypse zadbali o to, by raz na kilka minut zafundować słuchaczom jakiś solidny punkt orientacyjny w tym gąszczu blastbeatów. Rolę tę spełniają choćby przebojowy The fool, świetny operowy przerywnik Paramour, następujący po nim The vulture beholds z monstrualnie epickimi partiami symfonicznymi i niesiony rewelacyjną, galopującą pracą garów A million deaths. Jak wspomniałem na początku, aranżacje porażają przepychem. Dźwięki metalowego instrumentarium splecione są nierozłącznie z orkiestracjami, których nie powstydziłby się John Williams (Healing through war), a kawalkady deathowego growlingu uzupełniają partie czystego śpiewu, czy raczej krzyku, oraz bombastyczne operowe wokalizy (Syphillis). Wszystko to może oczywiście razić metalowych purystów, zwłaszcza tych o uszach wrażliwych na patos, lecz muszę tu zdecydowanie zaznaczyć, że wydźwięk całości materiału daleki jest od lukru i motylków. Wyłania się z niego raczej  obraz manipulacji i rozpusty prowadzącej do nieuchronnego upadku.

Dla mnie King to pierwszy wielki album tego roku. Profesjonalizm wylewa się z każdej jego nuty, a jednocześnie przepełniają go emocje i charakter. Stanowi swego rodzaju atlas ekstremalnego łojenia – blastbeatów i death metalowego riffowania – poskładanych w doskonałe kompozycje i w niespotykanie umiejętny sposób zespawanych z klasyczną sferą muzyki. Jest brutalny, a zarazem inteligentny i posiada ten natychmiast rozpoznawalny rys, dzięki któremu Fleshgod Apocalypse w ciągu kilku lat wyrośli na jedną z jaśniejszych, młodych gwiazd sceny. Zdecydowanie jazda obowiązkowa dla wszystkich starających się trzymać rękę na pulsie, jeśli chodzi o ciężkie granie.

Ocena: 9/10

Oficjalny klip do Gravity w youtube

18:07, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2016
Relacja z koncertu: Helloween, Warszawa, Progresja 16.02.2016

Tak się złożyło, że kiedy poprzednio widziałem Helloween na koncercie, w trasie również towarzyszył im Rage. Byłem wówczas oddanym fanem Dyń, jak zresztą wielu innych zacnych niemieckich (i nie tylko) kapel power metalowych. Po trzynastu latach, podczas których ta część mojej płytoteki pokryła się warstewką kurzu, postanowiłem zrobić sobie sentymentalną podróż do Warszawy na gig promujący ich nowy album. Mimo spadku zainteresowania, przez minioną dekadę nie przestałem zupełnie śledzić ich dokonań i jestem do pewnego stopnia zaznajomiony ze wszystkimi wydawnictwami, które ostatnio spłodzili. Co więcej, uważam, że trzymają stały, całkiem niezły poziom, wobec czego spodziewałem się po wieczorze w Progresji masy dobrej zabawy i solidnie zdartego gardła. Nawiasem mówiąc, zaliczyłem również swego czasu epizod pod znakiem Rage, tak więc występ tria pod wodzą Peavy’ego Wagnera uznałem za nader sympatyczną przystawkę.

Helloween_4

Do klubu dotarłem mniej więcej w połowie show Crimes of Passion. Gdy zainstalowałem się na miejscu, a w mojej ręce wylądował pierwszy kubek piwa, Brytyjczycy właściwie gotowi byli do opuszczenia sceny. Stanąłem więc w jej okolicy w oczekiwaniu na Rage. Trzeba oddać Wagnerowi, że jest wystarczająco charyzmatyczny, by już po kilku minutach grania bez problemu zjednać sobie długowłosą brać. Inna sprawa, że jego zasługi na heavy metalowym polu są niemałe – idę o zakład, że większość zebranych tego dnia gości Progresji wiedziała kto zacz i nie potrzebowała dodatkowej zachęty do dobrej zabawy. Niestety, mimo że z przyjemnością słuchałem, a nawet śpiewałem hity w stylu Black in mind, End of all days czy nieśmiertelnego Higher than the sky, całość występu nieszczególnie mnie porwała. Oszczędnie zaaranżowanym i odegranym numerom zabrakło iskry. Wypadły statecznie, nie lepiej niż poprawnie, niemniej panowie spełnili swoje zadanie i z powodzeniem rozruszali publikę zanim na scenę wstąpiła gwiazda wieczoru.

Helloween_3

Helloween przywitali ludzi kombem w postaci Eagle fly free i Dr Stein. Nie sądzę, żeby na sali znalazł się ktoś niezadowolony z takiego manewru. Gardła niewątpliwie dostały w kość. Trzeci w kolejce, My God- given right, nie tak dobrze jeszcze zakorzeniony w mojej pamięci, dał mi trochę odsapnąć przed kolejnym dubeltowym wystrzałem, czyli Steel tormentor i Mr Torture. Zespół, jak przystało na starych wyjadaczy, momentalnie zawładnął lokalem. Andi Deris, w wyśmienitej formie wokalnej (gość naprawdę się wyrobił przez ostatnie kilkanaście lat), odziany w obowiązkową flanelową koszulę, śpiewał kolejne kawałki, gestykulując i zawłaszczając scenę do spółki z Markusem Grosskopfem. Klasyczny duet, wsparty przez relatywnie świeżą krew – Saschę Gerstnera – tworzył rozrywkowy trzon składu i z powodzeniem rozkręcał imprezę, podczas gdy Michael Weikath rzeźbił solówki zajmując, jak zwykle, ustronne miejsce z boku sceny. Dani Loeble zasiadł za imponującym zestawem perkusyjnym i łoił z młodzieńczą werwą, zapewniając piosenkom niezbędny impet. Otrzymał też swoje pięć minut na siarczyste solo, gdy pozostali Dyniogłowi łapali oddech na zapleczu. Bardzo dobrze zaprezentował się zwłaszcza w zestawieniu z garowym Rage, który, mam wrażenie, bez polotu wybijał proste, przewidywalne rytmy. Muzycy, choć nie tacy już młodzi, wypadli bardzo naturalnie i żywiołowo. To dobrze, bo zobaczywszy wcześniej ich wypacykowane i wyfotoszopowane fotki w książeczkach płyt, obawiałem się nieco widoku zakonserwowanych, pudrowanych mumii.

Helloween_1

Setlista niemal w pełni mnie usatysfakcjonowała. Oprócz wymienionych wcześniej numerów, z klasyków usłyszeliśmy Power, Where the rain grows i, na uspokojenie, Forever and one, zaś z nowszych Heroes i Lost in America z My God-given right, a także Straight out of hell i Waiting for the thunder z przedostatniego krążka Niemców, chyba najsłabiej mi znanego z całej ich dyskografii. Ciekawy zabieg, w postaci medleya z Halloween i Keeper of the seven keys, uzupełnionych Sole survivorem, Are you metal? i I can zamknął podstawową część wieczoru, lecz po intensywnych oklaskach artyści wrócili na scenę, by postawić kropkę nad i hat-trickiem: Before the war, Future World i I want out. Gdybym miał wybrzydzać, chętnie usłyszałbym coś z Rabbit don’t come easy (może Sun 4 the world) i z bardzo dobrego Gambling with the devil (najchętniej The bells of the 7 hells), najlepiej zamiast dwóch numerów ze Straight out of hell. Gdyby natomiast z głośników popłynął The departed i jakaś reprezentacja Walls of Jericho (Victim of fate? Tak, wiem, że to zupełnie nieprawdopodobne) to już w ogóle byłby szczyt szczęścia.

Helloween zagrali niczym dobrze naoliwiona maszyna, dzięki czemu impreza była przednia. Kiedy ostatecznie pożegnali się z słuchaczami, nie czułem niedosytu. Poza tym ledwie mogłem mówić, więc przedłużenie show o jeszcze kilka hitów mogłoby źle się skończyć dla moich strun głosowych. Bardzo duży plus wydarzenia stanowiło świetne nagłośnienie w klubie. Wokal, element najbardziej wrażliwy na ewentualne niedostatki akustyki i często ginący wśród ogólnego zgiełku, był perfekcyjnie słyszalny. Nie odniosłem również wrażenia, żeby perkusja dominowała w miksie, co nierzadko ma miejsce podczas metalowych koncertów. Faktem jest, że nie stałem pod samą sceną, więc nie wiem jakie warunki mieli ludzie szalejący przy barierkach. Pamiętam, że kilka miesięcy temu na Blind Guardian zauważyłem, że z bliska słyszalność w Progresji nieco kuleje.

Helloween_2

Chłopakom z Helloween udało się ponownie rozbudzić sympatię, jaką darzyłem ich jeszcze przed paroma laty. Następnego dnia po występie z dużą przyjemnością, dwukrotnie przesłuchałem od deski do deski My God-given right i zacząłem nucić pod nosem ich starsze kawałki. Jeżeli głównym zadaniem tras koncertowych jest promocja nowego materiału kapel, to wtorkowa impreza spełniła to założenie w stu procentach. Fajnie byłoby kiedyś nadrobić zaległości z teutońskiej sztuki i wybrać się na Gamma Ray lub Grave Digger, a z innej beczki, gdyby kiedyś ponownie zdarzył się reunion, zaliczyć gig Iced Earth z Mattem Barlowem za mikrofonem.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

niedziela, 07 lutego 2016
Dream Theater - The astonishing

Dream Theater - The astonishing

Gatunek: progressive metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Roadrunner

Pamiętam, jak po wydaniu poprzedniej płyty muzycy Dream Theater zapowiadali pauzę w nagrywaniu. W świetle ich zniżkującej formy wydawało się to słusznym posunięciem, które, nota bene, polecałbym również innym gwiazdom, szczególnie Soulfly czy nieszczęsnemu, nadgorliwemu Devinowi Townsendowi, którego mam już powyżej dziurek w nosie, choć przecież nie wypuszcza jakichś skończonych gniotów. Tymczasem, wbrew deklaracjom, zamiast odetchnąć i poświęcić czas na gromadzenie inspiracji, panowie ruszyli ostro do roboty, skutkiem czego w odtwarzaczach fanów zagościł dwa tygodnie temu dwupłytowy, ponad dwugodzinny koncept album – The astonishing. Jak głębokie pokłady megalomanii kazały im spuścić na świat takie monstrum, mimo że od lat notują spadek zasobów świeżych pomysłów? Nie mogę tego zrozumieć.

Tak jak w przypadku The book of souls Iron Maiden, to się nie miało prawa udać. Wiadomo, technicznie wszystkie elementy znajdują się na swoim miejscu, wprawdzie bardzo bezpieczne i standardowo sterylne, ale profesjonalnie odegrane i dobrze wyprodukowane. Dokładnie tak, jak je Dream Theater sprzedaje od jakichś 25 lat. Zawsze fajnie się słucha gęstych, rytmicznych zwrotów akcji w wykonaniu Manginiego i Myunga (początek A life left behind), okraszonych zakręconą gitarową robotą Petrucciego i eklektycznymi klawiszami Rudessa, raz klasycznymi, to znów sięgającymi hammondowej, prog-rockowej klasyki czy bombastycznych, filmowych wręcz motywów (A new beginning). LaBrie też ma mocne wejścia, choćby w Three days. Niestety, to wszystko, co dobrego mogę powiedzieć o The astonishing. Całości brakuje iskry i wybijające się fragmenty materiału giną pod zwałami niezbyt angażującego, dłużącego się grania. Na domiar złego, co dwa – trzy utwory autorzy serwują obowiązkową smętę (albo nawet kilka z rzędu w końcowej fazie albumu), zupełnie niemożliwą do odróżnienia od innych podobnych kawałków, które w swojej karierze wyprodukowali. Nieśmiertelny gardłowy osiąga w nich markowe słodkie, ciepłe, ckliwe do wyrzygania tony, których w połączeniu z kompletnym brakiem oryginalności samych kompozycji, za cholerę nie mogę znieść.

Sfera fabularna stanowi coś w rodzaju bardzo rozdmuchanej, naiwnej historii z 2112 Rush, wzbogaconej o elementy zaczerpnięte choćby z Nowego Testamentu, Igrzysk Śmierci i Half Life’a 2. Kojarzy mi się to z fatalnym XXI wiecznym remakiem jakiegoś hollywoodzkiego klasyka, którego już wcześniej ratowała tylko percepcja przez pryzmat czasów, w których powstał. Przygotowując oprawę do swojego teatrzyku, Petrucci i spółka oczywiście, jak większość starzejących się rockmanów, wyrzucili wszelkie artystyczne wyczucie za okno. Zaproponowali, niczym Rhapsody, mapę wyimaginowanego świata (wariacja na temat wschodnich Stanów), a także czarujące cyfrowe portrety dramatis personae, z pogranicza Bollywood i Final fantasy. Emperor Nefaryus, serio?! Brawo…

Mimo najszczerszych chęci nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu wobec The astonishing. Prawdę mówiąc, ciężko mi nawet znaleźć siłę i czas, żeby więcej niż dwa razy porządnie przez niego przebrnąć. Jako zamierzenie ponosi straszliwą porażkę. Koncept jest żenujący i wtórny, a muzyki trzykrotnie za dużo. Ratuje go jednak fakt, że można z tych 130 minut wykroić pełnowymiarową składankę, która sama w sobie prezentuje się nie gorzej, niż A dramatic turn of events i Dream theater razem wzięte. Dostaliśmy więc 50% zawartości na 7 i 50% zupełnie niepotrzebnego materiału na dwóję. Po przeliczeniu daje to średnią ocenę 4 z plusem, ale za fakt, że w ogóle musze takie kalkulacje uprawiać, zaokrąglam ją w dół. Moja wersja krążka wyglądałaby następująco:

  1. The gift of music
  2. A better life
  3. A savior in the square
  4. When your time has come
  5. Three days
  6. A life left behind
  7. Ravenskill
  8. A new beginning
  9. Moment of betrayal
  10. The path that divides
  11. The walking shadow
  12. Hymn of thousand voices
  13. Our new world

Trwałaby zgrabną godzinkę i wyczerpywała temat. Powstałe w wyniku edycji luki fabularne byłbym skłonny jej wybaczyć.

Ocena: 4/10

Moment of betrayal w youtube

czwartek, 04 lutego 2016
Avantasia - Ghostlights

Avantasia - Ghostlights

Gatunek: power metal
Kraj pochodzenia: Niemcy
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Nuclear Blast

W rzeczywistości, w której największe uznanie publicystyki zdobywają kapele w stylu Baroness i Deafheaven czy, z drugiego końca spektrum, choćby Imperial Triumphant, albo Young And In The Way, uprawianie kiczowatego, zakorzenionego w latach 90. niemieckiego power metalu, nie będącego na dodatek (zamierzoną) parodią gatunku, musi wymagać sporej dozy bezkrytycznego poczucia własnej zajebistości. Dzięki jednostkom obdarzonym owym przymiotem możemy cieszyć się wydawnictwami takimi jak najnowszy, dosiadający tęczowego jednorożca album Avantasii. Tak, cieszyć się – muszę powiedzieć, że po pierwszym zderzeniu z Ghostlights, dość szokującym po długim czasie obracania się w klimatach przywołanych na początku tekstu, zacząłem nie tylko go akceptować, ale nawet słuchać z przyjemnością.

Dla niewtajemniczonych, Avantasia to projekt dowodzony przez zasłużoną postać sceny euro-power, niejakiego Tobiasa Sammeta, pod którego egidą ów śpiewający basista gromadzi co parę lat grupkę tuzów i tworzy pełne rozmachu metalowe opery. Podczas gdy pierwsze dwa wydane pod tym szyldem krążki były klasycznie powerowe (do dzisiaj zdarza mi się nucić Seven Angels), każdy kolejny nieco głębiej wypływał na hard rockowe wody. Tegoroczny Ghostlights nie stanowi wprawdzie pełnego zwrotu w kierunku cięższych dźwięków, odznacza się jednak odrobinę mroczniejszym zabarwieniem niż kilka poprzednich wydawnictw. Nadal jest to oczywiście typowo rozrywkowa muzyka – solidnie wykonana, bogato zaaranżowana i zaopatrzona w masę niemożliwie chwytliwych, perfekcyjnie zjadliwych, choć bezpiecznych i znajomych motywów. W odniesieniu do Rhapsody ukuto swego czasu określenie „Hollywood metal”. Idąc tym tropem, Avantasia to „Disney metal”.

Formuła piosenek na Ghostlights jest całkiem zróżnicowana i można powiedzieć, że w ramach określonej konwencji, trudno znaleźć wśród nich jakieś ewidentne niewypały. Mystery of a blood red rose zaczyna przejażdżkę na bardzo meat loafowskim biegu, wpadając w ucho za sprawą bombastycznej, musicalowej melodyki, by po niespełna czterech minutach ustąpić pola najdłuższemu na płycie Let the storm descend upon you z Jornem Lande i Ronniem Atkinsem (Pretty Maids)za mikrofonem. Jest to typowa suita w stylu Avantasii i numer popisowy Sammeta. Idealnie przebojowe melodyjki i motoryczne riffowanie prowadzą do markowego, podniosłego refrenu, który ma wystarczająco dużo pozytywnej energii, by obalić jakąś małą, posępną dyktaturę. W drugiej połowie numeru pojawia się nieodzowne, służące głównie narracji zwolnienie, niebawem efektownie powracające na wyższe obroty, w towarzystwie złowieszczej wokalizy Jorna.

W przekrojowym skrócie, znajdziemy również na Ghostlights cukierkowo mroczny, ale znów uroczo chwytliwy The haunting, z gościnnym udziałem chrapliwego głosu Dee Snidera a także czymś w rodzaju dziecięcego chóru;  kroczący, ciężki (jak na tutejsze standardy) Seduction of Decay z fajnym występem Geoffa Tate’a; stricte powermetalowe, rozpędzone Babylon vampires i numer tytułowy, gdzie o swoim nieśmiertelnym wokalu przypomina Michael Kiske; goth-rockowy hicior Draconian love i walcujący, choć opatrzony dziwnie radosnym refrenem Master of the pendulum, z udziałem Marco Hietali z Nightwish. Stawkę zamykają fińskawy z charakteru Unchain the light (ukłon w stronę Stratovarius i Sonaty Arktiki) i idealny na pożegnanie, melancholijny A restless heart and obsidian skies. Do tego, aby nie było zbyt różowo (lub wręcz przeciwnie), dostajemy dwie ckliwe i niestety kiepskie balladki w postaci Isle of Evermore z Sharon den Adel i Lucifer. Jeśli wcześniej kogoś nie zdążyły rozboleć zęby, to nastąpi to na pewno podczas słuchania tych dwóch kompozycji.

Jak już napisałem, właściwie każda z wymienionych piosenek, poza tymi nieszczęsnymi pościelówami, stanowi materiał na autonomiczny singiel. Gra instrumentalistów jest efektowna, gitarzyści (etatowy Sascha Paeth i goście – Kulick i Hartmann) nie opieprzają się i serwują wachlarz fajnych zagrywek, od szybkich i energetycznych, jak w Babylon vampires, po ciężkie, gniotące w stylu tych niosących Master of the pendulum, każdy numer ozdabiając obowiązkowymi solówkami, które choć klasyczne, wstydu im nie przynoszą. Całość oczywiście unurzana została w orkiestrowych aranżacjach i klawiszach, konsekwentnie budujących klimat, podbijających majestatyczny, pompatyczny wydźwięk kawałków i współistniejących na równych prawach z pozostałymi instrumentami.

Ghostlights, ma się rozumieć, nie zabłyśnie na muzycznych salonach. Nie odkrywa nowych lądów, ani nie stara się przekraczać granic, a odziana w rurki, brodata część metalowej braci nawet nań nie spojrzy. Avantasia kieruje go jednak do ustalonego, rozłącznego ze wspomnianym przed chwilą grona fanów, którzy nie mają prawa czuć się zawiedzeni. To poprawny, solidny materiał, a słuchanie go jest po prostu lekką i przyjemną rozrywką, zupełnie jak oglądanie dobrze wyprodukowanego, acz niewymagającego filmu sci-fi. Żeby się nim cieszyć trzeba zaakceptować konwencję i wybaczyć zgrane banały. Wówczas spełni swoją rolę w zupełności.

Ocena: 7/10

Oficjalny klip do Mystery of the blood red rose w youtube

22:16, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 stycznia 2016
Baroness - Purple

Baroness - Chlorine & Wine

Gatunek: hard rock
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Abraxan Hymns

Dla mnie Baroness od początku istnienia pozostawali w cieniu Mastodon. Ich pierwsze dwa albumy odbierałem jako mniej interesującą wariację na temat stylistyki wypracowanej przez ich starszych kolegów po fachu. Pewnie to krzywdzące, ale faktem jest, że Red Album i Blue Record nigdy mnie do siebie nie przekonały i jedynym, co przychodzi mi do głowy, gdy myślę o tych krążkach, są fragmenty A horse called golgotha. Ciekawie zrobiło się dopiero przy okazji Yellow & green, na którym ekipa z Savannah skręciła w bardziej rockowe rejony.

Purple kontynuuje obrany kurs, pozostając w klimatach hałaśliwego, metalicznego hard rocka, czasem dorzucającego do pieca, a czasem łagodniejącego, ale wciąż zdradzającego rys sludge’owych i post-hardcore’owych korzeni. Zaczerpnięte z przeszłości patenty, które grają pierwsze skrzypce na przykład w numerze otwierającym set, dodają muzyce przyjemnego ciężaru i pazura, podczas gdy radiowe ciągoty pozwalają piosenkom typu Shock me lub Kerosene, już po kilku odsłuchach, trwale wgryźć się w pamięć. Jednocześnie, utwory te nie są proste, ani w sferze instrumentalnej, ani pod względem kompozycji. Takie połączenie zaraźliwości z technicznym wyrafinowaniem stanowi duży plus albumu, zaś jego centralny punkt, genialny Chlorine & wine, jest na to najlepszym dowodem. Cieszy ucho świetnym refrenem i w ogóle melodyką, a zarazem przykuwa uwagę inteligentnie rozwijającym się tematem, pink floydowskimi motywami gitarowymi i charakterystyczną dla całej płyty, niebanalną grą sekcji rytmicznej. Podobnych perełek jest tu więcej, choćby Try to disappear i zamykający stawkę If I have to wake up (would you stop the rain?). Gdybym miał ponarzekać, to chętnie usłyszałbym na krążku trochę więcej czadowych numerów, w stylu Morningstar i Desperation burns, ale to moja osobista fanaberia.

Album, mimo żywiołowej, rockowej natury, charakteryzuje się dość melancholijną atmosferą, wyczuwalną w tonacji piosenek, a także w emocjonalnych, czasem wręcz nieco patetycznych liniach wokali Johna Baizleya. Być może jest to wynikiem traumatycznych przeżyć, jakie przypadły zespołowi w udziale kilka lat temu, kiedy to jego istnienie stanęło pod znakiem zapytania, i które prawdopodobnie znalazły ujście podczas komponowania. W efekcie ta wyraźnie wyczuwalna nuta przydaje całości rozpoznawalnego, indywidualnego rysu. Warto też wspomnieć,  że materiał jest bardziej zwarty niż jego dwupłytowy poprzednik. Okrojenie go ze zbędnego tłuszczu zdecydowanie mu służy – pozwala wyłonić imponująco silny zestaw kawałków, dodatkowo zamknięty w eleganckim czasie trwania, czyli niecałych trzech kwadransach.

Nie wszystkie aspekty Purple zasługują jednak na uznanie. W zasadzie jedyną, ale za to sporą wadą, jest jego produkcja. Baroness przegłośnili bębny w miksie do tego stopnia, że trzeszczą i zupełnie dominują odbiór muzyki, grzebiąc pod ścieżkami beatów nierzadko delikatniejsze partie pozostałych instrumentów. Zniwelowana tym samym została wszelka rozpiętość natężenia dźwięku i perkusja generalnie brzmi płasko i sztucznie. Jestem pewien, że był to celowy zabieg, mający nadać piosenkom surowości czy agresji i być może znajdą się jego amatorzy, ale mnie to po prostu wkurza i psuje ogólny odbiór.

Mocne piosenki, kompozycyjna dyscyplina, techniczna błyskotliwość, a przede wszystkim masa energii, to tak silne strony krążka, że jego niedostatki w sferze produkcji, mimo wszystko, schodzą na drugi plan i nie przeszkadzają zanadto czerpać radochy z odsłuchu. Tym samym, po wtórnych początkach i rozwleczonej Yellow & green, Purple jest pierwszą płytą Baronowej, która ma wszystkie części układanki na swoim miejscu i w pełni do mnie przemawia. Ostatecznie, co rusz łapię się na nuceniu Kerosene, Shock me i Chlorine & wine. Nawiasem mówiąc, jestem ciekaw, jaki kolor jako następny trafi na warsztat.

Ocena: 8/10

Chlorine & wine w youtube

sobota, 30 stycznia 2016
Borknagar - Winter thrice

Borknagar_Winter_Thrice

Gatunek: progressive/folk black metal
Kraj pochodzenia: Norwegia
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Century Media

Borknagar powrócił po czterech latach milczenia z kolejnym monumentalnym, progresywnym albumem, by ponownie zaczarować słuchaczy ornamentowanymi na folkową modłę opowieściami o naturze, zimie i cyklu życia i śmierci. Norwegowie występują w podobnym składzie, jak na Urd – trzon zespołu stanowią więc Øystein G. Brun, Jens F. Ryland, Lazare i Vintersorg, wspierani ponownie przez ICS Vortexa i, dla odmiany, młodego gwiazdora skandynawskiego bębnienia – Baarda Kolstada. Oddanych fanów przyciągnie do Winter thrice zapewne fakt, że w nagrywaniu wziął udział, po wieloletnim rozbracie z metalem, prawdziwy człowiek instytucja, pierwszy wokalista zespołu – Kristoffer Rygg aka Garm. Na dokładkę, swoje trzy grosze dorzucił także etatowy sceniczny dubler Vintersorga – Athera. Dostajemy więc prawdziwy norsk-avant-prog-blackmetalowy dream team ze śmietanką północnych gardłowych za mikrofonami. Wypadałoby oczekiwać czegoś wyjątkowego.

Winter thrice to jednak po prostu kolejny album Borknagar, nic dodać, nic ująć. Oczywiście nie jest to w żadnym wypadku zły werdykt! Panowie nie splamili się jak dotąd słabym wydawnictwem i w roku 2016 wciąż dopisuje im dobra passa. Zgodnie z przewidywaniami, w warstwie wokalnej dzieją się ciekawe rzeczy. Mr V. jak zawsze staje na wysokości zadania i jego linie w numerach takich jak The rhymes of the mountain, Cold runs the river, Erodent i Terminus wypadają olśniewająco. Lazare w Panoramie nie pozostaje mu dłużnym. Garm w piosence tytułowej daje popis doprowadzonego do perfekcji na ostatnich krążkach Ulver soulowego śpiewu, tym razem, ku radości gawiedzi, zestawionego z nieco cięższym niż zwykle instrumentarium i efekt również jest świetny. Partie Vortexa, dla odmiany, nie zapadają w pamięć. W związku z tym, ostatecznie pogodziłem się z faktem, że na drugiego Colossusa nie mam co liczyć. W sektorze chwytliwych melodii i przebojowych refrenów właściwie tylko When chaos calls za każdym odtworzeniem mnie zawodzi.

Jeśli zaś chodzi o sferę instrumentalną, moim faworytem jest Kolstad, który zasługuje na całe uznanie, jakim jest darzony. Najlepiej słychać to w Panoramie – relatywnie spokojnym utworze, napędzanym pulsującą, gęstą, choć delikatną pracą garów. Gdy jednak staram się słuchać gry pozostałych członków grupy, niezmiennie gubię wątek. Z jednej strony kompozycje są wielowarstwowe i napakowane wszelkim dobrem, z drugiej większość ścieżek zlewa mi się w dość jednorodną zupę i trudno mi wyłowić z niej jakieś skarby. Sprawdza się tutaj stara zasada, że jak wszystkiego jest dużo, to trochę tak, jakby niczego nie było. Dobrze, że album, jak przystało na produkcję z prog-metalowej półki, otrzymał klarowne, selektywne brzmienie, które pomaga docenić wplecione weń patenty. Odbywa się to wprawdzie kosztem norweskiego, blackowego pazura, ale Borknagar już dawno oddalił się od ścieżki muzycznej ekstremy i nikt nie oczekuje od nich palenia kościołów i nabijania niewiniątek na włócznie.

Mam pewien problem z Winter thrice. Mimo wielu mocnych stron, doskwiera mi tu brak wybitnych momentów, których bezskutecznie doszukiwałem się podczas licznych przesłuchań. Owszem, właściwie każdy utwór z trwającej niemal godzinę tracklisty może pochwalić się świetnymi motywami, a płyta prezentuje się jako bardzo równa całość, lecz na wykresie mojej ekscytacji nie odnotowuję spektakularnych górek. Wymieniane wyżej The rhymes of the mountain, Cold runs the river i Panorama to wyśmienite numery i szkoda, że pozostałe nie charakteryzują się tak celnie dobranymi proporcjami składników. Otrzymalibyśmy wtedy naprawdę wspaniałe dzieło. Tak czy inaczej, nie da się ukryć, że mamy do czynienia z bardzo solidnym, dopracowanym w najdrobniejszym szczególe albumem, który z klasą otwiera rok 2016.

Ocena: 8/10

Oficjalny klip do Winter thrice w youtube

wtorek, 26 stycznia 2016
Abbath - Abbath

Gatunek: melodic black metal
Kraj pochodzenia: Norwegia
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Season of Mist

Cóż może być bardziej odpowiedniego na zimowe dni, od garści premierowych dźwięków z Blashyrkh? No dobrze, niezupełnie z Blashyrkh – bądź co bądź, wyrokiem sądu, Abbathowi przypadła rola banity. Na jego pierwszym solowym krążku rządzi jednak niepodzielnie duch tej dawnej ojczyzny – zimowego królestwa, powołanego niegdyś do życia w piosenkach ikonicznego Immortal. Olve Eikemo nie pozostawia wątpliwości, w jak dużej mierze jemu właśnie kapela ta zawdzięczała niepowtarzalne brzmienie i kultowy status.

Jego Receptę na sukces stanowi wszechstronność. Piosenki na płycie nie są ograniczone do jednej formuły, ani nie starają się być bardzo prawdziwe czy ortodoksyjne. Abbath ma duszę rock and rollowca, dzięki czemu ani na moment nie traci z oczu głównego celu, którym jest stworzenie zestawu ciężkich, agresywnych, ale przede wszystkim naprawdę nośnych kawałków.

By zrealizować to zamierzenie, sięga po paletę dość zróżnicowanych środków wyrazu. Dostajemy więc, między innymi, porządną, klasycznie blackową siekę á la Sons of northern darkness, w postaci najostrzejszych numerów w stawce – Endless i Fenrir hunts, dwa marszowe hymny, czyli Root of the mountain i świetny Ocean of wounds oraz imprezowy Winterbane, ze strzelającą perkusją i wiodącym riffem przywodzącymi na myśl Links 2,3,4 Rammstein. Moim faworytem jest zaś Count the dead, którego zaklęta we współpracy garów i wioseł siła po prostu wgniata w fotel.

Za warstwę instrumentalną albumu zespołowi Abbatha należą się brawa. Muszę przyznać, że obawiałem się tej płyty, tak jak większości solowych projektów, doświadczenie nauczyło mnie bowiem, że często niedomagają one w sferach, za które odpowiedzialni są dopraszani muzycy sesyjni. W przypadku Abbath, wybór padł na Kinga – znanego z God Seed i Gorgoroth (ale także Audrey Horne i Sahg) weterana norweskiej sceny oraz Kevina Foleya, bębniarza o głównie grindcorowo-deathowej proweniencji. Obaj artyści mają sporo do powiedzenia w sferze inspiracji oraz całkiem imponujące portfolio, nie ustępujące bynajmniej dorobkowi mistrza ceremonii. Mimo że wkładka nie informuje o ich udziale w pisaniu materiału, oczywistym jest, że odcisnęli na nim piętno, windując go tym samym na zaskakująco satysfakcjonujący poziom.

Danie główne stanowią naturalnie riffowanie i solówki Abbatha. Nie ma co, facet zna się na swoim rzemiośle. Nie ma tu miejsca na power chordowe nudziarstwo. W końcu, ile można wymyślić wpadających w ucho kombinacji tych samych kilku chwytów, przewijających się przez dziewięćdziesiąt procent przeciętnych blackowych utworów? Eikemo naszpikował wszystkie bez wyjątku numery masą kapitalnych, kozackich zagrywek, z gatunku tych, które swego czasu decydowały o wyjątkowości Immortalowego grania. Wystarczy posłuchać choćby wspomnianych już Winterbane i Count the dead, żeby załapać w czym rzecz. Nad całością unosi się oczywiście również jego markowy wokal, trochę śmieszny, lecz niemożliwy do pomylenia z czyimkolwiek innym, skrzeczący, ale wyraźny, przypominający jakąś blackową wariację na temat stylu Lemmy’ego.

Ta płyta to manifest Abbatha. List intencyjny, w którym zapewnia fanów, że chociaż nie występuje pod dotychczasową banderą, nie odnotował spadku formy, ani nie należy się po nim spodziewać  radykalnych zmian stylistycznych. Co więcej, pokazuje, że przez lata milczenia jego topór nie stępiał i nadal jak przyłoi, to głowy lecą aż miło. Wydaje mi się, że Demonazowi i Horghowi bardzo trudno będzie udowodnić, że ich roszczenia do używania logo Immortal są uzasadnione na muzycznej płaszczyźnie i obronić się przed popularnym nad Wisłą stwierdzeniem, że „nie ma Kata bez Romana”. Zawsze chętnie posłucham dobrego metalu, więc z przyjemnością dam się zaskoczyć, aczkolwiek jedyny w swoim rodzaju skandynawski miś panda zawiesił poprzeczkę niespodziewanie wysoko.

Ocena: 8/10

Count the dead w youtube

20:44, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2016
In Twilight's Embrace - The grim muse

ite

Gatunek: melodic death metal
Kraj pochodzenia: Polska
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: Arachnophobia Records

Niech to diabli! Nie dalej jak tydzień temu opublikowałem listę top 10 2015, a tu taki strzał. Nie miałem okazji zapoznać się z The grim muse w ubiegłym roku, ale gdybym wcześniej usłyszał ten materiał, bez dwóch zdań zająłby miejsce w zestawieniu. I to pewnie w jego pierwszej połowie. Można śmiało powiedzieć, że nikt w ten sposób nie gra w naszym kraju melodyjnego deathu, a i na świecie gatunek popadł w taką stagnację, że nie byłoby mi łatwo wymyślić współczesnej konkurencji dla In Twilight’s Embrace.

Co prawda od pierwszych nut album lekko pachnie At The Gates (sam Tompa Lindberg gościnnie pojawił się tu zresztą za mikrofonem), ale ostatnie dzieło Szwedów, choć całkiem niezłe, wypada przy nim grzecznie, poprawnie i sympatycznie. Poza tym, w trakcie słuchania okazuje się, że tylko niektóre kawałki w większym stopniu przypominają twórczość legend gothenburga. ITE wyróżnia śmiała inkorporacja do kompozycji elementów blackowych, co nadaje im żywiołowości i tworzy specyficzny klimat. Słychać to już choćby w zajebistym głównym riffie The dystopian, w Gravitate towards the unknown czy No. The grim muse to, zwłaszcza w porównaniu ze szwedzką szkołą melodeathu, gęste, naszpikowane blastami i deathowymi tremolami granie, bezkompromisowe, a jednak wciąż niezwykle przebojowe, głównie za sprawą mocnych, wpadających w ucho riffów, fajnie napisanych refrenów i świetnych wokali. Poza krótkimi smaczkami, mamy tu do czynienia wyłącznie z growlingiem, uprawianym z doskonałym wyczuciem rytmiki i solidnym kopem. Niezmiernie cieszy mnie też fakt, że bez zarzutu wypada angielszczyzna, zarówno w lirykach, jak i pod względem dykcji, której niedociągnięcia łatwo przecież w podobnej stylistyce przeboleć. Na plus należy policzyć również potężne, ale niepozbawione brudnego, chropawego rysu brzmienie krążka.

Nie potrafię wskazać słabych stron The grim muse. Tak jak napisałem, wszystko, od pracy instrumentów, poprzez kompozycję poszczególnych numerów, po produkcję, a nawet artwork zdobiący okładkę i oprawę graficzną krążka jest najwyższej próby. Chłopaki po prostu miażdżą i mam nadzieję, że niedługo będzie okazja zobaczyć ich na żywo.

Ocena: 9/10

The Dystopian w youtube

niedziela, 17 stycznia 2016
Witchcraft - Nucleus

witchcraft

Gatunek: doom metal / hard rock
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Nuclear Blast

Parę lat temu, na fali occult rocka w stylu lat 70., Witchcraft zdobył pewną popularność i, jak wiele podobnych kapel, trafił w szeregi dużej wytwórni, łowiącej głowy wpisujące się w aktualne trendy. Zbiegło się to z początkiem ewolucji muzyki Szwedów w kierunku odrobinę ostrzejszych dźwięków niż te, które dane mi było usłyszeć na świetnym The Alchemist z 2007 roku. Zarazem, niestety, stopniowo zaczęła zatracać się jej oryginalność i kapela wtopiła się w szeregi napływającej zewsząd konkurencji.

Nowy album jest nieco cięższy, bliższy metalowi niż jego poprzednik. Słychać to już w otwierającym go Malstroem, który po skradającym się wstępie wchodzi na soczysty riff, jakby wyjęty spod palców Tony’ego Iommiego. Kontynuację w tym samym duchu stanowi stricte doomowy Theory of consequence i podobne zagrywki przewijają się regularnie przez ponad godzinę trwania płyty.  

Witchcraft zawsze miał tendencję do odpływania w rejony prog rocka i psychodelii. Nie inaczej jest tym razem – chłopaki nie oszczędzają czasu i większość utworów przełamują spokojnymi pasażami. Niestety nie dysponują wystarczająco bogatą paletą dobrych pomysłów, żeby te ich wycieczki mnie porywały i na etapie kończącego płytę Breakdown, mam już po dziurki w nosie niejednokrotnie zmierzającego donikąd budowania klimatu. Helpless wystarczyłby jako reprezentant takiego podejścia – jest niepokojący i zgrabnie dozuje napięcie przed dramatycznym zwieńczeniem. Singlowy The Outcast stanowi materiał na fajny rockowy numer, ale w jego drugiej połowie energia siada. Ten sam problem, lecz w znacznie większej skali ma tytułowa piosenka. Jej ostatnie siedem minut jest do wycięcia.

Na dobrą sprawę, dopiero w To transcend the bitterness wszystkie klocki wskakują na swoje miejsce i otrzymujemy smakowity, doomowy marsz z wyczuciem dynamiki i ciekawymi liniami wokalu. Warto tu wspomnieć, że jak zwykle, niewątpliwie mocną stroną Nucleus jest bardzo dobry, uderzający jakby w morrisonowskie tony głos Magnusa Pellandera. Dzięki niemu nawet słabszych kompozycji słucha się bez bólu.

Krążek brzmi soczyście, jest na nim sporo właściwego doomowi ciężaru i kilka naprawdę fajnych momentów, ale niestety piosenek, które można by od początku do końca uznać za udane jest niewiele. To transcend bitterness i Helpless właściwie wyczerpują temat. No, może jeszcze Theory of consequence, choć sprawia wrażenie, jakby urywał się w połowie. Reszta kawałków wlatuje jednym uchem i wylatuje drugim. Wydaje mi się, że sam fakt przeżywania na nowo klimatów z lat 70. raczej nikogo już dzisiaj nie podnieca i nie wystarczy, by zbudować na nim mocne wydawnictwo. Witchcraft muszą w przyszłości bardziej się postarać i skupić na zaserwowaniu naprawdę świetnych kompozycji, bo obawiam się, że inaczej odjadą w siną dal, razem z modą, którą sami przecież tworzyli.

Ocena: 6/10

Theory of consequence w youtube

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14