sobota, 14 stycznia 2017
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2016

Po raz kolejny, po długim milczeniu na łamach Irkalli, nadszedł czas na muzyczne podsumowanie minionych 12 miesięcy i przypomnienie, że blog wciąż od czasu do czasu potrafi wybudzić się z letargu. Choć ostatnio, z różnych powodów, pisanie nie przychodzi mi łatwo, intensywność z jaką przekopuję się przez świeże wyziewy z metalowego podziemia (i nie tylko) bynajmniej nie zmalała. Wydaje się, że scena ekstremalna ma się świetnie – wyraźnie widać, że pochodnię przechwytują młode kapele, które z jednej strony kombinują i mieszają na rozmaite sposoby, z drugiej zaś z powodzeniem i ewidentną radością grania utrzymują przy życiu klasyczne brzmienia, nieustannie wypluwając na świat kawałki doskonałego materiału. Poza tym, kolejne zespoły w średnim wieku zdają się przeżywać drugą młodość . Najbardziej rzuca się to w oczy na thrashowym poletku, które wyjątkowo obrodziło w solidne produkcje (nawet plastikowi celebryci z Metalliki zbliżyli się odrobinę do czoła stawki, mimo kilku fatalnych muzycznych decyzji), ale na równe tory wrócili także w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy choćby Ihsahn, Katatonia, Dark Tranquillity czy Avantasia i Hammerfall prezentując bardzo mocne albumy po okresie mniej lub bardziej udanych poszukiwań.

Podsumowując – jest nieźle. Rok 2016 obfitował w mocne pozycje, wśród których nie brakuje prawdziwych perełek. Poniżej lista moich dziesięciu wspaniałych:

 

10. Volbeat - Seal the deal & let’s boogie

Volbeat - Seal the deal & let's boogie

W przypadku takich kapel jak Volbeat wszystko sprowadza się do riffów, melodii i wiadra haczyków. Jeżeli te elementy stoją na wysokim poziomie, sukces jest murowany. Duńczycy pokazali, że wyczucie zajebistości mają nie do zdarcia, nawet jeśli na Outlaw gentlemen… nieco się zachwiało. Seal the deal to krążek, który iskrzy od energii, a każdy refren aż prosi się o chóralne odśpiewanie. Nie jest to wysoka sztuka, ale jakże przyjemnie się jej słucha!

 

9. Negura BungetZi

Negura Bunget - Zi

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że po rozłamie w obozie Negura Bunget, w wyniku którego pod oryginalną banderą pozostał tylko perkusista, Negru, Rumunom uda się wyprodukować tak dobrą płytę. Zi balansuje pomiędzy akustycznym folkiem, post blackiem spod znaku Agalloch, a bardziej klasyczną ekstremalną formułą, splatając organicznie wszystkie wątki we wciągającą, meandrującą opowieść, z punktami kulminacyjnymi w postaci Gradina Stelelor, Baciu mosneag i Stanciu gruiul. Dobrze słyszeć tę ekipę w tak doskonałej formie.

 

8. MeshuggahThe violent sleep of reason

Meshuggah - The violent sleep of reason

Nieodmiennie cieszy mnie, jak co chwilę jakieś dzieciaki próbują bawić się w granie modnego djenta, po czym na scenę wraca Meshuggah z nowym albumem i zmiata te wszystkie wynalazki z powierzchni ziemi. Tak było w przypadku Koloss, tak jest i teraz. Szwedzi stworzyli ten nurt, czują się w nim jak w domu i niepodzielnie nim rządzą. Pozostali to tylko turyści.

 

7. HexvesselWhen we are death

Hexvessel - When we are death

Leśno-folkowy projekt z Mattem McNerneyem, znanym również (pewnie coraz słabiej) jako Kvohst, za mikrofonem, obrał na swoim ostatnim dziele klasycznie rockowy kierunek. Akustyczne rytualne pieśni z ich pierwszych dwóch krążków, choć przyjemne, nigdy do końca mnie nie przekonały, natomiast When we are death uważam za strzał w dziesiątkę. Klimatyczny, a jednocześnie zaraźliwie energetyczny, buja niemożliwie już od pierwszych dźwięków Transparent eyeball, nie dając jednak zapomnieć, że korzenie ekipy sięgają psychodelicznych, okultystycznych koncepcji.

 

6. Black Crown InitiateSelves we cannot forgive

Black Crown Initiate - Selves we cannot forgive

Z technicznym deathem mam tak, że często przez jego kliniczną, sterylną formułę, trudno mi go naprawdę lubić. Zawsze na pewnym poziomie wydaje mi się sztuczny i kuriozalny, mimo, że szczerze doceniam fachowość tworzących go muzyków. Black Crown Initiate są kapelą wyjątkową. Nigdy nie popadają w nadmierną techniczną popisówę, która przesłoniłaby im to, czym powinna być dobra piosenka. Nie boją się wpuszczać powietrza do swoich kompozycji, a jednocześnie potrafią utrzymać ich brutalny charakter. Selves we cannot forgive stanowi rozwinięcie formuły, którą zaprezentowali na swoim debiutanckim krążku – jest bardziej dojrzały, zróżnicowany i progresywny, brzmi lepiej i od początku do końca trzyma ekstremalnie wysoki poziom.

 

5. KhemmisHunted

Khemmis - Hunted

Ten album wylądował prawdopodobnie w osiemdziesięciu procentach zeszłorocznych zestawień. Trudno się dziwić – Hunted to genialny kawał klasycznego dooma, łączący nowoczesną oprawę, charakterystyczną dla trendsetterów takich jak Pallbearer, z tradycyjnymi, charyzmatycznymi wokalizami, którym daleko do modnej post-rockowej powściągliwości. Również same kompozycje przywodzą na myśl klasykę, a mianowicie monumentalne dokonania Candlemass sprzed ponad dwudziestu lat. O tym krążku na pewno będę pamiętał w nadchodzących latach i porównywał z nim kolejne doomowe debiuty. Nawiasem mówiąc, otwierający go Above the water musiał trafić do ścisłej czołówki moich ulubionych piosenek minionego roku.

 

4. BorknagarWinter thrice

Borknagar - Winter thrice

Borknagar to dzisiaj prawdziwy skandynawski dream team. Vortex, Lazare, Vintersorg, Kolstad, Athera, nie mówiąc o trzonie zespołu… Na dodatek, do udziału w nagrywaniu Winter thrice udało im się ściągnąć z powrotem na metalową scenę samego Kristoffera Rygga, który opuścił ich szeregi w 1997, po perfekcyjnym The olden domain. Wynik satysfakcjonuje w dwustu procentach. Nie sposób nie docenić starannej kompozycji i imponującego bogactwa utworów, które znalazły się na krążku, ale to co naprawdę chwyta za gardło to genialne melodie zaklęte w liniach wokalnych, w kawałkach takich jak choćby Cold runs the river, Panorama, Erodent i Terminus.

 

3. Cult of Luna & Julie ChristmasMariner

Cult of Luna - Mariner

Po doskonałym Vertikal czekałem z niecierpliwością na kolejne wydawnictwo Szwedów. Ci wprawdzie ogłosili przerwę w nagrywaniu, na szczęście w międzyczasie zdecydowali się jednak na zorganizowanie jednorazowej (rzekomo) współpracy z Julie Christmas, wokalistką znaną między innymi z Made out of Babies. Mariner jest ich wspólnym dziełem i stanowi w dużej mierze kontynuację dokonań szwedzkiego ansamblu, czyli powolny, ciężki, progresywny sludge, podbity kosmiczną pracą syntezatorów, a zarazem precyzyjny i nieugięty niczym linia produkcyjna w fabryce Volvo. Julie wniosła do muzyki nieco piękna i piosenkowej nośności, ale również niepokojące, pulsujące pod skórą szaleństwo. Efekt końcowy jest wręcz uzależniający - otwierające płytę trio utworów to czysta perfekcja i choć następujący po nich Approaching transition nieco psuje wrażenie swoją nijakością, materiał wraca na tor dzięki Cygnus i ostatecznie broni się doskonale.

 

2. Anaal NathrakhThe whole of the law

Anaal Nathrakh - The whole of the law

To jest płyta, przy której podziwiający swoje sznurówki post-rockowi hipsterzy spierdalają w krzaki, albo po prostu zostają rozerwani na strzępy. Po Anaal Nathrakh nie należy spodziewać się niczego mniej niż absolutnej dźwiękowej apokalipsy, tym niebezpieczniejszej, że niespotykanie jak na taką muzę, zaraźliwej. The whole of the law to właśnie niesie – czystą radość destrukcji, zrealizowaną skutecznie od pierwszej do ostatniej sekundy. Brytyjczycy nigdy nie zeszli poniżej pewnego, wysokiego poziomu, ale tym razem wspięli się na wyżyny swojej niszczycielskiej sztuki. So hold your children close and pray for oblivion!

 

1. KatatoniaThe fall of hearts

Katatonia - The fall of hearts

Jak cudownie słyszeć Katatonię wreszcie ostatecznie uwolnioną z więzów minimalistycznej formuły, które krępowały ich ruchy od pierwszych nut Dance of december souls. The fall of hearts to płyta obdarzona głębią; płyta, która wreszcie w pełni wykorzystuje potencjał prog-rockowych aspiracji zespołu, ich instrumentalnego profesjonalizmu i wysublimowania, nie mówiąc o wokalnych możliwościach Jonasa Renkse. Dzięki temu potrafiła żelaznymi hakami wbić się w moją świadomość. Old hearts fall, Serein i Last song before the fade to numery, które nieustannie towarzyszyły mi przez cały ubiegły rok i, jak się okazało, nie mogło być innego kandydata do pierwszego miejsca tej listy.

***

 

Rishloo - Living as ghosts

Pora złamać zasady. W tym momencie wspomnę bowiem o pewnej płycie, która powstała w roku 2014, a którą poznałem, tak jak stojący za nią zespół, bardzo niedawno, wskutek czego przez ostatnie dwanaście miesięcy nieustannie wokół mnie orbitowała. Mowa o Living as ghosts with buildings as teeth, autorstwa amerykańskich prog-rockerów – Rishloo. Wydawnictwo to jest progresywnym arcydziełem, przywodzącym na myśl estetykę Tool czy The Mars Volta, jednak zdecydowanie bardziej subtelnym i technicznie wyrafinowanym niż pierwsza i mniej rozimprowizowanym i jazgotliwym niż druga z wspomnianych kapel. Całość spowija niemal teatralna atmosfera, tworzona w lwiej częsci przez Andrew Mailloux, wokalistę o aktorskich zapędach, którego wyczynom zaskakująco niedaleko do dokonań Freddiego Mercury’ego. Jazda obowiązkowa, ze szczególnym wskazaniem na rozbudowany Dark charade, gęsty, nerwowy Winslow i przepiękny, wspaniale ewoluujący Just a ride.

***

Jesteśmy już w połowie stycznia – za chwilę zaczną pojawiać się konkretni kandydaci do tegorocznych podsumowań. Światło dzienne ujrzał właśnie nowy krążek Pain of Salvation, a lada moment ukaże się premierowy zestaw thrashowych petard autorstwa Kreatora. Na okazję do porządnego przesłuchania obu tych płyt czekam z niecierpliwością. Z ciekawych prognoz na następnych kilka miesięcy – zadaję sobie pytanie, jak wypadnie reaktywowana Metalmania. Czy solidny skład, pozbawiony jednak obecności najbardziej aktualnych gwiazd, w połączeniu z silnym powiewem nostalgii będzie wystarczającym motorem dla rozpieszczonych polskich metalowców, żeby ruszyć tyłki do Spodka? Czas pokaże. Tłumów pod sceną nie zabraknie za to niewątpliwie w twierdzy Josefov, gdzie w sierpniu pojawi się Emperor. I tam się spotkamy!

niedziela, 06 listopada 2016
Katatonia - The fall of hearts

Katatonia - The Fall of Hearts

Gatunek: hard rock / doom metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Peaceville

Z Katatonią jest tak – mimo że istnieje w mojej świadomości i w miarę dobrze znam ich dokonania od czasu kiedy wyszli z doom deathowej nory, nigdy nie witałem kolejnych wydawnictw tej smutnej szwedzkiej ekipy z wyraźnym entuzjazmem. Lubię ich niezaprzeczalną depresyjną charyzmę i do co najmniej kilku piosenek z ich okazałej dyskografii wracam z dużą przyjemnością, jednak nadmierna prostota i brak dynamiki większości ich materiału stanowiła dla mnie zawsze jakiś problem. The fall of hearts reklamowany był standardowo jako najbardziej dojrzały album w karierze kapeli, ale także jako najbardziej progresywny. W związku z tym, a także przez wzgląd na kierunek obrany przez nich na Dethroned & uncrowned, znając współczesne trendy, spodziewałem się zupełnego odrzucenia resztek metalowej formuły, które jeszcze im się ostały i ostatecznego wstąpienia na ścieżkę wydeptaną przez Anathemę. Dodam, że jak na mój gust, nie była to optymistyczna prognoza.

Okazało się jednak, że chłopaki ze Sztokholmu najwyraźniej trochę inaczej niż ich brytyjscy koledzy po fachu pojmują progres i dojrzałość. Po pierwsze – wciąż poruszają się w znajomej estetyce. Gitary elektryczne ponownie zostały podłączone do pieców i choć do utworów wpuszczono sporo przestrzeni i oddechu, co rusz trafiają się cięższe partie, mające więcej wspólnego z metalem, niż choćby jakikolwiek numer z toolowatego Dead end kings. Jest to być może subtelny zwrot stylistyczny, ale bardzo mile widziany. Po drugie – utwory z The fall of hearts faktycznie są najbardziej rozbudowanymi w dorobku Katatonii, a jednak wszystkie patenty utrzymane zostały w ryzach dość piosenkowych, spójnych kompozycji, sporadycznie przekraczających sześciominutową długość. Ta dyscyplina jest naprawdę sporym plusem płyty. Z jednej strony pozwala cieszyć się mnóstwem smaczków, urokliwych melodii i zagrywek, z drugiej zaś nie daje popaść w senność, co rusz przykuwając uwagę słuchacza mocnym akcentem. Tak zwanych haczyków jest tu bez liku - czy to charakterystyczne linie gitar w zwrotkach jadącego żwawo naprzód Serein, czy elektroniczne plamki i delikatne łkanie wiosła w zwrotkach Old heart falls, otwierające pole niezwykle przebojowemu refrenowi, czy doom metalowe riffy w refrenie Sanction i zwrotkach Serac albo fortepianowy motyw przewodni Last song before the fade. Minuta za minutą przynosi kolejny interesujący pomysł. Do tego dochodzi jak zwykle doskonały wokal Jonasa Renkse, który potrafi zaczarować we frazach mnóstwo melancholii, nie popadając zarazem ani w monotonię ani w nadmierny patos i kiczowatą ckliwość.

Jedyną niewielką bolączką krążka jest jego czas trwania. Jakkolwiek każda piosenka z osobna prezentuje się przynajmniej bardzo dobrze, całość wchłonięta podczas jednego posiedzenia potrafi odrobinę znużyć w okolicach końcówki. Gdyby panowie zdobyli się na nieco bardziej rygorystyczną selekcję materiału i okroili go do pięćdziesięciu zamiast siedemdziesięciu minut, byłoby to danie idealne, zostawiające po każdym odsłuchu ochotę na replay. Jest to jednak luksusowy problem, który nie zaniża mojej ostatecznej oceny. The fall of hearts to moim zdaniem pierwsza płyta, w pełni wykorzystująca potencjał Katatonii i zdecydowanie jedna z najmocniejszych premier tego roku. Miło słyszeć weteranów w tak dobrej formie, u szczytu kreatywności, jednocześnie nie szukających nowej drogi z dala od swych metalowych korzeni.

Ocena: 9/10

Old heart falls w youtube

sobota, 25 czerwca 2016
Volbeat - Seal the deal & let's boogie

volbeat - std&lb

Gatunek: hard rock
Kraj pochodzenia: Dania
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Universal

Volbeat kupił mnie dawno temu płytą Rock the rebel / Metal the devil. Od tamtego czasu wiernie śledzę poczynania Duńczyków, chociaż moje zainteresowanie trochę zmalało z biegiem lat. Nie da się ukryć, że chłopaki mają smykałkę do pisania fajnych rockowych numerów, ale konsekwentne obracanie się przez dekadę w tym samym muzycznym kołowrotku nie pomogło im utrzymać mojej ekscytacji. Po poprzednim albumie, Outlaw gentlemen & shady ladies, promowanym niemal Nickelbackowym singlem, pomyślałem, że ich formuła się wyczerpała i może pora przestać zawracać sobie nimi głowę. Ostatecznie jednak sięgnąłem po ich premierowy krążek Seal the deal & let’s boogie z nadzieją na słuszną porcję rozrywkowego grania, którą wcześniej skutecznie zdeptała Lacuna Coil  (patrz poprzedni post).

Oczywiście, jeśli chodzi o muzyczną formułę, nic się tu nie zmieniło względem dotychczasowej twórczości Volbeat. Włączając ich płytę nie ma co liczyć na eksplorację nowych obszarów sztuki. Zasadniczo problem sprowadza się więc do pytania, czy udało im się napisać wystarczająco dużo naprawdę dobrych melodii, riffów i refrenów, żeby udźwignęły kilkadziesiąt minut materiału. Żeby dłużej nie budować suspensu – STD&LB triumfuje na tym polu bez dwóch zdań.

Już pierwszym kawałkiem - zadziornie i potężnie brzmiącym Devil’s bleeding crown, panowie strzelają piękną bramkę. Elegancki, zdradzający pewne heavymetalowe inklinacje riff, potężna, stadionowa rytmika i markowe wokale, gdzieś spomiędzy Hetfielda i Presleya działają perfekcyjnie. W podobnych klimatach utrzymany jest ognisty, rozpędzony utwór tytułowy i kończący album, nieco mroczniejszy The Loa’s crossroads. Z drugiej strony, jak zwykle, otrzymujemy garść bardziej radiowych numerów, z partiami akustyków, rockowymi wiosłami, bardziej wyluzowaną pracą garów i zaraźliwymi refrenami, jak Marie Laveau, For evigt (gdzie znów pojawia się świetny Johan Olsen z Magtens Korridorer) czy Goodbye forever. Ten ostatni ma tak dobre linie melodyczne, że aż trudno mi w to uwierzyć, a wisienkę na torcie stanowi wkomponowany w jego końcówkę gospel.

Seal the deal & let’s boogie trwa ponad pięćdziesiąt minut i niestety Poulsenowi i spółce nie udało się wypełnić go w stu procentach tak udaną muzyką. Po efektownym wstępie, w okolicach Let it burn, materiał robi się wtórny, a utwory nijakie, zwłaszcza w porównaniu z tymi najlepszymi. Kilka z nich jest po prostu niepotrzebnych. Amerykański, knajpiany rock Black rose z gościnnym udziałem Danko Jonesa, jak również młodzieżowy punk Rebound (cover Teenage Bottlerocket) nie do końca do mnie przemawiają. Na szczęście na etapie Mary Jane Kelly duński szesnastokołowiec wraca na autostradę i nie traci tempa aż do ostatniej minuty. Zdecydowanie na plus działa tu kompozycja albumu. Volbeat nie wystrzeliwuje całej amunicji w pierwszych minutach, dzięki czemu jego słabsze partie nikną oflankowane naprawdę mocnym materiałem.

Wychodzi na to, że Duńczykom udaje się co drugie wydawnictwo. Nie jestem fanem Guitar gangsters and cadillac blood, za to Beyond hell, above heaven miał sporo mocnych momentów. Podobnie premierowy krążek doskonale sprawdza się jako rehabilitacja po miałkich Outlawach. Jeśli chodzi o niewymagającego, soczystego, imprezowego hard rocka z lekkimi ukłonami w stronę klasycznego heavy metalu, trudno o lepszy wybór niż Seal the deal & let’s boogie. Cel  na przyszłość – złapać chłopaków na jakimś koncercie. Zabawa musi być genialna.

Ocena: 8/10

Oficjalny clip do Devil's bleeding crown

13:03, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 czerwca 2016
Lacuna Coil - Delirium

lacuna coil - Delirium

Gatunek:  metalcore
Kraj pochodzenia: Włochy
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Century Media

Straciłem kontakt z dokonaniami Lacuna Coil w okolicach Unleashed Memories, czyli piętnaście lat temu. Zachęcony pozytywną opinią znalezioną gdzieś w internecie, a czując chwilowy niedosyt niewymagającego, przebojowego, dobrze wyprodukowanego pop metalu, postanowiłem sięgnąć po nowe dzieło Włochów.

Poważny błąd. Nie spodziewałem się, że ich muzyka na przestrzeni lat przeistoczyła się z czegoś na kształt gotyku w stylu ówczesnych krążków Paradise Lost, w czystej wody plastikowy metalcore. Do pewnego stopnia toleruję takie granie, a niektóre rzeczy wręcz mi się podobają, więc mimo pierwszego szoku podszedłem do Delirium z optymizmem. Niestety, okazało się, że nie mogłem liczyć na nic poza ewentualnym bólem głowy. Pierwszy numer dobrze reprezentuje charakter materiału i właściwie wyczerpuje temat. Otwiera go wściekły deathcore’owy ryk, po którym wchodzi podbity basem rodem z Korna, tłuczony gniewnie na jednym progu riff (o ile w ogóle można to tak nazwać), wtórujący toczącemu się jak walec, standardowemu, przewidywalnemu biciu bębna basowego. Wokalnie w zwrotkach pierwsze skrzypce gra Andrea Ferro, frazujący, ku memu zaskoczeniu, z grubsza jak Max Cavalera w Rootsach. Zupełnie inaczej kojarzył mi się jego niegdysiejszy wkład w styl Lacuna Coil. Cristina Scabbia w sporej części piosenek zajmuje miejsce za mikrofonem głównie w refrenach.

Wokalistka, będąca jak wiadomo twarzą kapeli i najbardziej rozpoznawalnym elementem jej brzmienia, sprawia się poprawnie, kiedy już dochodzi do głosu. Jej linie są w miarę ładne, ale nie zostają na długo w pamięci. Plus, oczywiście, co chwile kontrują je beznadziejne, monotonne wrzaski Ferro. Gdzież jest choćby melodyka Purify, który prawdopodobnie byłbym w stanie zanucić wyrwany ze snu o czwartej nad ranem? Jedyną (relatywnie) jasną stroną wydawnictwa jest numer tytułowy. Opatrzony charakterystycznym motywem elektronicznym oraz prostym i chwytliwym refrenem nie najgorzej nadaje się na samochodową składankę.

Po latach słuchania metalu intuicja pozwala mi w miarę skutecznie unikać podobnych potworków. Dzięki temu, że tym razem mój radar zawiódł, mogę z czystym sumieniem skreślić aktualne dokonania Lacuna Coil z listy moich muzycznych zainteresowań. Polecam omijać Delirium szerokim łukiem.

Ocena: 2/10

Delirium w youtube

20:45, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 kwietnia 2016
Deströyer 666 - Wildfire

Destroyer 666 - Wildfire

Gatunek: black thrash metal
Kraj: Australia
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Season of Mist

Deströyer 666 zawsze kojarzył mi się z dość skocznym, choć bezlitośnie plugawym i agresywnym black thrashem, który z zasady gniótł i szarpał flaki niczym nabijana zardzewiałymi gwoździami żelazna rękawica. Zwłaszcza ich debiut Unchain the wolves (nie mówiąc o EPce Violence is the prince of this world) i późniejszy Cold steel… for an iron age dobrze wpisywały się w to porównanie. Wydany w 2009 roku Defiance wciąż całkiem solidnie napierdalał (The barricades are breaking, na ten przykład), nic więc nie zwiastowało nadejścia stylistycznej wolty, którą odwinął K.K. Warslut z nowo uformowanym składem kapeli na swoim najświeższym dziele, zadziwiająco rock’n’rollowo zatytułowanym – Wildfire.

Nie mnie osądzać, czy wyrzucenie za okno zimnej, wojennej dewastacji i zastąpienie jej organicznym, ciepłym brzmieniem i imprezową speed metalową jazdą z głębokimi ukłonami w stronę Venom wynikło z potrzeby serca uwolnionego od dawnych kolegów frontmana, czy tkwi w tym odrobina koniunkturalizmu. Skupię się na efektach transformacji. Fakt, Deströyer 666 A.D. 2016 jest dużo bardziej przyjazny użytkownikowi niż Deströyer 666 A.D. 2002, co niewątpliwie może zrazić część starych fanów, ale do cholery, kawałki wchodzące w skład nowego materiału są po prostu zajebiste. Łączą w sobie piekielny jad, jakiego stary Cronos na pewno już nigdy nie da rady z siebie wykrzesać, pracę gitar, której nie powstydziłyby się gwiazdy NWOBHM w swoich najlepszych czasach i nieskrępowaną ognistą przebojowość w stylu dzisiejszych retro heavymetalowców z Enforcer czy Portrait. Piosenki jadą na dynamicznych, wściekłych kanonadach sekcji rytmicznej, atakują wiadrami najwyższej jakości riffów á la Mercyful Fate czy Slayer i wręcz buchają, na klasyczną modłę, masą powplatanych  gdzie się tylko da, piorunujących solówek.

Krążek otwiera szybkie combo w postaci Traitor i Live and burn – murowanych koncertowych killerów z refrenami idealnymi do darcia mordy i motoryką, która wprawia tłum w stan istnego szaleństwa (byłem, doświadczyłem). Podobnie prezentują się White light fever i kawałek tytułowy, zdecydowanie najwyraźniej hołdujące praojcom black metalu. Hounds at ya back to dla odmiany całkiem melodyjny numer o zaraźliwym groove, z dodatkiem czystego wokalu, przywodzący na myśl zeszłoroczne dzieło Tribulation, zaś toczącemu się w wolniejszym tempie Hymn to dionysus, za sprawą opartych na tremolach riffów i sekcji blastbeatów, najbliżej do klasycznie pojętego współczesnego blacku. Album zamyka, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Defiance, podniosły i epicki (jak na D666) utwór o zdecydowanie melancholijnym zabarwieniu, jak drakkar odpływający w daleki rejs powrotny na antypody.

Wildfire to świetna płyta, choć gdyby została wydana parę lat temu, jej notowania mogłyby być wyższe. Sztuczka polegająca na ortodoksyjnym powrocie do złotych lat klasycznego heavy metalu zdążyła niestety zostać wyeksploatowana i Deströyer 666 załapał się z premierowym materiałem na schyłek mody na takie granie. Na szczęście, piosenki zawarte na krążku, dzięki swej jakości, bronią się zupełnie dobrze niezależnie od trendów i jeżeli ktoś potrafi wybaczyć K.K. Warslutowi odejście od klimatów skąpanego w dieslowskich oparach wojny czołgów drugofalowego blacka, powinien czuć się nimi w pełni usatysfakcjonowany.

Ocena: 8/10

Klip do Wildfire w youtube

niedziela, 10 kwietnia 2016
Amon Amarth - Jomsviking

Amon Amarth - Jomsviking

Gatunek: melodic death/viking metal
Kraj pochodzenia: Szwecja
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Metal Blade

Amon Amarth to porządna firma. Można się po nich spodziewać nowego materiału mniej więcej raz na dwa, trzy lata i zazwyczaj dają radę wyprodukować dokładnie to, czego oczekują fani – solidną dawkę głośnego, ultra-przebojowego metalu o wikingach, który kiedyś można było nazwać melodeathem, a dziś leży gdzieś pomiędzy tym gatunkiem, a bardziej przyjaznym heavy czy viking metalem. Z jednej strony słychać, że chłopaków wciąż to bawi, a z drugiej nie pozostawiają złudzeń – to ich praca, do której podchodzą jak do rzemiosła. Są w nim dobrzy i nie zamierzają opuszczać ustalonej strefy bezpieczeństwa. Wszystko sprowadza się więc do tego, na ile udana okaże się kolejna porcja piosenek, przy założeniu, że ich formuła nie ulega zmianie.

Jomsviking sprawdza się nieźle, chociaż nie osiąga takiego poziomu skuteczności, jak Twilight of the thunder god i Surtur rising z świeższych dokonań Szwedów, nie mówiąc o ich starszych krążkach. Materiał startuje z grubej rury, doskonałym First kill, zapowiadającym nadchodzącą krwawą radochę. Otwiera go krótki maidenowski riff, lecz już w zwrotce kapela wchodzi na wyższe obroty i wypruwa flaki z instrumentów. Mocny, agresywny, a zarazem bardzo chwytliwy numer, który jednak dobitnie uświadamia, że dzisiejsi Amon Amarth częściej nawet niż dotychczas, sięgają po przyjazne, klasycznie heavy metalowe rozwiązania. Słychać to zwłaszcza później, w Rise your horns, At dawn’s first light, One thousand burning arrows i thrashowo zasuwającym Vengeance is my name. Nie jest to oczywiście wada materiału sama w sobie – jeśli ktoś szuka bezkompromisowej deathowej rzeźni… cóż, raczej nie szuka jej na płytach naszych bohaterów.

Najbardziej na Jomsviking przemawiają do mnie piosenki, w których balans przesunięty jest choć trochę w stronę dawnego ciężaru. Mam na myśli utwór tytułowy, One against all i mojego faworyta - On a sea of blood z dobrymi, jadowitymi zwrotkami i epickim refrenem w stylu Twilight of the Thunder God. Podoba mi się też zamykający stawkę, przyjemnie ciężki, hymnowy Back on northern shores i, o dziwo, walcujący, opatrzony gościnnymi wokalami Doro The dream that cannot be. To się nie mogło udać, a jednak. Co by nie gadać, Tina Turner heavy metalu wciąż potrafi wywołać ciarki na plecach swoim głosem Czerwonej Sonji! Mam natomiast problem z kawałkami typu Rise your horns i The way of the vikings. Pierwszy z nich przypomina jakąś imprezową, pijacką przyśpiewkę á la Alestorm (których nota bene bardzo lubię, ale tu mi ta estetyka jakoś nie leży - Amon Amarth napisali przecież x lat temu Master of war, na litość boską), druga zaś jest po prostu zbyt banalna i przewidywalna nawet jak na klimaty wikingowskiego buractwa („Faster!!! Stronger!! (Scooter!)”).

Trudno mieć jakieś zastrzeżenia do strony wykonawczej Jomsviking. Serwowane szczodrze riffy i melodyjne leady są w większości smakowite i wywołują u mnie uśmiech satysfakcji. Tobbe Gustafsson maltretuje zestaw perkusyjny aż miło, gra gęsto, nawet w spokojniejszych fragmentach  nie pozwalając sobie na prostackie pukanie na odczepnego. Bardzo dobrze służy to odbiorowi całokształtu. Johan Hegg jaki jest, każdy wie. Jego perfekcyjnie zrozumiały, dumny growling herszta bandy orków (dzięki S.C. za to porównanie) nie może się nie podobać. To co mnie jednak odpycha, to durne linie gadanej narracji w jego wykonaniu (początek Vengeance is my name, na ten przykład). Naprawdę mogli sobie chłopaki odpuścić tę dodatkową, niepotrzebną warstwę sera.

Jaki jest więc werdykt? Jomsviking to poprawny, profesjonalnie wykonany materiał, który nie odstaje od reszty dyskografii kapeli. Posiada kilka mocnych, wybijających się fragmentów, a także kilka mielizn, ale nic szczególnie wybitnego czy, na szczęście, beznadziejnego. Jeżeli ktoś nie wymaga od muzyki tylko objawień czy rewolucji, a potrafi zadowolić się od czasu do czasu garścią dobrej, motorycznej i rozrywkowej jazdy, może spokojnie po niego sięgnąć i nie powinien się zawieść. Osobiście przesłuchałem go z przyjemnością od deski do deski ładnych parę razy, wyłuskując kilka niekwestionowanych killerów. Podskórnie boleję jednak nad tym, że Amon Amarth odpuścili sobie niemal wszelkie wycieczki na ekstremalną stronę metalu. Wolałem ich muzykę obficiej skąpaną w krwistym, wyrzezanym ciosami ciężkiego topora sosie, niż w chłodnym piwku z kija, na które ostatnio coraz chętniej go zamieniają.

Ocena: 7/10

Klip do First Kill w youtube

sobota, 26 marca 2016
Rotting Christ - Rituals

Rotting_Christ_Rituals

Gatunek: melodic black/folk metal
Kraj pochodzenia: Grecja
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Season of Mist

Muzyka Rotting Christ emanuje pewną unikalną, mistyczną aurą, wynikającą z udanego wmieszania w metalową estetykę inspiracji ciemną stroną helleńskiej (ostatnio nie tylko) mitologii. Sakis i spółka już od dłuższego czasu odchodzą od stricte blackowego grania, coraz bardziej eksplorując tę właśnie klimatyczną ścieżkę, której swoistym apogeum wydaje się być Rituals.

Tytuł krążka trafnie oddaje ideę, która, jak sądzę, przyświecała muzykom podczas komponowania materiału, jest to bowiem muzyka rytualna, zakorzeniona w dużej mierze w hipnotycznych rytmach, które mógłby wybijać otoczony przez pogrążonych w transie wiernych starożytny kapłan, pochylający się nad misą dymiących kadzideł. Metalowe instrumentarium stanowi nośnik energii, nadający całości ciężar i ekstremalny szlif, nieustępujący kilku ostatnim dziełom Rotting Christ, ale jego praca ma wtórne znaczenie. Najważniejsza jest tu atmosfera i bogactwo aranżacji: wściekłe wrzaski Danai Katsameni w doskonałym, druzgocącym Elthe Kyrie, melorecytacja Nicka Holmesa w monumentalnym For a voice like thunder czy przejmujące, rytualne inkantacje w Ze Nigmar i Devadevam. To właśnie te, dopracowane w szczegółach elementy naprawdę lśnią w mroku Rituals i budują fascynującą, wielobarwną, choć mroczną otoczkę, którą album wprost ocieka.

Jakkolwiek koncepcyjnie Rituals robi imponujące wrażenie, niestety chwieje się i w końcu zapada pod własnym ciężarem. Poza szaleńczym Elthe Kyrie i epickim For a voice like thunder trudno jest mi wskazać utwory, które byłyby w całości na tyle dobre, by stanowić mocne filary dla tego zamierzenia. Z przestrzeni pomiędzy egzotycznymi wycieczkami  wieje nudą. Numery takie jak In Nomine Dei Nostri, Les Litanies De Satan (abstrahując od boleśnie oklepanego źródła inspiracji), Konx Om Pax, Apage Satana są kompletnie niepotrzebne, a i w innych nie brak miałkich momentów. Mam wrażenie, że instrumentaliści często nie mają nic do powiedzenia i z rozpędu powielają sprawdzone schematy, w metalowej warstwie muzyki zadowalając się odgrywaniem garści prostackich, powtarzalnych i, niestety, bez wyjątku bardzo wtórnych patentów. Na przestrzeni ostatnich lat na okrągło częstują nimi swoich fanów - najwyższy czas napisać coś nowego.

Trzeba oddać piosenkom, że posiadają, jak to zwykle bywa w przypadku sztuki Rotting Christ, pierwotną moc, zaklętą w potężnych rytmach i monumentalnych melodiach, opatrzonych dodatkowo wypasionym brzmieniem. Wszystko o czym wspomniałem nie klei się jednak w przekonującą całość i satysfakcjonuje mnie tylko fragmentarycznie, czasem faktycznie wywołując wypieki na twarzy, to znów wkurzając niemiłosiernie monotonią i sztampą. Naprawdę bardzo lubię tę południową ekipę, dlatego mam nadzieję, że wkrótce się otrząsną, doładują do pieca i ruszą z natarciem, zamiast brnąć w gęstniejące opary niepopartej jakością muzycznego mięcha pretensjonalności.

Ocena: 5/10

Elthe Kyrie w youtube

niedziela, 13 marca 2016
The Shitstorms - Introducing...

Introducing... The Shitstorms

Gatunek: punk rock / stoner
Kraj pochodzenia: Polska
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Plexus of Infinity

Dostałem niedawno do przesłuchania debiutancki minialbum The Shitstorms, świeżutkiego bydgoskiego tria zapaleńców, od paru już lat wgryzających się w lokalną scenę, choć dotychczas pod innym szyldem. Jako że ich wcześniejsze dokonania sygnalizowały spory potencjał, z zaciekawieniem odpaliłem Introducing…, licząc na kawałek przyjemnego, żywiołowego, rockowego grania. Jak się okazało, moje oczekiwania miały zostać spełnione i to ze sporą nawiązką. Materiał od pierwszych dźwięków dobitnie pokazuje, że jego autorzy to ambitni i świetni technicznie instrumentaliści, którzy pod płaszczykiem radosnego, energetycznego hałasowania, wyraźnie wskazującego na inspirację rosnącą w siłę amerykańską sceną z pogranicza punka, stonera i plażowego popu á la Beach Boys, przemycają masę genialnych pomysłów i dają rzadko spotykany popis rzemiosła. Na dodatek nie da się nie zauważyć, że mają dryg do pisania efektywnych, ultra przebojowych numerów.

Wydawnictwo jest niestety króciutkie – zawiera zaledwie trzynaście minut muzyki. Składają się na nie cztery utwory, każdy o nieco innym charakterze. Na wstępie – We are the shitstorms – doskonała wizytówka i manifestacja obranego przez chłopaków kierunku, brzmiąca jak coś, co mogliby nagrać Ramonesi na dopalaczach, po wzięciu kilku dodatkowych lekcji z obsługi instrumentów. Po nim dostajemy pogodny, jakby skrojony dla nieco szerszej publiki Demon Dog, krótki, acz skuteczny niczym cios w mordę Death by audio i powolny, apokaliptyczny The afterglow, o zdecydowanie najmroczniejszym wydźwięku z całej stawki.

Kawałki niesie motoryczna, zwracająca uwagę kreatywnością praca perkusisty – Jacka Grzywniaka, który zdaje się czekać tylko na pretekst, by zerwać się z łańcucha i poszaleć. Okazja taka trafia mu się raz po raz, a wtedy daje się ponieść wyobraźni i z zadziwiającą lekkością częstuje słuchaczy niespodziewanymi, często zaskakującymi techniką patentami. W We are the shitstorms prezentuje krótką, dynamiczną solówkę, w Demon dog wchodzi na błyskotliwe, jazzujące bicie, zaś w refrenie The afterglow wgniata w glebę i walcuje tłustymi, niskimi kawalkadami, których nie powstydziłby się niejeden doomowy bębniarz. Nieustannie współpracujący i wymieniający się na pierwszym planie duet przesterowanej do maksimum, roztrzeszczanej gitary wiodącej (Łukasz Domański) i warczącego basu (Stanisław Cybulski) serwuje szybkie, energetyczne punkowe riffy, odpływając jednak co rusz to w przepalone solówki i improwizacje, rodem z pustynnych obszarów, gdzie kiedyś rządził Kyuss, to znów, zwłaszcza w The afterglow w klimaty cięższego, niepokojącego, prawie dronowego buczenia z okolic Black Sabbath czy Electric Wizard. W ten sposób pięknie przełamana zostaje pozornie prosta formuła piosenek. Nad wszystkim unosi się naprawdę fajny głos Łukasza. Czy to skąpany w pogłosie, ale trzymający wybitnie pozytywną i chwytliwą linię melodyczną w We are the shitstorms, wściekły i brudny w Death by audio, czy bawiący się falsetem w Demon dog, sprawdza się znakomicie i naprawdę pomaga utworom głęboko zagnieździć się w świadomości.

Kiedy wybrzmiewa ostatni, zamykający zestaw dźwięk, czuję zdecydowany niedosyt. Niespełna kwadrans to za mało, żeby nacieszyć się Introducing…. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby usłyszeć przynajmniej drugie tyle tej niespotykanej dotąd na polskiej scenie błyskotliwej mikstury wyrafinowanego, kreatywnego grania z atawistyczną garażowo – punkową postawą, skąpanej w przepalonej stonerowej zupie. Czekam wobec tego niecierpliwie na ciąg dalszy historii w wykonaniu The Shitstorms i zaciskam kciuki za to, by przyszłe kompozycje trzymały ten sam poziom, były równie skupione i iskrzyły nie mniejszą energią niż ich zwiastun.

Ocena: 9/10

Profil bandcamp zespołu

środa, 02 marca 2016
Steel Drunk - Vendetta

Steel Drunk - Vendetta

Gatunek: hard rock
Kraj: Polska
Rok wydania: 2015
Wytwórnia: self-released

Parę tygodni temu, pocztą pantoflową, trafił w moje ręce debiutancki materiał Steel Drunk. Jako wychowanek, częściowo przynajmniej, bydgoskiej sceny muzycznej, z zainteresowaniem zapuściłem Vendettę, aby przekonać się co piszczy w trawie, w której za moich czasów hasały ekipy Chainsaw, None czy Art of Illusion. Otóż chłopaki z podniesionym czołem kontynuują tradycję zapoczątkowaną nad Wisłą dekady temu przez TSA – łoją zadziornego hard rocka, zakorzenionego w imprezowej klasyce, kontestując przy tym społeczne i polityczne status quo, wygrażając odwiecznym „im” zakutą w motocyklową rękawiczkę pięścią.

Już pierwsze nuty Machiny nienawiści ślą ukłony klasykom, ruszając z riffu, w którym odbijają się odległe echa choćby Rat bat blue. Konotacje takie przewijają się w zagrywkach przez cały właściwie czas trwania EPki, od momentu jednak, w którym do głosu dochodzą gary i piosenka otwierająca wchodzi na wyższe obroty, staje się jasne, że jest to bardziej współczesna zabawa, oparta o trochę nowsze rozwiązania, zamiast bluesowych zdradzająca raczej heavy metalowe inklinacje. Praca wiosła w irowatym Zobaczyć więcej daje temu pierwszy piękny dowód, zaś tytułowy numer, otwarty złowrogim „ugh!” zawiera krótkie wstawki podwójnej stopy i fajny refren, podskórnie kojarzący mi się ze starą Metalliką. W pozostałych numerach Steel Drunk utrzymuje tempo, mieszając AC/DC z Judasami w kroczącym Marszu głupców i TSA z Motörheadowskim rock‘n’rollem w pędzącym Wyścigu z samym sobą i bujającym Zewie krwi.

Instrumentalnie Vendetta to solidne granie. Co do zasady bezpardonowo jedzie naprzód na mocnych, wpadających w ucho riffach i solidnej grze sekcji, serwując raz po raz żywiołowe leady, a jednak, w tej dość prostolinijnej formule, chłopaki od czasu do czasu znajdują miejsce na interesujące kompozycyjne sztuczki. Vendetta około połowy trzeciej minuty wpuszcza na pierwszy plan brzdąkającą jazzowo basówkę, natomiast Wyścig z samym sobą zalicza niemalże breakdown, który zamiata pole przed piękną, ognistą solóweczką.

Wprawdzie dotychczas nie szczędziłem Steel Drunkom pochwał, ale niestety, że się tak wyrażę, jest jedno „ale”, które kładzie się cieniem na odbiorze tego materiału. Składam je na karb mojego wieku i trochę innego stosunku do rzeczywistości, niż ten, który miałem w czasach liceum. Rzecz w tym, że dość ciężko słucha mi się Vendetty, ze względu na jej warstwę wokalną, a dokładniej rzecz ujmując – liryczną. Taka jest dola kapel śpiewających w rodzimym języku, że muszą mieć albo wybitnie dobre teksty (co ma miejsce rzadziej), albo gardłowego o wybitnie plugawej dykcji (częstszy przypadek), żebym był w stanie je łyknąć. Typowo rockowy jadłospis, czyli imprezy i cycki, tudzież młodzieńczy bunt przeciwko „nim”, zaserwowany w języku, który dociera do mnie na zupełnie innym poziomie percepcji, niż, dajmy na to, angielski, potrafi mocno obniżyć moją radość z obcowania z muzyką. Podobna sytuacja niestety ma miejsce tutaj. Szkoda, bo głos Tomka Czyżewskiego prezentuje się całkiem przekonująco, a pewne niedostatki techniczne nadają numerom tak potrzebnej chropawości i autentyzmu. Jego partie kojarzą mi się z dokonaniami Marka Piekarczyka w szybszych numerach z wczesnych płyt TSA (ich liryki, nota bene, również zazwyczaj mi nie leżały).

Podsumowując, Vendetta jest fajnym wstępem i prezentacją możliwości tej młodej kapeli. Została nagrana z pełnym profesjonalizmem i z powodzeniem mogłaby zagościć w czyimś samochodowym odtwarzaczu, do którego, zaraz obok suto zakrapianych klubowych koncertów, wydaje się być stworzona. W zasadzie nie ma na niej ani jednego kiepskiego numeru, jeśli nie brać pod uwagę mojego filologicznego zrzędzenia. Czy chciałbym więc, aby Steel Drunk przerzucili się na angielszczyznę? Podejrzewam, że to odarłoby ich muzykę z części charakteru, więc zamiast tego, po prostu życzyłbym sobie, aby na przyszłość poukładali doroślejsze liryki. Nie jest to odkrywcza sztuka, ale światu, zdominowanemu przez delikwentów w rurkach powyżej kostki i przykrótkich marynarkach, potrzeba bezpretensjonalnego, porządnego, wkurwionego hard rocka. Dlatego będę chłopakom kibicował.

Ocena: 6/10

profil bandcamp zespołu

20:01, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2016
Megadeth - Dystopia

dystopia

Gatunek: thrash metal
Kraj pochodzenia: USA
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Universal Music

Dave Mustaine para się graniem thrash metalu od czasu kiedy stawiał pierwsze kroki w szeregach Metalliki, jak większość kolegów po fachu, na przestrzeni ponad trzech dekad, to poszukując swojego miejsca wśród bardziej uczesanych, łatwych w odbiorze dźwięków, to znów wracając jak bumerang do tak zwanych korzeni. Jego dokonania nigdy nie były specjalnie istotnym punktem na mapie moich zainteresowań, niemniej cenię go za profesjonalizm, charyzmę zaklętą w zaplutym głosie, bitną postawę względem establishmentu i, być może przede wszystkim, umiejętność pisania niezłych piosenek. W związku z tym staram się być w miarę na bieżąco z kolejnymi wydawnictwami, które serwuje. Przyznaję, że po fali miażdżącej krytyki, jaka spadła kilka lat temu na Supercollider, odpuściłem sobie ów krążek, ale wszystkie wcześniejsze stoją na mojej półce w okolicach dyskografii Metalliki, Slayera i tym podobnych. Przed paroma tygodniami spoczęła obok nich również Dystopia.

Stanowi ona kolejną, po Endgame, próbę powrotu do czasów dawnej agresji. Czy udaną? Przynajmniej częściowo. Od pierwszych minut słychać, że Rudy nie pogodził się ze światem i nadal wymachuje pięścią w stronę polityków, hipokrytów i innych, którzy zaleźli mu za skórę podczas dość już długiego żywota. To niewątpliwie nadaje wiarygodności premierowemu materiałowi, podobnie jak odświeżenie składu kapeli i obsadzenie za garami i drugim wiosłem młodych gniewnych, zamiast wysłużonych, zblazowanych rzemieślników. Dystopia brzmi dość ciężko (jak na współczesny Megadeth, ma się rozumieć). Już otwierający ją The threat is real pokazuje, że tym razem Dave’owi nie w głowie miejscówka w zestawieniach MTV, a przynajmniej nie w tych pop-rockowych. Jest to bardzo fajny, ładnie szarpiący numer, jadący na zajebistym riffie, prowadzącym do prostego, acz kozackiego refrenu, w którym wokal zaskakująco zahacza o manierę przypominającą styl Chucka Billy’ego z Testament. Podobnie ma się sprawa z Death from within, Bullet to the brain czy choćby Lying in the state.

Dla odmiany Poisonous shadows i Post American world utrzymane są w średnich tempach, a Mustaine cedzi ich teksty przez bardziej niż zwykle zaciśnięte zęby. Tytułowa Dystopia pachnie klasycznym heavy metalem, zaś The Emperor zdradza zdecydowanie hard rockowe inklinacje, stanowiąc tym samym najbardziej jednoznaczną wycieczkę w stronę radiowych poszukiwań Megadeth z czasów minionych. Po tylu latach nieortodoksyjnych muzycznych zabiegów trudno byłoby oczywiście oczekiwać, że nowe wydawnictwo całkowicie się od nich odetnie. Dzięki temu, że tak się nie stało, Dystopia jest przyjemnie zróżnicowana i poszczególne numery z względną łatwością umościły sobie legowisko w mojej świadomości. Instrumentalnie wszystko znajduje się tam gdzie powinno, jednakże, jak to często w takim klasycznym metalowym graniu bywa, nie ma tu miejsca na eksperymenty czy fajerwerki. Perkusja nadaje rytm wprawdzie bez większego polotu, lecz z pewną wyczuwalną lekkością, bas zaś, za który odpowiada weteran w szeregach Megadeth, David Ellefson, gdzieś tam majaczy, nie dostawszy szerokiego pola do popisu. Słowem, widać jak na dłoni kto tu pełni rolę gwiazdy, a kto chórku.

Niestety, mimo wielu udanych patentów, Dystopia cierpi z powodu niedostatku żywiołowości i prawdziwego artyleryjskiego ognia. Brak tu szaleństwa, autentycznego wkurwienia, które wyniosłoby piosenki powyżej poziomu zwykłego rzemiosła. Tak jak pisałem, czuję, że Mustaine wciąż nie lubi większości społeczeństwa, odnoszę jednak wrażenie, że nie ma już ikry, żeby coś z tym fantem zrobić. Thrash metal to taki gatunek muzyki, który odgrywany na pół gwizdka po prostu nie ma racji bytu. W jego podstawy wpisana jest agresja, jad, wściekłość, szybkość, walka na kastety z całym światem, a Megadeth już od lat co najwyżej ze skrzywioną miną kontestuje codzienność przy chłodnym piwku. Ich najnowszy album nie powinien zawieść osób spragnionych solidnego wykonawstwa, ale nie wierzę, żeby udało mu się dotrzeć do swojego naturalnego targetu – zbuntowanych dzieciaków, które szukają przewodnictwa w starciu z nieprzyjazną rzeczywistością. To już chyba po prostu nie te lata.

Ocena: 7/10

Oficjalny klip do Threat is real w youtube

17:25, namtar_of_irkalla , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14