sobota, 25 czerwca 2016
Volbeat - Seal the deal & let's boogie

volbeat - std&lb

Gatunek: hard rock
Kraj pochodzenia: Dania
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Universal

Volbeat kupił mnie dawno temu płytą Rock the rebel / Metal the devil. Od tamtego czasu wiernie śledzę poczynania Duńczyków, chociaż moje zainteresowanie trochę zmalało z biegiem lat. Nie da się ukryć, że chłopaki mają smykałkę do pisania fajnych rockowych numerów, ale konsekwentne obracanie się przez dekadę w tym samym muzycznym kołowrotku nie pomogło im utrzymać mojej ekscytacji. Po poprzednim albumie, Outlaw gentlemen & shady ladies, promowanym niemal Nickelbackowym singlem, pomyślałem, że ich formuła się wyczerpała i może pora przestać zawracać sobie nimi głowę. Ostatecznie jednak sięgnąłem po ich premierowy krążek Seal the deal & let’s boogie z nadzieją na słuszną porcję rozrywkowego grania, którą wcześniej skutecznie zdeptała Lacuna Coil  (patrz poprzedni post).

Oczywiście, jeśli chodzi o muzyczną formułę, nic się tu nie zmieniło względem dotychczasowej twórczości Volbeat. Włączając ich płytę nie ma co liczyć na eksplorację nowych obszarów sztuki. Zasadniczo problem sprowadza się więc do pytania, czy udało im się napisać wystarczająco dużo naprawdę dobrych melodii, riffów i refrenów, żeby udźwignęły kilkadziesiąt minut materiału. Żeby dłużej nie budować suspensu – STD&LB triumfuje na tym polu bez dwóch zdań.

Już pierwszym kawałkiem - zadziornie i potężnie brzmiącym Devil’s bleeding crown, panowie strzelają piękną bramkę. Elegancki, zdradzający pewne heavymetalowe inklinacje riff, potężna, stadionowa rytmika i markowe wokale, gdzieś spomiędzy Hetfielda i Presleya działają perfekcyjnie. W podobnych klimatach utrzymany jest ognisty, rozpędzony utwór tytułowy i kończący album, nieco mroczniejszy The Loa’s crossroads. Z drugiej strony, jak zwykle, otrzymujemy garść bardziej radiowych numerów, z partiami akustyków, rockowymi wiosłami, bardziej wyluzowaną pracą garów i zaraźliwymi refrenami, jak Marie Laveau, For evigt (gdzie znów pojawia się świetny Johan Olsen z Magtens Korridorer) czy Goodbye forever. Ten ostatni ma tak dobre linie melodyczne, że aż trudno mi w to uwierzyć, a wisienkę na torcie stanowi wkomponowany w jego końcówkę gospel.

Seal the deal & let’s boogie trwa ponad pięćdziesiąt minut i niestety Poulsenowi i spółce nie udało się wypełnić go w stu procentach tak udaną muzyką. Po efektownym wstępie, w okolicach Let it burn, materiał robi się wtórny, a utwory nijakie, zwłaszcza w porównaniu z tymi najlepszymi. Kilka z nich jest po prostu niepotrzebnych. Amerykański, knajpiany rock Black rose z gościnnym udziałem Danko Jonesa, jak również młodzieżowy punk Rebound (cover Teenage Bottlerocket) nie do końca do mnie przemawiają. Na szczęście na etapie Mary Jane Kelly duński szesnastokołowiec wraca na autostradę i nie traci tempa aż do ostatniej minuty. Zdecydowanie na plus działa tu kompozycja albumu. Volbeat nie wystrzeliwuje całej amunicji w pierwszych minutach, dzięki czemu jego słabsze partie nikną oflankowane naprawdę mocnym materiałem.

Wychodzi na to, że Duńczykom udaje się co drugie wydawnictwo. Nie jestem fanem Guitar gangsters and cadillac blood, za to Beyond hell, above heaven miał sporo mocnych momentów. Podobnie premierowy krążek doskonale sprawdza się jako rehabilitacja po miałkich Outlawach. Jeśli chodzi o niewymagającego, soczystego, imprezowego hard rocka z lekkimi ukłonami w stronę klasycznego heavy metalu, trudno o lepszy wybór niż Seal the deal & let’s boogie. Cel  na przyszłość – złapać chłopaków na jakimś koncercie. Zabawa musi być genialna.

Ocena: 8/10

Oficjalny clip do Devil's bleeding crown

13:03, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 czerwca 2016
Lacuna Coil - Delirium

lacuna coil - Delirium

Gatunek:  metalcore
Kraj pochodzenia: Włochy
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Century Media

Straciłem kontakt z dokonaniami Lacuna Coil w okolicach Unleashed Memories, czyli piętnaście lat temu. Zachęcony pozytywną opinią znalezioną gdzieś w internecie, a czując chwilowy niedosyt niewymagającego, przebojowego, dobrze wyprodukowanego pop metalu, postanowiłem sięgnąć po nowe dzieło Włochów.

Poważny błąd. Nie spodziewałem się, że ich muzyka na przestrzeni lat przeistoczyła się z czegoś na kształt gotyku w stylu ówczesnych krążków Paradise Lost, w czystej wody plastikowy metalcore. Do pewnego stopnia toleruję takie granie, a niektóre rzeczy wręcz mi się podobają, więc mimo pierwszego szoku podszedłem do Delirium z optymizmem. Niestety, okazało się, że nie mogłem liczyć na nic poza ewentualnym bólem głowy. Pierwszy numer dobrze reprezentuje charakter materiału i właściwie wyczerpuje temat. Otwiera go wściekły deathcore’owy ryk, po którym wchodzi podbity basem rodem z Korna, tłuczony gniewnie na jednym progu riff (o ile w ogóle można to tak nazwać), wtórujący toczącemu się jak walec, standardowemu, przewidywalnemu biciu bębna basowego. Wokalnie w zwrotkach pierwsze skrzypce gra Andrea Ferro, frazujący, ku memu zaskoczeniu, z grubsza jak Max Cavalera w Rootsach. Zupełnie inaczej kojarzył mi się jego niegdysiejszy wkład w styl Lacuna Coil. Cristina Scabbia w sporej części piosenek zajmuje miejsce za mikrofonem głównie w refrenach.

Wokalistka, będąca jak wiadomo twarzą kapeli i najbardziej rozpoznawalnym elementem jej brzmienia, sprawia się poprawnie, kiedy już dochodzi do głosu. Jej linie są w miarę ładne, ale nie zostają na długo w pamięci. Plus, oczywiście, co chwile kontrują je beznadziejne, monotonne wrzaski Ferro. Gdzież jest choćby melodyka Purify, który prawdopodobnie byłbym w stanie zanucić wyrwany ze snu o czwartej nad ranem? Jedyną (relatywnie) jasną stroną wydawnictwa jest numer tytułowy. Opatrzony charakterystycznym motywem elektronicznym oraz prostym i chwytliwym refrenem nie najgorzej nadaje się na samochodową składankę.

Po latach słuchania metalu intuicja pozwala mi w miarę skutecznie unikać podobnych potworków. Dzięki temu, że tym razem mój radar zawiódł, mogę z czystym sumieniem skreślić aktualne dokonania Lacuna Coil z listy moich muzycznych zainteresowań. Polecam omijać Delirium szerokim łukiem.

Ocena: 2/10

Delirium w youtube

20:45, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 kwietnia 2016
Deströyer 666 - Wildfire

Destroyer 666 - Wildfire

Gatunek: black thrash metal
Kraj: Australia
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Season of Mist

Deströyer 666 zawsze kojarzył mi się z dość skocznym, choć bezlitośnie plugawym i agresywnym black thrashem, który z zasady gniótł i szarpał flaki niczym nabijana zardzewiałymi gwoździami żelazna rękawica. Zwłaszcza ich debiut Unchain the wolves (nie mówiąc o EPce Violence is the prince of this world) i późniejszy Cold steel… for an iron age dobrze wpisywały się w to porównanie. Wydany w 2009 roku Defiance wciąż całkiem solidnie napierdalał (The barricades are breaking, na ten przykład), nic więc nie zwiastowało nadejścia stylistycznej wolty, którą odwinął K.K. Warslut z nowo uformowanym składem kapeli na swoim najświeższym dziele, zadziwiająco rock’n’rollowo zatytułowanym – Wildfire.

Nie mnie osądzać, czy wyrzucenie za okno zimnej, wojennej dewastacji i zastąpienie jej organicznym, ciepłym brzmieniem i imprezową speed metalową jazdą z głębokimi ukłonami w stronę Venom wynikło z potrzeby serca uwolnionego od dawnych kolegów frontmana, czy tkwi w tym odrobina koniunkturalizmu. Skupię się na efektach transformacji. Fakt, Deströyer 666 A.D. 2016 jest dużo bardziej przyjazny użytkownikowi niż Deströyer 666 A.D. 2002, co niewątpliwie może zrazić część starych fanów, ale do cholery, kawałki wchodzące w skład nowego materiału są po prostu zajebiste. Łączą w sobie piekielny jad, jakiego stary Cronos na pewno już nigdy nie da rady z siebie wykrzesać, pracę gitar, której nie powstydziłyby się gwiazdy NWOBHM w swoich najlepszych czasach i nieskrępowaną ognistą przebojowość w stylu dzisiejszych retro heavymetalowców z Enforcer czy Portrait. Piosenki jadą na dynamicznych, wściekłych kanonadach sekcji rytmicznej, atakują wiadrami najwyższej jakości riffów á la Mercyful Fate czy Slayer i wręcz buchają, na klasyczną modłę, masą powplatanych  gdzie się tylko da, piorunujących solówek.

Krążek otwiera szybkie combo w postaci Traitor i Live and burn – murowanych koncertowych killerów z refrenami idealnymi do darcia mordy i motoryką, która wprawia tłum w stan istnego szaleństwa (byłem, doświadczyłem). Podobnie prezentują się White light fever i kawałek tytułowy, zdecydowanie najwyraźniej hołdujące praojcom black metalu. Hounds at ya back to dla odmiany całkiem melodyjny numer o zaraźliwym groove, z dodatkiem czystego wokalu, przywodzący na myśl zeszłoroczne dzieło Tribulation, zaś toczącemu się w wolniejszym tempie Hymn to dionysus, za sprawą opartych na tremolach riffów i sekcji blastbeatów, najbliżej do klasycznie pojętego współczesnego blacku. Album zamyka, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Defiance, podniosły i epicki (jak na D666) utwór o zdecydowanie melancholijnym zabarwieniu, jak drakkar odpływający w daleki rejs powrotny na antypody.

Wildfire to świetna płyta, choć gdyby została wydana parę lat temu, jej notowania mogłyby być wyższe. Sztuczka polegająca na ortodoksyjnym powrocie do złotych lat klasycznego heavy metalu zdążyła niestety zostać wyeksploatowana i Deströyer 666 załapał się z premierowym materiałem na schyłek mody na takie granie. Na szczęście, piosenki zawarte na krążku, dzięki swej jakości, bronią się zupełnie dobrze niezależnie od trendów i jeżeli ktoś potrafi wybaczyć K.K. Warslutowi odejście od klimatów skąpanego w dieslowskich oparach wojny czołgów drugofalowego blacka, powinien czuć się nimi w pełni usatysfakcjonowany.

Ocena: 8/10

Klip do Wildfire w youtube

niedziela, 10 kwietnia 2016
Amon Amarth - Jomsviking

Amon Amarth - Jomsviking

Gatunek: melodic death/viking metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Metal Blade

Amon Amarth to porządna firma. Można się po nich spodziewać nowego materiału mniej więcej raz na dwa, trzy lata i zazwyczaj dają radę wyprodukować dokładnie to, czego oczekują fani – solidną dawkę głośnego, ultra-przebojowego metalu o wikingach, który kiedyś można było nazwać melodeathem, a dziś leży gdzieś pomiędzy tym gatunkiem, a bardziej przyjaznym heavy czy viking metalem. Z jednej strony słychać, że chłopaków wciąż to bawi, a z drugiej nie pozostawiają złudzeń – to ich praca, do której podchodzą jak do rzemiosła. Są w nim dobrzy i nie zamierzają opuszczać ustalonej strefy bezpieczeństwa. Wszystko sprowadza się więc do tego, na ile udana okaże się kolejna porcja piosenek, przy założeniu, że ich formuła nie ulega zmianie.

Jomsviking sprawdza się nieźle, chociaż nie osiąga takiego poziomu skuteczności, jak Twilight of the thunder god i Surtur rising z świeższych dokonań Szwedów, nie mówiąc o ich starszych krążkach. Materiał startuje z grubej rury, doskonałym First kill, zapowiadającym nadchodzącą krwawą radochę. Otwiera go krótki maidenowski riff, lecz już w zwrotce kapela wchodzi na wyższe obroty i wypruwa flaki z instrumentów. Mocny, agresywny, a zarazem bardzo chwytliwy numer, który jednak dobitnie uświadamia, że dzisiejsi Amon Amarth częściej nawet niż dotychczas, sięgają po przyjazne, klasycznie heavy metalowe rozwiązania. Słychać to zwłaszcza później, w Rise your horns, At dawn’s first light, One thousand burning arrows i thrashowo zasuwającym Vengeance is my name. Nie jest to oczywiście wada materiału sama w sobie – jeśli ktoś szuka bezkompromisowej deathowej rzeźni… cóż, raczej nie szuka jej na płytach naszych bohaterów.

Najbardziej na Jomsviking przemawiają do mnie piosenki, w których balans przesunięty jest choć trochę w stronę dawnego ciężaru. Mam na myśli utwór tytułowy, One against all i mojego faworyta - On a sea of blood z dobrymi, jadowitymi zwrotkami i epickim refrenem w stylu Twilight of the Thunder God. Podoba mi się też zamykający stawkę, przyjemnie ciężki, hymnowy Back on northern shores i, o dziwo, walcujący, opatrzony gościnnymi wokalami Doro The dream that cannot be. To się nie mogło udać, a jednak. Co by nie gadać, Tina Turner heavy metalu wciąż potrafi wywołać ciarki na plecach swoim głosem Czerwonej Sonji! Mam natomiast problem z kawałkami typu Rise your horns i The way of the vikings. Pierwszy z nich przypomina jakąś imprezową, pijacką przyśpiewkę á la Alestorm (których nota bene bardzo lubię, ale tu mi ta estetyka jakoś nie leży - Amon Amarth napisali przecież x lat temu Master of war, na litość boską), druga zaś jest po prostu zbyt banalna i przewidywalna nawet jak na klimaty wikingowskiego buractwa („Faster!!! Stronger!! (Scooter!)”).

Trudno mieć jakieś zastrzeżenia do strony wykonawczej Jomsviking. Serwowane szczodrze riffy i melodyjne leady są w większości smakowite i wywołują u mnie uśmiech satysfakcji. Tobbe Gustafsson maltretuje zestaw perkusyjny aż miło, gra gęsto, nawet w spokojniejszych fragmentach  nie pozwalając sobie na prostackie pukanie na odczepnego. Bardzo dobrze służy to odbiorowi całokształtu. Johan Hegg jaki jest, każdy wie. Jego perfekcyjnie zrozumiały, dumny growling herszta bandy orków (dzięki S.C. za to porównanie) nie może się nie podobać. To co mnie jednak odpycha, to durne linie gadanej narracji w jego wykonaniu (początek Vengeance is my name, na ten przykład). Naprawdę mogli sobie chłopaki odpuścić tę dodatkową, niepotrzebną warstwę sera.

Jaki jest więc werdykt? Jomsviking to poprawny, profesjonalnie wykonany materiał, który nie odstaje od reszty dyskografii kapeli. Posiada kilka mocnych, wybijających się fragmentów, a także kilka mielizn, ale nic szczególnie wybitnego czy, na szczęście, beznadziejnego. Jeżeli ktoś nie wymaga od muzyki tylko objawień czy rewolucji, a potrafi zadowolić się od czasu do czasu garścią dobrej, motorycznej i rozrywkowej jazdy, może spokojnie po niego sięgnąć i nie powinien się zawieść. Osobiście przesłuchałem go z przyjemnością od deski do deski ładnych parę razy, wyłuskując kilka niekwestionowanych killerów. Podskórnie boleję jednak nad tym, że Amon Amarth odpuścili sobie niemal wszelkie wycieczki na ekstremalną stronę metalu. Wolałem ich muzykę obficiej skąpaną w krwistym, wyrzezanym ciosami ciężkiego topora sosie, niż w chłodnym piwku z kija, na które ostatnio coraz chętniej go zamieniają.

Ocena: 7/10

Klip do First Kill w youtube

sobota, 26 marca 2016
Rotting Christ - Rituals

Rotting_Christ_Rituals

Gatunek: melodic black/folk metal
Kraj pochodzenia: Grecja
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Season of Mist

Muzyka Rotting Christ emanuje pewną unikalną, mistyczną aurą, wynikającą z udanego wmieszania w metalową estetykę inspiracji ciemną stroną helleńskiej (ostatnio nie tylko) mitologii. Sakis i spółka już od dłuższego czasu odchodzą od stricte blackowego grania, coraz bardziej eksplorując tę właśnie klimatyczną ścieżkę, której swoistym apogeum wydaje się być Rituals.

Tytuł krążka trafnie oddaje ideę, która, jak sądzę, przyświecała muzykom podczas komponowania materiału, jest to bowiem muzyka rytualna, zakorzeniona w dużej mierze w hipnotycznych rytmach, które mógłby wybijać otoczony przez pogrążonych w transie wiernych starożytny kapłan, pochylający się nad misą dymiących kadzideł. Metalowe instrumentarium stanowi nośnik energii, nadający całości ciężar i ekstremalny szlif, nieustępujący kilku ostatnim dziełom Rotting Christ, ale jego praca ma wtórne znaczenie. Najważniejsza jest tu atmosfera i bogactwo aranżacji: wściekłe wrzaski Danai Katsameni w doskonałym, druzgocącym Elthe Kyrie, melorecytacja Nicka Holmesa w monumentalnym For a voice like thunder czy przejmujące, rytualne inkantacje w Ze Nigmar i Devadevam. To właśnie te, dopracowane w szczegółach elementy naprawdę lśnią w mroku Rituals i budują fascynującą, wielobarwną, choć mroczną otoczkę, którą album wprost ocieka.

Jakkolwiek koncepcyjnie Rituals robi imponujące wrażenie, niestety chwieje się i w końcu zapada pod własnym ciężarem. Poza szaleńczym Elthe Kyrie i epickim For a voice like thunder trudno jest mi wskazać utwory, które byłyby w całości na tyle dobre, by stanowić mocne filary dla tego zamierzenia. Z przestrzeni pomiędzy egzotycznymi wycieczkami  wieje nudą. Numery takie jak In Nomine Dei Nostri, Les Litanies De Satan (abstrahując od boleśnie oklepanego źródła inspiracji), Konx Om Pax, Apage Satana są kompletnie niepotrzebne, a i w innych nie brak miałkich momentów. Mam wrażenie, że instrumentaliści często nie mają nic do powiedzenia i z rozpędu powielają sprawdzone schematy, w metalowej warstwie muzyki zadowalając się odgrywaniem garści prostackich, powtarzalnych i, niestety, bez wyjątku bardzo wtórnych patentów. Na przestrzeni ostatnich lat na okrągło częstują nimi swoich fanów - najwyższy czas napisać coś nowego.

Trzeba oddać piosenkom, że posiadają, jak to zwykle bywa w przypadku sztuki Rotting Christ, pierwotną moc, zaklętą w potężnych rytmach i monumentalnych melodiach, opatrzonych dodatkowo wypasionym brzmieniem. Wszystko o czym wspomniałem nie klei się jednak w przekonującą całość i satysfakcjonuje mnie tylko fragmentarycznie, czasem faktycznie wywołując wypieki na twarzy, to znów wkurzając niemiłosiernie monotonią i sztampą. Naprawdę bardzo lubię tę południową ekipę, dlatego mam nadzieję, że wkrótce się otrząsną, doładują do pieca i ruszą z natarciem, zamiast brnąć w gęstniejące opary niepopartej jakością muzycznego mięcha pretensjonalności.

Ocena: 5/10

Elthe Kyrie w youtube

niedziela, 13 marca 2016
The Shitstorms - Introducing...

Introducing... The Shitstorms

Gatunek: punk rock / stoner
Kraj pochodzenia: Polska
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Plexus of Infinity

Dostałem niedawno do przesłuchania debiutancki minialbum The Shitstorms, świeżutkiego bydgoskiego tria zapaleńców, od paru już lat wgryzających się w lokalną scenę, choć dotychczas pod innym szyldem. Jako że ich wcześniejsze dokonania sygnalizowały spory potencjał, z zaciekawieniem odpaliłem Introducing…, licząc na kawałek przyjemnego, żywiołowego, rockowego grania. Jak się okazało, moje oczekiwania miały zostać spełnione i to ze sporą nawiązką. Materiał od pierwszych dźwięków dobitnie pokazuje, że jego autorzy to ambitni i świetni technicznie instrumentaliści, którzy pod płaszczykiem radosnego, energetycznego hałasowania, wyraźnie wskazującego na inspirację rosnącą w siłę amerykańską sceną z pogranicza punka, stonera i plażowego popu á la Beach Boys, przemycają masę genialnych pomysłów i dają rzadko spotykany popis rzemiosła. Na dodatek nie da się nie zauważyć, że mają dryg do pisania efektywnych, ultra przebojowych numerów.

Wydawnictwo jest niestety króciutkie – zawiera zaledwie trzynaście minut muzyki. Składają się na nie cztery utwory, każdy o nieco innym charakterze. Na wstępie – We are the shitstorms – doskonała wizytówka i manifestacja obranego przez chłopaków kierunku, brzmiąca jak coś, co mogliby nagrać Ramonesi na dopalaczach, po wzięciu kilku dodatkowych lekcji z obsługi instrumentów. Po nim dostajemy pogodny, jakby skrojony dla nieco szerszej publiki Demon Dog, krótki, acz skuteczny niczym cios w mordę Death by audio i powolny, apokaliptyczny The afterglow, o zdecydowanie najmroczniejszym wydźwięku z całej stawki.

Kawałki niesie motoryczna, zwracająca uwagę kreatywnością praca perkusisty – Jacka Grzywniaka, który zdaje się czekać tylko na pretekst, by zerwać się z łańcucha i poszaleć. Okazja taka trafia mu się raz po raz, a wtedy daje się ponieść wyobraźni i z zadziwiającą lekkością częstuje słuchaczy niespodziewanymi, często zaskakującymi techniką patentami. W We are the shitstorms prezentuje krótką, dynamiczną solówkę, w Demon dog wchodzi na błyskotliwe, jazzujące bicie, zaś w refrenie The afterglow wgniata w glebę i walcuje tłustymi, niskimi kawalkadami, których nie powstydziłby się niejeden doomowy bębniarz. Nieustannie współpracujący i wymieniający się na pierwszym planie duet przesterowanej do maksimum, roztrzeszczanej gitary wiodącej (Łukasz Domański) i warczącego basu (Stanisław Cybulski) serwuje szybkie, energetyczne punkowe riffy, odpływając jednak co rusz to w przepalone solówki i improwizacje, rodem z pustynnych obszarów, gdzie kiedyś rządził Kyuss, to znów, zwłaszcza w The afterglow w klimaty cięższego, niepokojącego, prawie dronowego buczenia z okolic Black Sabbath czy Electric Wizard. W ten sposób pięknie przełamana zostaje pozornie prosta formuła piosenek. Nad wszystkim unosi się naprawdę fajny głos Łukasza. Czy to skąpany w pogłosie, ale trzymający wybitnie pozytywną i chwytliwą linię melodyczną w We are the shitstorms, wściekły i brudny w Death by audio, czy bawiący się falsetem w Demon dog, sprawdza się znakomicie i naprawdę pomaga utworom głęboko zagnieździć się w świadomości.

Kiedy wybrzmiewa ostatni, zamykający zestaw dźwięk, czuję zdecydowany niedosyt. Niespełna kwadrans to za mało, żeby nacieszyć się Introducing…. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby usłyszeć przynajmniej drugie tyle tej niespotykanej dotąd na polskiej scenie błyskotliwej mikstury wyrafinowanego, kreatywnego grania z atawistyczną garażowo – punkową postawą, skąpanej w przepalonej stonerowej zupie. Czekam wobec tego niecierpliwie na ciąg dalszy historii w wykonaniu The Shitstorms i zaciskam kciuki za to, by przyszłe kompozycje trzymały ten sam poziom, były równie skupione i iskrzyły nie mniejszą energią niż ich zwiastun.

Ocena: 9/10

Profil bandcamp zespołu

środa, 02 marca 2016
Steel Drunk - Vendetta

Steel Drunk - Vendetta

Gatunek: hard rock
Kraj: Polska
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: self-released

Parę tygodni temu, pocztą pantoflową, trafił w moje ręce debiutancki materiał Steel Drunk. Jako wychowanek, częściowo przynajmniej, bydgoskiej sceny muzycznej, z zainteresowaniem zapuściłem Vendettę, aby przekonać się co piszczy w trawie, w której za moich czasów hasały ekipy Chainsaw, None czy Art of Illusion. Otóż chłopaki z podniesionym czołem kontynuują tradycję zapoczątkowaną nad Wisłą dekady temu przez TSA – łoją zadziornego hard rocka, zakorzenionego w imprezowej klasyce, kontestując przy tym społeczne i polityczne status quo, wygrażając odwiecznym „im” zakutą w motocyklową rękawiczkę pięścią.

Już pierwsze nuty Machiny nienawiści ślą ukłony klasykom, ruszając z riffu, w którym odbijają się odległe echa choćby Rat bat blue. Konotacje takie przewijają się w zagrywkach przez cały właściwie czas trwania EPki, od momentu jednak, w którym do głosu dochodzą gary i piosenka otwierająca wchodzi na wyższe obroty, staje się jasne, że jest to bardziej współczesna zabawa, oparta o trochę nowsze rozwiązania, zamiast bluesowych zdradzająca raczej heavy metalowe inklinacje. Praca wiosła w irowatym Zobaczyć więcej daje temu pierwszy piękny dowód, zaś tytułowy numer, otwarty złowrogim „ugh!” zawiera krótkie wstawki podwójnej stopy i fajny refren, podskórnie kojarzący mi się ze starą Metalliką. W pozostałych numerach Steel Drunk utrzymuje tempo, mieszając AC/DC z Judasami w kroczącym Marszu głupców i TSA z Motörheadowskim rock‘n’rollem w pędzącym Wyścigu z samym sobą i bujającym Zewie krwi.

Instrumentalnie Vendetta to solidne granie. Co do zasady bezpardonowo jedzie naprzód na mocnych, wpadających w ucho riffach i solidnej grze sekcji, serwując raz po raz żywiołowe leady, a jednak, w tej dość prostolinijnej formule, chłopaki od czasu do czasu znajdują miejsce na interesujące kompozycyjne sztuczki. Vendetta około połowy trzeciej minuty wpuszcza na pierwszy plan brzdąkającą jazzowo basówkę, natomiast Wyścig z samym sobą zalicza niemalże breakdown, który zamiata pole przed piękną, ognistą solóweczką.

Wprawdzie dotychczas nie szczędziłem Steel Drunkom pochwał, ale niestety, że się tak wyrażę, jest jedno „ale”, które kładzie się cieniem na odbiorze tego materiału. Składam je na karb mojego wieku i trochę innego stosunku do rzeczywistości, niż ten, który miałem w czasach liceum. Rzecz w tym, że dość ciężko słucha mi się Vendetty, ze względu na jej warstwę wokalną, a dokładniej rzecz ujmując – liryczną. Taka jest dola kapel śpiewających w rodzimym języku, że muszą mieć albo wybitnie dobre teksty (co ma miejsce rzadziej), albo gardłowego o wybitnie plugawej dykcji (częstszy przypadek), żebym był w stanie je łyknąć. Typowo rockowy jadłospis, czyli imprezy i cycki, tudzież młodzieńczy bunt przeciwko „nim”, zaserwowany w języku, który dociera do mnie na zupełnie innym poziomie percepcji, niż, dajmy na to, angielski, potrafi mocno obniżyć moją radość z obcowania z muzyką. Podobna sytuacja niestety ma miejsce tutaj. Szkoda, bo głos Tomka Czyżewskiego prezentuje się całkiem przekonująco, a pewne niedostatki techniczne nadają numerom tak potrzebnej chropawości i autentyzmu. Jego partie kojarzą mi się z dokonaniami Marka Piekarczyka w szybszych numerach z wczesnych płyt TSA (ich liryki, nota bene, również zazwyczaj mi nie leżały).

Podsumowując, Vendetta jest fajnym wstępem i prezentacją możliwości tej młodej kapeli. Została nagrana z pełnym profesjonalizmem i z powodzeniem mogłaby zagościć w czyimś samochodowym odtwarzaczu, do którego, zaraz obok suto zakrapianych klubowych koncertów, wydaje się być stworzona. W zasadzie nie ma na niej ani jednego kiepskiego numeru, jeśli nie brać pod uwagę mojego filologicznego zrzędzenia. Czy chciałbym więc, aby Steel Drunk przerzucili się na angielszczyznę? Podejrzewam, że to odarłoby ich muzykę z części charakteru, więc zamiast tego, po prostu życzyłbym sobie, aby na przyszłość poukładali doroślejsze liryki. Nie jest to odkrywcza sztuka, ale światu, zdominowanemu przez delikwentów w rurkach powyżej kostki i przykrótkich marynarkach, potrzeba bezpretensjonalnego, porządnego, wkurwionego hard rocka. Dlatego będę chłopakom kibicował.

Ocena: 6/10

profil bandcamp zespołu

20:01, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2016
Megadeth - Dystopia

dystopia

Gatunek: thrash metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Universal Music

Dave Mustaine para się graniem thrash metalu od czasu kiedy stawiał pierwsze kroki w szeregach Metalliki, jak większość kolegów po fachu, na przestrzeni ponad trzech dekad, to poszukując swojego miejsca wśród bardziej uczesanych, łatwych w odbiorze dźwięków, to znów wracając jak bumerang do tak zwanych korzeni. Jego dokonania nigdy nie były specjalnie istotnym punktem na mapie moich zainteresowań, niemniej cenię go za profesjonalizm, charyzmę zaklętą w zaplutym głosie, bitną postawę względem establishmentu i, być może przede wszystkim, umiejętność pisania niezłych piosenek. W związku z tym staram się być w miarę na bieżąco z kolejnymi wydawnictwami, które serwuje. Przyznaję, że po fali miażdżącej krytyki, jaka spadła kilka lat temu na Supercollider, odpuściłem sobie ów krążek, ale wszystkie wcześniejsze stoją na mojej półce w okolicach dyskografii Metalliki, Slayera i tym podobnych. Przed paroma tygodniami spoczęła obok nich również Dystopia.

Stanowi ona kolejną, po Endgame, próbę powrotu do czasów dawnej agresji. Czy udaną? Przynajmniej częściowo. Od pierwszych minut słychać, że Rudy nie pogodził się ze światem i nadal wymachuje pięścią w stronę polityków, hipokrytów i innych, którzy zaleźli mu za skórę podczas dość już długiego żywota. To niewątpliwie nadaje wiarygodności premierowemu materiałowi, podobnie jak odświeżenie składu kapeli i obsadzenie za garami i drugim wiosłem młodych gniewnych, zamiast wysłużonych, zblazowanych rzemieślników. Dystopia brzmi dość ciężko (jak na współczesny Megadeth, ma się rozumieć). Już otwierający ją The threat is real pokazuje, że tym razem Dave’owi nie w głowie miejscówka w zestawieniach MTV, a przynajmniej nie w tych pop-rockowych. Jest to bardzo fajny, ładnie szarpiący numer, jadący na zajebistym riffie, prowadzącym do prostego, acz kozackiego refrenu, w którym wokal zaskakująco zahacza o manierę przypominającą styl Chucka Billy’ego z Testament. Podobnie ma się sprawa z Death from within, Bullet to the brain czy choćby Lying in the state.

Dla odmiany Poisonous shadows i Post American world utrzymane są w średnich tempach, a Mustaine cedzi ich teksty przez bardziej niż zwykle zaciśnięte zęby. Tytułowa Dystopia pachnie klasycznym heavy metalem, zaś The Emperor zdradza zdecydowanie hard rockowe inklinacje, stanowiąc tym samym najbardziej jednoznaczną wycieczkę w stronę radiowych poszukiwań Megadeth z czasów minionych. Po tylu latach nieortodoksyjnych muzycznych zabiegów trudno byłoby oczywiście oczekiwać, że nowe wydawnictwo całkowicie się od nich odetnie. Dzięki temu, że tak się nie stało, Dystopia jest przyjemnie zróżnicowana i poszczególne numery z względną łatwością umościły sobie legowisko w mojej świadomości. Instrumentalnie wszystko znajduje się tam gdzie powinno, jednakże, jak to często w takim klasycznym metalowym graniu bywa, nie ma tu miejsca na eksperymenty czy fajerwerki. Perkusja nadaje rytm wprawdzie bez większego polotu, lecz z pewną wyczuwalną lekkością, bas zaś, za który odpowiada weteran w szeregach Megadeth, David Ellefson, gdzieś tam majaczy, nie dostawszy szerokiego pola do popisu. Słowem, widać jak na dłoni kto tu pełni rolę gwiazdy, a kto chórku.

Niestety, mimo wielu udanych patentów, Dystopia cierpi z powodu niedostatku żywiołowości i prawdziwego artyleryjskiego ognia. Brak tu szaleństwa, autentycznego wkurwienia, które wyniosłoby piosenki powyżej poziomu zwykłego rzemiosła. Tak jak pisałem, czuję, że Mustaine wciąż nie lubi większości społeczeństwa, odnoszę jednak wrażenie, że nie ma już ikry, żeby coś z tym fantem zrobić. Thrash metal to taki gatunek muzyki, który odgrywany na pół gwizdka po prostu nie ma racji bytu. W jego podstawy wpisana jest agresja, jad, wściekłość, szybkość, walka na kastety z całym światem, a Megadeth już od lat co najwyżej ze skrzywioną miną kontestuje codzienność przy chłodnym piwku. Ich najnowszy album nie powinien zawieść osób spragnionych solidnego wykonawstwa, ale nie wierzę, żeby udało mu się dotrzeć do swojego naturalnego targetu – zbuntowanych dzieciaków, które szukają przewodnictwa w starciu z nieprzyjazną rzeczywistością. To już chyba po prostu nie te lata.

Ocena: 7/10

Oficjalny klip do Threat is real w youtube

17:25, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 lutego 2016
Fleshgod Apocalypse - King

Fleshgod Apocalypse - King

Gatunek: symphonic death metal
Kraj pochodzenia: Włochy
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Nuclear Blast

Nowe wydawnictwo Fleshgod Apocalypse jest doprawdy iście królewskie - pełne przepychu i potężne, nawet jeśli tytułowy monarcha, w myśl konceptu, jawi się marionetką szarych eminencji. Włosi zebrali do kupy swoje dotychczasowe dokonania i inspiracje w jednym tylko możliwym celu – wysmażyć deathowe dzieło, okrojone ze słabości poprzedników, czerpiące z nich najlepsze rozwiązania. Album mający stratować na miazgę słabowitych pretendentów do tronu. No i udało się – King jest bezlitośnie brutalny, niczym Oracles czy Agony, ale mniej od nich monotonny. Pierwotna monolityczna intensywność została zróżnicowana i poprzełamywana już parę lat temu, przy okazji krążka Labyrinth, który niestety częściowo stracił przez to charakterystyczny ekstremalny wydźwięk. Teraz jednak wszystkie elementy współistnieją w idealnej równowadze, dzięki czemu od premierowych kawałków wręcz trudno się oderwać.

Album został tak sprawnie skomponowany, że obcując z nim nie sposób się nudzić. Fleshgod Apocalypse zadbali o to, by raz na kilka minut zafundować słuchaczom jakiś solidny punkt orientacyjny w tym gąszczu blastbeatów. Rolę tę spełniają choćby przebojowy The fool, świetny operowy przerywnik Paramour, następujący po nim The vulture beholds z monstrualnie epickimi partiami symfonicznymi i niesiony rewelacyjną, galopującą pracą garów A million deaths. Jak wspomniałem na początku, aranżacje porażają przepychem. Dźwięki metalowego instrumentarium splecione są nierozłącznie z orkiestracjami, których nie powstydziłby się John Williams (Healing through war), a kawalkady deathowego growlingu uzupełniają partie czystego śpiewu, czy raczej krzyku, oraz bombastyczne operowe wokalizy (Syphillis). Wszystko to może oczywiście razić metalowych purystów, zwłaszcza tych o uszach wrażliwych na patos, lecz muszę tu zdecydowanie zaznaczyć, że wydźwięk całości materiału daleki jest od lukru i motylków. Wyłania się z niego raczej  obraz manipulacji i rozpusty prowadzącej do nieuchronnego upadku.

Dla mnie King to pierwszy wielki album tego roku. Profesjonalizm wylewa się z każdej jego nuty, a jednocześnie przepełniają go emocje i charakter. Stanowi swego rodzaju atlas ekstremalnego łojenia – blastbeatów i death metalowego riffowania – poskładanych w doskonałe kompozycje i w niespotykanie umiejętny sposób zespawanych z klasyczną sferą muzyki. Jest brutalny, a zarazem inteligentny i posiada ten natychmiast rozpoznawalny rys, dzięki któremu Fleshgod Apocalypse w ciągu kilku lat wyrośli na jedną z jaśniejszych, młodych gwiazd sceny. Zdecydowanie jazda obowiązkowa dla wszystkich starających się trzymać rękę na pulsie, jeśli chodzi o ciężkie granie.

Ocena: 9/10

Oficjalny klip do Gravity w youtube

18:07, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2016
Relacja z koncertu: Helloween, Warszawa, Progresja 16.02.2016

Tak się złożyło, że kiedy poprzednio widziałem Helloween na koncercie, w trasie również towarzyszył im Rage. Byłem wówczas oddanym fanem Dyń, jak zresztą wielu innych zacnych niemieckich (i nie tylko) kapel power metalowych. Po trzynastu latach, podczas których ta część mojej płytoteki pokryła się warstewką kurzu, postanowiłem zrobić sobie sentymentalną podróż do Warszawy na gig promujący ich nowy album. Mimo spadku zainteresowania, przez minioną dekadę nie przestałem zupełnie śledzić ich dokonań i jestem do pewnego stopnia zaznajomiony ze wszystkimi wydawnictwami, które ostatnio spłodzili. Co więcej, uważam, że trzymają stały, całkiem niezły poziom, wobec czego spodziewałem się po wieczorze w Progresji masy dobrej zabawy i solidnie zdartego gardła. Nawiasem mówiąc, zaliczyłem również swego czasu epizod pod znakiem Rage, tak więc występ tria pod wodzą Peavy’ego Wagnera uznałem za nader sympatyczną przystawkę.

Helloween_4

Do klubu dotarłem mniej więcej w połowie show Crimes of Passion. Gdy zainstalowałem się na miejscu, a w mojej ręce wylądował pierwszy kubek piwa, Brytyjczycy właściwie gotowi byli do opuszczenia sceny. Stanąłem więc w jej okolicy w oczekiwaniu na Rage. Trzeba oddać Wagnerowi, że jest wystarczająco charyzmatyczny, by już po kilku minutach grania bez problemu zjednać sobie długowłosą brać. Inna sprawa, że jego zasługi na heavy metalowym polu są niemałe – idę o zakład, że większość zebranych tego dnia gości Progresji wiedziała kto zacz i nie potrzebowała dodatkowej zachęty do dobrej zabawy. Niestety, mimo że z przyjemnością słuchałem, a nawet śpiewałem hity w stylu Black in mind, End of all days czy nieśmiertelnego Higher than the sky, całość występu nieszczególnie mnie porwała. Oszczędnie zaaranżowanym i odegranym numerom zabrakło iskry. Wypadły statecznie, nie lepiej niż poprawnie, niemniej panowie spełnili swoje zadanie i z powodzeniem rozruszali publikę zanim na scenę wstąpiła gwiazda wieczoru.

Helloween_3

Helloween przywitali ludzi kombem w postaci Eagle fly free i Dr Stein. Nie sądzę, żeby na sali znalazł się ktoś niezadowolony z takiego manewru. Gardła niewątpliwie dostały w kość. Trzeci w kolejce, My God- given right, nie tak dobrze jeszcze zakorzeniony w mojej pamięci, dał mi trochę odsapnąć przed kolejnym dubeltowym wystrzałem, czyli Steel tormentor i Mr Torture. Zespół, jak przystało na starych wyjadaczy, momentalnie zawładnął lokalem. Andi Deris, w wyśmienitej formie wokalnej (gość naprawdę się wyrobił przez ostatnie kilkanaście lat), odziany w obowiązkową flanelową koszulę, śpiewał kolejne kawałki, gestykulując i zawłaszczając scenę do spółki z Markusem Grosskopfem. Klasyczny duet, wsparty przez relatywnie świeżą krew – Saschę Gerstnera – tworzył rozrywkowy trzon składu i z powodzeniem rozkręcał imprezę, podczas gdy Michael Weikath rzeźbił solówki zajmując, jak zwykle, ustronne miejsce z boku sceny. Dani Loeble zasiadł za imponującym zestawem perkusyjnym i łoił z młodzieńczą werwą, zapewniając piosenkom niezbędny impet. Otrzymał też swoje pięć minut na siarczyste solo, gdy pozostali Dyniogłowi łapali oddech na zapleczu. Bardzo dobrze zaprezentował się zwłaszcza w zestawieniu z garowym Rage, który, mam wrażenie, bez polotu wybijał proste, przewidywalne rytmy. Muzycy, choć nie tacy już młodzi, wypadli bardzo naturalnie i żywiołowo. To dobrze, bo zobaczywszy wcześniej ich wypacykowane i wyfotoszopowane fotki w książeczkach płyt, obawiałem się nieco widoku zakonserwowanych, pudrowanych mumii.

Helloween_1

Setlista niemal w pełni mnie usatysfakcjonowała. Oprócz wymienionych wcześniej numerów, z klasyków usłyszeliśmy Power, Where the rain grows i, na uspokojenie, Forever and one, zaś z nowszych Heroes i Lost in America z My God-given right, a także Straight out of hell i Waiting for the thunder z przedostatniego krążka Niemców, chyba najsłabiej mi znanego z całej ich dyskografii. Ciekawy zabieg, w postaci medleya z Halloween i Keeper of the seven keys, uzupełnionych Sole survivorem, Are you metal? i I can zamknął podstawową część wieczoru, lecz po intensywnych oklaskach artyści wrócili na scenę, by postawić kropkę nad i hat-trickiem: Before the war, Future World i I want out. Gdybym miał wybrzydzać, chętnie usłyszałbym coś z Rabbit don’t come easy (może Sun 4 the world) i z bardzo dobrego Gambling with the devil (najchętniej The bells of the 7 hells), najlepiej zamiast dwóch numerów ze Straight out of hell. Gdyby natomiast z głośników popłynął The departed i jakaś reprezentacja Walls of Jericho (Victim of fate? Tak, wiem, że to zupełnie nieprawdopodobne) to już w ogóle byłby szczyt szczęścia.

Helloween zagrali niczym dobrze naoliwiona maszyna, dzięki czemu impreza była przednia. Kiedy ostatecznie pożegnali się z słuchaczami, nie czułem niedosytu. Poza tym ledwie mogłem mówić, więc przedłużenie show o jeszcze kilka hitów mogłoby źle się skończyć dla moich strun głosowych. Bardzo duży plus wydarzenia stanowiło świetne nagłośnienie w klubie. Wokal, element najbardziej wrażliwy na ewentualne niedostatki akustyki i często ginący wśród ogólnego zgiełku, był perfekcyjnie słyszalny. Nie odniosłem również wrażenia, żeby perkusja dominowała w miksie, co nierzadko ma miejsce podczas metalowych koncertów. Faktem jest, że nie stałem pod samą sceną, więc nie wiem jakie warunki mieli ludzie szalejący przy barierkach. Pamiętam, że kilka miesięcy temu na Blind Guardian zauważyłem, że z bliska słyszalność w Progresji nieco kuleje.

Helloween_2

Chłopakom z Helloween udało się ponownie rozbudzić sympatię, jaką darzyłem ich jeszcze przed paroma laty. Następnego dnia po występie z dużą przyjemnością, dwukrotnie przesłuchałem od deski do deski My God-given right i zacząłem nucić pod nosem ich starsze kawałki. Jeżeli głównym zadaniem tras koncertowych jest promocja nowego materiału kapel, to wtorkowa impreza spełniła to założenie w stu procentach. Fajnie byłoby kiedyś nadrobić zaległości z teutońskiej sztuki i wybrać się na Gamma Ray lub Grave Digger, a z innej beczki, gdyby kiedyś ponownie zdarzył się reunion, zaliczyć gig Iced Earth z Mattem Barlowem za mikrofonem.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14