|
czwartek, 26 kwietnia 2012
3 Inches Of Blood - Long live heavy metal
Gatunek: heavy / power metal Piąty album w dyskografii Kanadyjczyków nosi niezbyt oryginalny, choć adekwatny do swej muzycznej zawartości tytuł. Dwanaście kawałków tradycyjnego heavy metalu serwowanego w nowoczesnej formule składa ukłon klasyce gatunku w sposób właściwy dla 3 Inches Of Blood – łącząc wyraźne wpływy Accept, Judas Priest czy Iron Maiden, a także amerykańskiego poweru z lat 80. z elementami nowomodnego ciężkiego grania, coraz mniej jednak widocznymi. Płytę otwiera old schoolowy Metal woman. Niewyróżniający się, acz przyjemny rocker, dający przedsmak nadchodzących minut. Charakterystyczny, kojarzący się z Udo Dirkschneiderem, względnie Halfordem z okolic Painkillera wokal, klasyczna w swej motoryce, ale agresywna i gęsta praca garów i takież riffowanie to żelazne atuty tego, a także większości pozostałych numerów z Long live heavy metal. Następny na liście, My sword will not sleep jest zdecydowanie bardziej epicki od poprzednika i dobitnie wskazuje na inspirację vikingowską estetyką. W podobnych klimatach obraca się również Dark messenger, opatrzony akustycznym motywem rodem z pogańskich pieśni Primordial. Dzięki potężnemu refrenowi i bitewnej rytmice jest to zresztą jeden z moich faworytów na krążku. Kolejna piosenka to absolutny killer i mój osobisty numer jeden. Look out, bo taki nosi tytuł, stanowi hołd dla nieodżałowanej ikony metalu – Ronniego Dio. Zaczyna się doskonałym riffem z okolic NWOBHM, przełamującym podniosłą atmosferę panującą w poprzedzających go dwóch kompozycjach i szarżuje z imponującym wykopem, by w drugiej połowie zaczarować na moment stylową solówką na hammondach. Żadnej mdłej nostalgii, tylko ogień i gwarantowany headbanging. Uwagę zwracają też Leave it on the ice, a to za sprawą thrashowego ciężaru i prościutkiego, świetnie nadającego się do skandowania na koncertach refrenu i bardziej jakby rozbudowany, galopujący na maidenową modłę Storming Juno, w którym pojawia się okazjonalny growling. Zabarwione folkowo utwory w postaci akustycznego Chief and the blade i zamykającego podstawową wersję płyty Out for the ditch to, o ile się nie mylę, nowość w stosunku do poprzednich wydawnictw 3 Inches Of Blood i nie da się ukryć, że ich pojawienie się przydało wyrazu całemu materiałowi. Kwintet z Vancouver, którego szeregi zasilił ostatnimi czasy znany ze Strapping Young Lad i Fear Factory Byron Stroud, przeszedł w ciągu minionych dziesięciu lat z okładem bardzo pozytywną transformację. Panowie pozbyli się mianowicie metalcore'owych wpływów, znamionujących ich dokonania z czasów współpracy z Roadrunner Records. Jak wspomniałem w pierwszych zdaniach tej recenzji, w twórczości Kanadyjczyków wciąż słychać elementy współczesnych odmian muzycznej ekstremy, ale ma to więcej wspólnego z nową falą thrashu niż z powiedzmy Killswitch Engage, a to co niegdyś było wadą, stanowi dziś czynnik wyróżniający Long live heavy metal z tłumu. Ocena: 7,5/10
sobota, 07 kwietnia 2012
Unisonic - Unisonic
Gatunek: power metal / hard rock Na premierę tej płyty część fanów metalu czekała z niecierpliwością, jest to bowiem wynik ponownego zejścia się po ponad dwudziestu latach duetu muzyków z klasycznego składu Helloween, w którym ta legenda niemieckiego power metalu nagrała swoje najbardziej sztandarowe dzieła, obie części Keeper of the seven keys. Wprawdzie Michael Kiske i Kai Hansen, bo o nich mowa, spotkali sie w przeszłości kilka razy, między innymi przy okazji powstawania The metal opera Avantasii i Land of the free Gamma Ray, pod szyldem Unisonic postanowili jednak zaprezentować światu pełne wspólne wydawnictwo. Podczas gdy Hansen od lat osiemdziesiątych nieprzerwanie z oddaniem parał się z graniem szeroko pojętego heavy metalu, Kiske gdzieś na etapie tworzenia Pink bubbles go ape i Chameleon zaczął zbaczać w kierunku melodyjnego hard rocka. Mniej więcej od tego okresu przestałem interesować się jego działalnością i poza pojedynczymi wyjątkami twórczość „Kiszki” jest mi obca. Do Unisonic podszedłem w każdym razie z nadzieją, że to obecny leader Gamma Ray obejmie stery i tym samym napełni tę płytę duchem klasyków sprzed ponad dwóch dekad, przywracając jednocześnie swego kompana scenie metalowej. Po kilku przesłuchaniach materiału muszę stwierdzić, że jego ciężar gatunkowy plasuje się mniej więcej na poziomie wspomnianych wcześniej ostatnich dokonań Helloween sprzed Andiego Derisa. Płytę otwiera co prawda powerowy, singlowy Unisonic, a następujący po nim Souls alive utrzymuje tempo i charakter poprzednika, od numeru trzeciego zasadniczo zaczyna się jednak tendencja spadkowa tak w zakresie intensywności, jak co gorsza, jakości. Gdzieś w połowie albumu rodzi się pytanie: co właściwie robi Hansen?! Odnoszę wrażenie że zagrał większość utrzymanego głównie w średnim tempie materiału dzierżąc w jednej ręce browara – oczywiście za wyjątkiem solówek, które obowiązkowo pojawiają się w każdym z kawałków. Jedno jest pewne, takiego riffu jak w Unisonic, próżno szukać w kolejnych minutach krążka, a dobrych pomysłów na piosenki, czy choć ciekawych zagrywek również z czasem ubywa. Sytuację na szczęście nieco ratuje Kiske, który całkowicie objął tutaj obowiązki wokalisty. Jego głos praktycznie się nie zestarzał od początku lat 90. i wypada wybornie w większości kompozycji choć może nie wchodzi już na tak wysokie rejestry jak w czasach Keeperów. W mojej opinii to właśnie ten pan sprawia, że omawiany materiał jest, koniec końców całkiem słuchalny – przy wybiórczym podejściu i jeśli przymknąć oko na warstwę liryczną, w której klisza goni kliszę, ale do tego akurat niemiecki heavy metal zdążył nas już przyzwyczaić. Choć Unisonic jako całość bazuje na niemiłosiernie oklepanych i na dodatek odegranych bez polotu patentach, tu i ówdzie pojawiają się jaśniejsze momenty. Otóż, poza dwoma pierwszymi, naprawdę fajnymi numerami (wspomniane Unisonic i Souls alive) warto zwrócić uwagę na klimatyczny, kojarzący się z rockiem z lat 80. I’ve tried oraz ewentualnie podniosły Renegade. Reszta mogłaby moim zdaniem znaleźć się w jednym worku z odrzutami z sesji nagraniowej Pink bubbles go ape, więc jeśli ktoś ma dużą tolerancję na lukier lub bardzo tęskni za czasami Heavy metal hamsters czy When the sinner, pewnie znajdzie tu jeszcze coś dla siebie. Ocena: 5/10
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Meshuggah - Koloss
Gatunek: avant-garde metal Od premiery poprzedniego albumu Meshuggah minęły cztery lata. Koloss, bo taki tytuł nosi ich najnowsze dzieło, pojawił się na sklepowych półkach pod koniec marca tego roku by przypomnieć wszystkim, że Szwedzi wciąż niepodzielnie rządzą w zapoczątkowanym przez siebie muzycznym nurcie, określanym od niedawna słowem djent. I am colossus rozkręca album niespiesznie, lecz z matematyczną precyzją. Od razu słychać, że panowie z Umeå nie zboczyli z muzycznej ścieżki, obranej gdzieś w okolicach Nothing, Obcując z kolejnymi utworami odniosłem jednak wrażenie, że nabrali nieco dystansu do polirytmicznych dźwiękowych labiryntów, które zwykli kreować na poprzednich krążkach, wpuścili do nich pewną dawkę powietrza i ubrali je w odrobinę przystępniejsze formy. Najlepszym przykładem na to jest Do not look down, piosenka dziwnie bujająca jak na standardy autorów Sane i Perpetual black second. Oczywiście nadal nie ma mowy o easy listeningu – Koloss skutecznie wypacza, a wreszcie miażdży wszelkie objawy tradycyjnie pojętej melodyki za sprawą takich potworów przetaczających się przez głośniki, jak The demon's name is surveillance czy rozpędzony The hurt that finds you first. Największą zaletą premierowego materiału Meshuggah jest jego nieco większe niż dotychczas zróżnicowanie, tak w sferze tempa poszczególnych kompozycji, jak ich ogólnej gęstości. Obok wspomnianych szybkich numerów występują ultraciężki, mozolny Break those bones whose sinews gave it motion i podobny Behind the sun a także względnie przebojowy Do not look down i transowy, etniczny Swarm. Wszystkie elementy albumu spaja jednak wciąż absolutnie niepowtarzalny klimat, tak charakterystyczny dla muzyki Szwedów. Zdehumanizowane, powyginane riffy i wściekłe partie wokalne towarzyszą tradycyjnym już karkołomnym rytmom, których autorzy interpretują pojęcia z teorii muzyki w sobie tylko znany sposób. W kolejnych utworach nie brak oczywiście również markowych solówek Fredrika Thordendala, jak zwykle wwiercających się w czaszkę niczym alarm na statku obcych albo najgorszy koszmar Yngwie Malmsteena. Koloss zwraca uwagę perfekcyjną wprost produkcją. Przy głośnym odsłuchu, ze słuchawkami na uszach, robi ogromne wrażenie – zwłaszcza basy, których w tej muzyce jest naprawdę dużo. Brzmienie uzyskane na premierowym krążku przypomina to z Cathch Thirtythree, nawiasem mówiąc mojej ulubionej płyty kwintetu i stanowi znaczną poprawę względem ich poprzedniego wydawnictwa. Meshuggah to zespół, który stanowi niespotykaną w dzisiejszych czasach inspirację dla dziesiątek naśladowców i choć słyszałem już wiele modnych ostatnio zespołów parających się graniem właśnie tzw. djent metalu, żaden nie robi tego w tak spójny, bezkompromisowy, a co najważniejsze skuteczny sposób jak ekipa ze Szwecji. Muszę powiedzieć, że słuchając Obzen z 2008 roku odczułem pewne zmęczenie materiału i odniosłem wrażenie, że formuła, której używają panowie Haake, Thordendal, Kidman, Hagström i Lövgren nieco się już wyczerpała. Koloss jednak ją odświeżył, praktycznie niezauważalnie, wystarczająco jednak, by rozwiać wszelkie moje wątpliwości co do przyszłości tej zasłużonej, wizjonerskiej kapeli. Ocena: 9/10
niedziela, 18 marca 2012
Eluveitie - Helvetios
Gatunek: melodic death / folk metal Kilka osób pewnie się ze mną nie zgodzi, ale w obrębie sceny folk metalowej Eluveitie wydawał mi się zawsze zespołem najwyżej drugoligowym. Choć słuchałem ich wcześniejszych wydawnictw, takich jak Ven, Everything remains as it never was, akustyczny Evocation I, czy najlepsza spośród nich Slania, żadne nie wywarło na mnie większego wrażenia. Kolejne kawałki, poza może przebojowym Inis Mona wpadały jednym uchem by natychmiast wypaść drugim. Prawdopodobnie dzięki sprzyjającej konfiguracji różnych czynników najnowsze dzieło Chrigela Glanzmanna i spółki zagościło na dłużej na mojej playliście i ostatecznie postanowiłem poświęcić chwilę na jego zrecenzowanie. Dla osób niezaznajomionych z twórczością zespołu, Eluveitie niejako wymyka się typowym folkowym ramom. Nie znajdziemy tu quasi-powerowych galopad w stylu Ensiferum czy Turisas, a ogólna forma utworów nie nadaje się zbytnio do tańczenia po stołach i roztrącania butami kufli z piwem. W odróżnieniu od większości ludowo-metalowej gromady, Szwajcarzy obracają się w estetyce klasycznie pojętego melodyjnego deathu o szwedzkich korzeniach. Sztuczka, której używa ekipa z Zurychu polega zaś na tym, że funkcję partii gitary wiodącej przejmuje u nich w lwiej części lira korbowa wspierana całą masą innych ludowych instrumentów – dud, piszczałek, skrzypiec... Rozwiązanie to sprawdza sie świetnie zwłaszcza w szybkich, agresywnych numerach, stanowiących siłę napędową Helvetios. Do tej grupy należą choćby Havoc, szarżujący niczym berserker The siege i singlowy Meet the enemy. Cięte gitarowe riffy, choć niezbyt oryginalne niosą wystarczający ładunek wściekłości, by każdy z wymienionych kawałków mógł z powodzeniem użyczyć impetu na przykład ostatnim, bezzębnym wydawnictwom Arch Enemy czy In Flames. Folkowe elementy raz stanowią ozdobę utworów, to znów, jak recytacja w środkowej części The uprising, determinują ich strukturę i nadają im zupełnie nową jakość lub wręcz same w sobie stanowią odrębne kompozycje. Taką właśnie jest Scorched earth – genialny akustyczny numer zaśpiewany, jeśli się nie mylę, w języku galijskim. Niestety, jak już wspomniałem, znajdują się na Helvetios momenty, które budzą poważny niesmak. Najbardziej rażącą wpadką jest moim zdaniem druga z promujących album piosenek, czyli ckliwa A rose for Epona, zdradzająca wpływy Within Temptation, Evanescence i im podobnych, w zamyśle mająca prawdopodobnie umożliwić Eluveitie dotarcie do szerszej publiczności. To tutaj kobiece wokalizy Anny Murphy, dotąd okazjonalnie pełniące funkcję nieszkodliwych ozdobników, przejmują dominującą rolę. Nie ma w nich absolutnie nic charakterystycznego, tylko przyprawiająca o ból zębów słodycz i kiczowata nostalgia. Na domiar złego w limitowanej edycji albumu dostajemy ten fatalny utwór w wersji akustycznej, jako bonus. Dramat... Trzeba pamiętać żeby zawczasu zatrzymać krążek w odtwarzaczu. Drugą, na szczęście nieco mniej spektakularną miną na Helvetios, jest Alesia, której również dotyczy większość powyższych zarzutów. Nawiasem mówiąc, ciekawi mnie, czy to właśnie Anna Murphy odpowiada za growlowane kobiece partie w The siege. Jako całokształt, Helvetios prezentuje się nieźle. Szybkie, nacechowane buntowniczą bitewną zadziornością utwory, przeplatane kilkoma budującymi nastrój interludiami stanowią chlubną większość materiału i rekompensują wspomniane wpadki. Havoc, The siege, Meet the enemy, okraszony przebojowym, śpiewanym na dwa głosy refrenem Neverland i klimatyczny Scorched earth to zdecydowanie najmocniejsze punkty płyty, nie jestem jednak przekonany, czy wystarczą, by w pełni przekonać słuchaczy do Eluveitie. Ocena: 6,5/10
sobota, 17 marca 2012
Christian Mistress - Possession
Gatunek: heavy metal Wygląda na to, że nastały złote czasy dla bandów grających metal na prawdziwie old schoolową modłę. Młodzi długowłosi odrzucają spodnie z krokiem w kolanach i łańcuchem zwisającym z tylnej kieszeni i na pohybel zdychającej groove metalowo – metalcore’owej modzie łoją surową muzę w duchu lat 80. i wcześniejszych. Znakiem czasów jest pewnie fakt, iż jeden z takich właśnie zespołów, Christian Mistress, podpisał niedawno kontrakt z kojarzoną z na wskroś nowoczesną, a przy tym ewidentnie ekstremalną muzyką wytwórnią Relapse i w barwach tejże wydał najnowszy krążek, wyśmienity Possession. Jeśli wierzyć internetowym źródłom, kapela ze Stanów pierwsze demo nagrała w roku 2009, trudno więc mówić o ich długim stażu, wystarczy z resztą spojrzeć na zamieszczone w książeczce czarno-białe foty, by stwierdzić, że delikatnie mówiąc, nie są to starzy wyjadacze. Sztuka, którą prezentuje Christian Mistress stylistycznie plasuje się pomiędzy wczesnymi dokonaniami Maiden czy Saxon, a sabbathowo – pentagramowym doomem. Bezkompromisowy, a jednocześnie niewymuszony tradycjonalizm wprost wylewa się z Possession, od pierwszej nuty otwierającego album Over & over po poligrafię, w której teksty napisane są czcionką z maszynopisu, a wspomniane wcześniej zdjęcia ukazują ubawionych i pełnych entuzjazmu muzyków w spranych t-shirtach, w kanciapie jakiegoś zadupiastego studia. Atutem Christian Mistress, który uderza od pierwszych taktów płyty jest stojąca za mikrofonem niejaka Christine Davis. Jej niski, chropawy i zbuntowany, a zarazem kobiecy głos barwą przypomina nieco Patti Smith, tyle że w bardziej wkurwionym, zdecydowanie heavy metalowym wydaniu. To, jak wielką siłę kwintetu stanowi wokalistka najlepiej uwidacznia się w mrocznym, majestatycznym Haunted Hunted, który ma wszelki potencjał, by wywołać ciarki na plecach właśnie za sprawą jej niezwykłej osobowości. Warstwa instrumentalna Possession wypada bardzo przekonująco. Wprawdzie mamy tu coś w rodzaju przejażdżki po złotych przebojach tradycyjnego metalu i mam wrażenie, że nie tylko mi riff otwierający Black to gold skojarzy się z The trooper wiadomo czyim, ale w większości przypadków słychać raczej inspirację, niż kalkę. Przede wszystkim jest szybko. Wspomniane doomowe wpływy, poza toczącym się, walcowatym Haunted hunted, przejawiają się głównie w poszczególnych riffach, zwolnieniach i smaczkach rozsianych na albumie, którego prawdziwym wykładnikiem stylistycznym są kawałki takie jak najbardziej chyba efektowny, judasowo rozpędzony Conviction, Over & Over i zamykający stawkę All abandon. Znalazło się tu również miejsce dla coveru, stanowiącego jednocześnie najbardziej powolny i ciężki fragment płyty – mowa o tytułowym Possession, autorstwa Szwedów z Faith. Nie znam oryginału, ale wersja Amerykanów prezentuje się naprawdę doskonale. Podsumowując, premierowy krążek Christian Mistress to pozycja obowiązkowa dla fanów tradycyjnego grania i metalu w ogóle, a jednocześnie dowód na to, że klasyka nie tylko nie pokryła się kurzem, lecz wciąż stanowi bazę dla kolejnych pokoleń artystów, do tworzenia świetnej muzyki. Ocena: 9/10
piątek, 17 lutego 2012
Nergal w Risen 2
Dla wszystkich metalowców zainteresowanych grami komputerowymi, publikuję fragment maila, którego otrzymałam dzisiaj od pana Konrada Rawińskiego z firmy Cenega:
niedziela, 08 stycznia 2012
Podsumowanie roku 2011 - Namtar
Minął rok 2011. Czy był satysfakcjonujący z punktu widzenia słuchacza szeroko pojętej ekstremalnej muzyki? Na pewno nie tak bardzo, jak ubiegły, myślę jednak, że mimo wszystko nie ma powodów do narzekania. Rzecz w tym, że o ile ostatnie dwanaście miesięcy obfitowało w premiery niewątpliwie solidnych pozycji, o tyle wyłuskanie z ich grona jednostek wybitnych nastręczyło mi tym razem nie lada problemu. Poniżej przedstawiam te tytuły, które po trudnej klasyfikacji znalazły się w pierwszej dziesiątce.
2. Pain Of Salvation – Road salt two to mój drugi żelazny faworyt. Szwedom udało sie utrzymać zdumiewająco wysoki poziom po pierwszej części historii i dopełnić ją wyśmienitą, zanurzoną w klimatach vintage kontynuacją, w niczym nie ustępującą krążkowi z 2010 roku, a w ostatecznym rozrachunku może nawet barwniejszą i zawierającą bardziej zróżnicowany materiał.
4. 40 Watt Sun – The inside room. Wokalista i gitarzysta Patrick Walker z nieistniejącego już zespołu Warning uformował z kolegami po fachu nowy projekt, którego pierwsza płyta trafiła w ubiegłym roku na sklepowe półki. The inside room to kawał pięknej, choć porażająco smutnej, powolnej i ciężkiej muzyki, jej siła tkwi zaś głównie w niemożliwym do pomylenia, balansującym na granicy rozpaczy głosie frontmana. Zdecydowanie jest to doom metalowe objawienie roku. 5. Communic – The bottom deep. Spośród czterech albumów w dyskografii Norwegów to właśnie The bottom deep najcelniej trafił w moje gusta. Z jednej strony zespół nie poświęcił ani odrobiny z progresywnego wydźwięku swoich starszych kompozycji, z drugiej zaś stworzył dzieło zdecydowanie najbardziej przejrzyste i zapadające w pamięć, którego słuchanie nie wywołuje lekkiego poczucia przesytu, jakie towarzyszyło mi przy obcowaniu z poprzednimi, także przecież wyśmienitymi wydawnictwami Oddleifa Stenslanda i spółki. 6. ICS Vortex – Storm seeker. Od dawna miałem nadzieję, że wreszcie nadarzy sie okazja, by usłyszeć pana Hestnæsa w autorskim materiale na pełnowymiarowej płycie. I oto udało się – ICS Vortex zaprezentował światu mieszankę post-blackowych wpływów, melodyjnego metalu i inspiracji rockiem z lat siedemdziesiątych, okraszoną momentalnie rozpoznawalnym wokalem. Być może nie emanuje ona smołą, siarką, piekłem i Szatanem, co wydawałoby sie na miejscu, z uwagi na narodowość autora i ogólną charakterystykę sceny, z której się wywodzi, ale tak czy inaczej słucha się jej doskonale.
8. Septicflesh – The great mass. Panowie Antoniou ponownie zabrali słuchaczy w podróż do mrocznego świata snów, magii i okultyzmu. Dzięki śmiałemu łączeniu diabelnie ciężkich, acz klimatycznych partii z pogranicza deathu z rozbuchanymi symfonicznymi aranżacjami już dawno zyskali sobie status jednego z najciekawszych zespołów parających się graniem szeroko pojętego gothic metalu. Nie inaczej niż w przypadku Communion z 2008 roku, album The great mass jest bezsprzecznie wart każdej minuty poświęconej na obcowanie z nim.
10. Iced Earth – Dystopia. Jon Schaffer sprawił mi w tym roku miłą niespodziankę, nagrywając pierwszą od lat naprawdę dobrą płytę. Zaskoczenie było tym większe, że nie spodziewałem się usłyszeć od Amerykanów tak mocnego materiału, zarejestrowanego w składzie z wokalistą innym niż nieodżałowany Matt Barlow. Podobnie jak w przypadku punktu dziewiątego, od amerykańskiego patosu, bijącego w zasadzie bardziej z otoczki niż samej muzyki na Dystopii, co wrażliwszych mogą rozboleć zęby. Jeśli jednak jest sie w stanie przymknąć oko na tę estetykę – satysfakcja gwarantowana. Tak jak pisałem na początku artykułu, pojawiło się jeszcze co najmniej kilka krążków, które równie dobrze pasowałyby do powyższej listy. Należą do nich choćby świetny Jordpuls Vintersorga, niespodziewanie udana Biało – czarna Kata, odjechany i ekstremalny do granic możliwości Agony włoskiego Fleshgod Apocalypse czy imponujące deathowe dzieła Nader Sadek i rodzimego Vadera.
*Zdjęcie Proscriptora zostało wykonane przez Namtara podczas koncertu Absu na festiwalu Brutal Assault 2011.
czwartek, 24 listopada 2011
Absu - Abzu
Gatunek: black / thrash metal Metalowy demon szybkości, kompozytor, perkusista i wokalista zarazem, ukrywający się pod pseudonimem Proscriptor McGovern od niemal dwudziestu lat wojuje na muzycznej scenie. W październiku tego roku, wraz ze swym flagowym zespołem Absu, wydał na świat kolejny zgłębiający arkana środkowowschodnich mitologii album, zatytułowany krótko: Abzu. Przyznaję, że nadejścia tej płyty wyczekiwałem z niecierpliwością, bowiem dotychczasowe wydawnictwa, w których powstawaniu maczał palce natchniony Amerykanin, czy to z macierzysta kapelą czy z izraelskim Melechesh, nieodmiennie prezentowały ustalony, imponująco wysoki poziom, co najmniej kilka z nich stanowi zaś w mojej opinii żelazną czołówkę gatunku. Nie inaczej mają się sprawy w przypadku premierowego krążka. Materiał na nim zawarty jest niesłychanie zwięzły - trwa nieco ponad trzydzieści pięć minut, przy czym składa się nań tylko sześć utworów, z których ostatni liczy sobie niemal kwadrans długości. Muzycy dbają jednak o to, by było to bardzo intensywne pół godziny i bez zbędnych wstępów atakują z szaleńczą zawziętością nawałnicy, której frontalną falę uderzeniową stanowi jak zwykle karkołomna kanonada perkusji. W trakcie pierwszych dwóch numerów Proscriptor nie pozwala sobie praktycznie ani na chwilę wytchnienia i grzmoci w gary z prędkością światła, nieziemską, techniczną precyzją i kompozytorskim polotem, ujawniającym się choćby w fakturze rytmicznej otwierającego płytę Earth ripper, przywodzącej na myśl jakieś piekielne, napędzane blastami rockabilly. Gitarzyści – wymieniany w stałym składzie zespołu Vis Crom i gościnnie występujący Blasphemer – nie pozostają w tyle w tej diabelskiej gonitwie i miotają ze swych instrumentów kipiące żywym ogniem tremola, plasujące się gdzieś pomiędzy stylem Slayer (Onthologically...), a Marduk (Circles of the oath). Obroty spadają z ultra-wysokich do wysokich przy okazji Abraxas Connexus, opatrzonego ciekawym, wirującym riffem, wyeksponowanym przez nieco przerzedzony ostrzał perkusji. Wraz z Ontologically, it became time & space, Abzu ponownie osiąga pierwszą prędkość kosmiczną, by wytracić ją dopiero z ostatnimi sekundami kończącego płytę, monumentalnego Song for EA. Ta epicka suita to zasadniczo album w albumie, a składające się na nią, opatrzone oddzielnymi tytułami, zwrotkami i refrenami części, stanowią kolejne rozdziały opartej na sumeryjskich podaniach historii o podróży boga Enki i jego zmaganiach z demonami. Siłą muzyki Absu jest jej przyswajalność i chwytliwość mimo ekstremalnej intensywności i gęstej atmosfery. Materiał, choć ciężki i utrzymany w zdumiewających tempach, dzięki umiejętnym, epickim i niebanalnym aranżacjom i ciekawej, zróżnicowanej strukturze rytmicznej, bardzo zyskuje na przestrzenności i słuchanie go naprawdę wciąga. Jest to ambitna sztuka, tak w warstwie muzycznej, jak i tekstowej, podana jak zwykle w przypadku Absu w sposób głęboko zakorzeniony w tradycji ekstremalnego metalu. Zmusza do headbangingu niczym rasowy, wściekły thrash, ocieka klimatem i jadem rodem z najznamienitszych blackowych wyziewów i wspina się na wyżyny technicznych popisów, które zadowolą fanów porządnego deathu, a wszystko odmierzone odpowiednią miarą, w soczystej, nowoczesnej i starannie dopracowanej oprawie. Ocena: 9/10
poniedziałek, 07 listopada 2011
Iced Earth - Dystopia
Gatunek: power metal Dystopia jest pierwszą płytą Iced Earth po ostatecznym rozstaniu zespołu z najbardziej charakterystycznym dla niego wokalistą, Mattem Barlowem - płytą która jednocześnie otwiera nowy rozdział w dyskografii Amerykanów, po zakończeniu koncepcyjnej sagi Something Wicked. Gdy dowiedziałem się o zaplanowanej na październik premierze tego materiału i o zwerbowaniu w szeregi kapeli dotychczasowego członka kanadyjskiego Into Eternity, Stu Blocka, zupełnie nie spodziewałem się, jak przyjemną niespodzianką okaże się rzeczone wydawnictwo. Zwłaszcza, że okres w twórczości grupy, gdy za mikrofonem stał Ripper Owens, uważam za mało interesujący i ogólnie rzecz biorąc słaby, a chwilowy reunion z Barlowem przy okazji The crucible of man, choć mile widziany ze względów sentymentalnych i nie pozbawiony jasnych punktów, w porównaniu z takimi dziełami jak Burnt offerings, Something wicked this way comes, Dark saga a nawet Horror show wypadł w mojej opinii dość blado. Jak się jednak okazało, przez ostatnie trzy lata Jon Schaffer, założyciel i mózg zespołu, nabrał wiatru w żagle, i zrzuciwszy brzemię wspomnianego wcześniej konceptu stworzył prawie czterdzieści minut naprawdę solidnego heavy metalu, który ma potencjał by wynagrodzić fanom grupy rozczarowania minionej dekady. Od pierwszych sekund wyraźnie słychać, kto stoi za całością muzyki – sztandarowe dudniące gitarowe riffy są stałym elementem twórczości Iced Earth, tyle że tym razem jakoś więcej w nich życia i różnorodności niż jeszcze parę lat temu. Utwór tytułowy otwiera płytę z impetem lokomotywy, jednocześnie ujawniając, jak trafnym był wybór gardłowego. Stu Block, który w Into Eternity mimo dobrej skali prezentował się raczej przeciętnie, na Dystopii wprost rozgniótł moje wątpliwości na miazgę. Dopatruję się w tym oczywiście również ręki Schaffera, który najprawdopodobniej dołożył wszelkich starań, by aranżacje partii wokalnych odpowiednio przypominały te, które znamy ze starszych krążków z Barlowem. Imponujące umiejętności Kanadyjczyka pozwoliły jednak dodatkowo wzbogacić kompozycje ekstremalnie wysokimi partiami na granicy wrzasku à la Rob Halford lub Ripper Owens, efektownie urozmaicającymi znajomą formułę. Rozpoczynający się akustycznym wstępem drugi utwór na krążku, Anthem, jest murowanym hiciorem, utrzymanym w średnim tempie, z miarowym, kroczącym riffem i refrenem stworzonym do chóralnego odśpiewania z publicznością w trakcie koncertów. Podobnie jak w przypadku openera, melodia momentalnie zapada w pamięć, także dzięki temu, że kolejne wersy tekstu zaśpiewane są z autentycznym zaangażowaniem – tu znów brawa dla Blocka. Uderzenia dzwonu zapowiadają wejście kolejnego numeru, który w duchu Stand Alone, przez niespełna trzy minuty atakuje kanonadą ciętych riffów, agresywnym naporem bębnów i pełnym wściekłości wokalem, głębokim i niskim, to znów wznoszącym sie na wyżyny skali w iście halfordowskim stylu. Gdy wybrzmiewają ostatnie takty Boiling point, muzycy serwują słuchaczowi chwilę wytchnienia w postaci Anguish of youth – pięknej, acz nie pozbawionej mocniejszych wejść ballady, która tylko nieznacznie ustępuje pod względem jakości klasykom z gatunku Melancholy czy Watching over me. Dystopia stanowiłaby prawdziwą perłę w dyskografii Iced Earth, gdyby cała była tak porywająca jak otwierające ją cztery utwory. Niestety zdarzają się tu momenty nieco mniej udane i o ile jeszcze Dark city i zamykający tracklistę, ponad siedmiominutowy Tragedy & triumph prezentują się naprawdę imponująco, o tyle zdecydowanie przesłodzony, opatrzony kiepskimi rymami i sztampowym, banalnym refrenem End of Innocence, nieciekawy, choć zdecydowanie najcięższy na płycie Days of rage oraz bezbarwny V, nieco psują finalny efekt. W warstwie lirycznej Jon Schaffer zastosował podobny zabieg jak w przypadku albumu Horror Show z 2001 roku. Tym razem jednak inspirację zaczerpnął z filmowych wizji antyutopii – w kolejnych utworach natknąć się można na tematykę znaną z V for Vendetta, Dark City, Equilibrium czy nieodzownego Matriksa. Wprowadzenie takiej klamry, bądź co bądź niezbyt oryginalnej, jakkolwiek pasującej do metalowej estetyki, zwiększyło w moim odczuciu integralność materiału i rozpoznawalność poszczególnych kawałków i spowodowało, że od pierwszego przesłuchania dodatkowo kojarzą się one z konkretnymi obrazami. Cieszę się że mogłem napisać tę recenzję w takim tonie, gdyż prawdę mówiąc, po The glorious burden i Framing Armageddon moje zainteresowanie twórczością Iced Earth drastycznie spadło i nie spodziewałem się, że jeszcze usłyszę z obozu Amerykanów tak mocną dawkę klasycznego power metalu. Choć nie jest to idealnie równy album, jego najjaśniejsze punkty po prostu miażdżą, dzięki czemu, parafrazując Ryszarda Ochuckiego, minusy nie przesłaniają nam plusów i kolejna pozycja zyskuje żelazne miejsce w tegorocznym, podsumowującym „top ten”. Ocena: 8,5
niedziela, 30 października 2011
Shade Empire - Sinthetic
Gatunek: industrial/melodic black metal Czasami zdarza mi się zupełnie przypadkowo, w jakiejś wyprzedaży czy zakurzonym kącie ukrytej w zaułku kanciapy, w której wyjęty z minionej epoki osobnik, wbrew postępowi sprzedaje muzykę na krążkach, natknąć się na płytę zupełnie nieznanego bandu, która po przesłuchaniu niespodziewanie okazuje się kawałkiem naprawdę przedniego materiału. W takich właśnie okolicznościach trafiłem swego czasu na Sinthetic fińskiej kapeli Shade Empire. Jest to wydawnictwo z 2004 roku, wypełnione industrialnym, melodyjnym blackiem z okolic ostatnich płyt ...And Oceans, z jednej strony zdecydowanie agresywnym, z drugiej zaś przepełnionym sekcjami symfonicznymi i klawiszowymi pasażami rodem ze ścieżki dźwiękowej do filmu science fiction z lat osiemdziesiątych. Tradycyjne metalowe instrumentarium współistnieje na płycie z nie mniej ważnymi motywami syntetycznymi, jednocześnie brzmiąc naturalnie i zachowując niemal black-deathową gęstość i ciężar. Poza sporadycznymi wyjątkami, nie ma tu miejsca dla podbitego za pomocą elektroniki beatu, czy typowego na przykład dla The Kovenant industrialnego efektu nałożonego na wokal. W kawałkach takich jak rozpędzony opener, opatrzony gościnnym śpiewem niejakiego Spellgotha Designed for blood czy najcięższy ze stawki Demonized, dominuje agresywna praca bębnów i gęste, wściekłe riffy. We wszystkich piosenkach jednak, nie wyłączając wspomnianych przed chwilą, raz po raz blasty i gitarowa furia ustępują miejsca kosmicznym klawiszowym ornamentacjom, nie powodującym bynajmniej utraty dynamiki. Na zdecydowane wyróżnienie zasługuje odznaczający się jadowitym, a zarazem wybitnie chwytliwym refrenem z udziałem Marco Hietali z Nightwish Human sculpture – świetny numer, nawiasem mówiąc jedyny w którym tak wyraźnie zaakcentowane zostały czyste wokale. Sinthetic, jak przystało na realizację z szufladki opatrzonej etykietką symphonic/industrial, otrzymała potężną, soczystą produkcję, która powoduje, że materiał jest dobrze przyswajalny i ma moc by sprawić, że słuchacz w ciągu najbliższych czterdziestu minut niejednokrotnie radośnie zamacha łbem. Prawda, że nie jest to szczególnie brutalna i ekstremalna muza, a puryści zapewne pokręcą nosem i zapuszczą sobie nowy krążek Taake, ale jeśli ktoś preferuje zróżnicowaną metalową dietę i nie ucieka przed natłokiem elektroniki, może spokojnie sięgnąć po Sinthetic, a jeżeli dodatkowo uronił łzę po rozpadzie ...And Oceans, propozycja Shade Empire będzie dla niego niewątpliwym pocieszeniem. Ocena: 7,5 |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|