Blog > Komentarze do wpisu
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2016

Po raz kolejny, po długim milczeniu na łamach Irkalli, nadszedł czas na muzyczne podsumowanie minionych 12 miesięcy i przypomnienie, że blog wciąż od czasu do czasu potrafi wybudzić się z letargu. Choć ostatnio, z różnych powodów, pisanie nie przychodzi mi łatwo, intensywność z jaką przekopuję się przez świeże wyziewy z metalowego podziemia (i nie tylko) bynajmniej nie zmalała. Wydaje się, że scena ekstremalna ma się świetnie – wyraźnie widać, że pochodnię przechwytują młode kapele, które z jednej strony kombinują i mieszają na rozmaite sposoby, z drugiej zaś z powodzeniem i ewidentną radością grania utrzymują przy życiu klasyczne brzmienia, nieustannie wypluwając na świat kawałki doskonałego materiału. Poza tym, kolejne zespoły w średnim wieku zdają się przeżywać drugą młodość . Najbardziej rzuca się to w oczy na thrashowym poletku, które wyjątkowo obrodziło w solidne produkcje (nawet plastikowi celebryci z Metalliki zbliżyli się odrobinę do czoła stawki, mimo kilku fatalnych muzycznych decyzji), ale na równe tory wrócili także w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy choćby Ihsahn, Katatonia, Dark Tranquillity czy Avantasia i Hammerfall prezentując bardzo mocne albumy po okresie mniej lub bardziej udanych poszukiwań.

Podsumowując – jest nieźle. Rok 2016 obfitował w mocne pozycje, wśród których nie brakuje prawdziwych perełek. Poniżej lista moich dziesięciu wspaniałych:

 

10. Volbeat - Seal the deal & let’s boogie

Volbeat - Seal the deal & let's boogie

W przypadku takich kapel jak Volbeat wszystko sprowadza się do riffów, melodii i wiadra haczyków. Jeżeli te elementy stoją na wysokim poziomie, sukces jest murowany. Duńczycy pokazali, że wyczucie zajebistości mają nie do zdarcia, nawet jeśli na Outlaw gentlemen… nieco się zachwiało. Seal the deal to krążek, który iskrzy od energii, a każdy refren aż prosi się o chóralne odśpiewanie. Nie jest to wysoka sztuka, ale jakże przyjemnie się jej słucha!

 

9. Negura BungetZi

Negura Bunget - Zi

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że po rozłamie w obozie Negura Bunget, w wyniku którego pod oryginalną banderą pozostał tylko perkusista, Negru, Rumunom uda się wyprodukować tak dobrą płytę. Zi balansuje pomiędzy akustycznym folkiem, post blackiem spod znaku Agalloch, a bardziej klasyczną ekstremalną formułą, splatając organicznie wszystkie wątki we wciągającą, meandrującą opowieść, z punktami kulminacyjnymi w postaci Gradina Stelelor, Baciu mosneag i Stanciu gruiul. Dobrze słyszeć tę ekipę w tak doskonałej formie.

 

8. MeshuggahThe violent sleep of reason

Meshuggah - The violent sleep of reason

Nieodmiennie cieszy mnie, jak co chwilę jakieś dzieciaki próbują bawić się w granie modnego djenta, po czym na scenę wraca Meshuggah z nowym albumem i zmiata te wszystkie wynalazki z powierzchni ziemi. Tak było w przypadku Koloss, tak jest i teraz. Szwedzi stworzyli ten nurt, czują się w nim jak w domu i niepodzielnie nim rządzą. Pozostali to tylko turyści.

 

7. HexvesselWhen we are death

Hexvessel - When we are death

Leśno-folkowy projekt z Mattem McNerneyem, znanym również (pewnie coraz słabiej) jako Kvohst, za mikrofonem, obrał na swoim ostatnim dziele klasycznie rockowy kierunek. Akustyczne rytualne pieśni z ich pierwszych dwóch krążków, choć przyjemne, nigdy do końca mnie nie przekonały, natomiast When we are death uważam za strzał w dziesiątkę. Klimatyczny, a jednocześnie zaraźliwie energetyczny, buja niemożliwie już od pierwszych dźwięków Transparent eyeball, nie dając jednak zapomnieć, że korzenie ekipy sięgają psychodelicznych, okultystycznych koncepcji.

 

6. Black Crown InitiateSelves we cannot forgive

Black Crown Initiate - Selves we cannot forgive

Z technicznym deathem mam tak, że często przez jego kliniczną, sterylną formułę, trudno mi go naprawdę lubić. Zawsze na pewnym poziomie wydaje mi się sztuczny i kuriozalny, mimo, że szczerze doceniam fachowość tworzących go muzyków. Black Crown Initiate są kapelą wyjątkową. Nigdy nie popadają w nadmierną techniczną popisówę, która przesłoniłaby im to, czym powinna być dobra piosenka. Nie boją się wpuszczać powietrza do swoich kompozycji, a jednocześnie potrafią utrzymać ich brutalny charakter. Selves we cannot forgive stanowi rozwinięcie formuły, którą zaprezentowali na swoim debiutanckim krążku – jest bardziej dojrzały, zróżnicowany i progresywny, brzmi lepiej i od początku do końca trzyma ekstremalnie wysoki poziom.

 

5. KhemmisHunted

Khemmis - Hunted

Ten album wylądował prawdopodobnie w osiemdziesięciu procentach zeszłorocznych zestawień. Trudno się dziwić – Hunted to genialny kawał klasycznego dooma, łączący nowoczesną oprawę, charakterystyczną dla trendsetterów takich jak Pallbearer, z tradycyjnymi, charyzmatycznymi wokalizami, którym daleko do modnej post-rockowej powściągliwości. Również same kompozycje przywodzą na myśl klasykę, a mianowicie monumentalne dokonania Candlemass sprzed ponad dwudziestu lat. O tym krążku na pewno będę pamiętał w nadchodzących latach i porównywał z nim kolejne doomowe debiuty. Nawiasem mówiąc, otwierający go Above the water musiał trafić do ścisłej czołówki moich ulubionych piosenek minionego roku.

 

4. BorknagarWinter thrice

Borknagar - Winter thrice

Borknagar to dzisiaj prawdziwy skandynawski dream team. Vortex, Lazare, Vintersorg, Kolstad, Athera, nie mówiąc o trzonie zespołu… Na dodatek, do udziału w nagrywaniu Winter thrice udało im się ściągnąć z powrotem na metalową scenę samego Kristoffera Rygga, który opuścił ich szeregi w 1997, po perfekcyjnym The olden domain. Wynik satysfakcjonuje w dwustu procentach. Nie sposób nie docenić starannej kompozycji i imponującego bogactwa utworów, które znalazły się na krążku, ale to co naprawdę chwyta za gardło to genialne melodie zaklęte w liniach wokalnych, w kawałkach takich jak choćby Cold runs the river, Panorama, Erodent i Terminus.

 

3. Cult of Luna & Julie ChristmasMariner

Cult of Luna - Mariner

Po doskonałym Vertikal czekałem z niecierpliwością na kolejne wydawnictwo Szwedów. Ci wprawdzie ogłosili przerwę w nagrywaniu, na szczęście w międzyczasie zdecydowali się jednak na zorganizowanie jednorazowej (rzekomo) współpracy z Julie Christmas, wokalistką znaną między innymi z Made out of Babies. Mariner jest ich wspólnym dziełem i stanowi w dużej mierze kontynuację dokonań szwedzkiego ansamblu, czyli powolny, ciężki, progresywny sludge, podbity kosmiczną pracą syntezatorów, a zarazem precyzyjny i nieugięty niczym linia produkcyjna w fabryce Volvo. Julie wniosła do muzyki nieco piękna i piosenkowej nośności, ale również niepokojące, pulsujące pod skórą szaleństwo. Efekt końcowy jest wręcz uzależniający - otwierające płytę trio utworów to czysta perfekcja i choć następujący po nich Approaching transition nieco psuje wrażenie swoją nijakością, materiał wraca na tor dzięki Cygnus i ostatecznie broni się doskonale.

 

2. Anaal NathrakhThe whole of the law

Anaal Nathrakh - The whole of the law

To jest płyta, przy której podziwiający swoje sznurówki post-rockowi hipsterzy spierdalają w krzaki, albo po prostu zostają rozerwani na strzępy. Po Anaal Nathrakh nie należy spodziewać się niczego mniej niż absolutnej dźwiękowej apokalipsy, tym niebezpieczniejszej, że niespotykanie jak na taką muzę, zaraźliwej. The whole of the law to właśnie niesie – czystą radość destrukcji, zrealizowaną skutecznie od pierwszej do ostatniej sekundy. Brytyjczycy nigdy nie zeszli poniżej pewnego, wysokiego poziomu, ale tym razem wspięli się na wyżyny swojej niszczycielskiej sztuki. So hold your children close and pray for oblivion!

 

1. KatatoniaThe fall of hearts

Katatonia - The fall of hearts

Jak cudownie słyszeć Katatonię wreszcie ostatecznie uwolnioną z więzów minimalistycznej formuły, które krępowały ich ruchy od pierwszych nut Dance of december souls. The fall of hearts to płyta obdarzona głębią; płyta, która wreszcie w pełni wykorzystuje potencjał prog-rockowych aspiracji zespołu, ich instrumentalnego profesjonalizmu i wysublimowania, nie mówiąc o wokalnych możliwościach Jonasa Renkse. Dzięki temu potrafiła żelaznymi hakami wbić się w moją świadomość. Old hearts fall, Serein i Last song before the fade to numery, które nieustannie towarzyszyły mi przez cały ubiegły rok i, jak się okazało, nie mogło być innego kandydata do pierwszego miejsca tej listy.

***

 

Rishloo - Living as ghosts

Pora złamać zasady. W tym momencie wspomnę bowiem o pewnej płycie, która powstała w roku 2014, a którą poznałem, tak jak stojący za nią zespół, bardzo niedawno, wskutek czego przez ostatnie dwanaście miesięcy nieustannie wokół mnie orbitowała. Mowa o Living as ghosts with buildings as teeth, autorstwa amerykańskich prog-rockerów – Rishloo. Wydawnictwo to jest progresywnym arcydziełem, przywodzącym na myśl estetykę Tool czy The Mars Volta, jednak zdecydowanie bardziej subtelnym i technicznie wyrafinowanym niż pierwsza i mniej rozimprowizowanym i jazgotliwym niż druga z wspomnianych kapel. Całość spowija niemal teatralna atmosfera, tworzona w lwiej częsci przez Andrew Mailloux, wokalistę o aktorskich zapędach, którego wyczynom zaskakująco niedaleko do dokonań Freddiego Mercury’ego. Jazda obowiązkowa, ze szczególnym wskazaniem na rozbudowany Dark charade, gęsty, nerwowy Winslow i przepiękny, wspaniale ewoluujący Just a ride.

***

Jesteśmy już w połowie stycznia – za chwilę zaczną pojawiać się konkretni kandydaci do tegorocznych podsumowań. Światło dzienne ujrzał właśnie nowy krążek Pain of Salvation, a lada moment ukaże się premierowy zestaw thrashowych petard autorstwa Kreatora. Na okazję do porządnego przesłuchania obu tych płyt czekam z niecierpliwością. Z ciekawych prognoz na następnych kilka miesięcy – zadaję sobie pytanie, jak wypadnie reaktywowana Metalmania. Czy solidny skład, pozbawiony jednak obecności najbardziej aktualnych gwiazd, w połączeniu z silnym powiewem nostalgii będzie wystarczającym motorem dla rozpieszczonych polskich metalowców, żeby ruszyć tyłki do Spodka? Czas pokaże. Tłumów pod sceną nie zabraknie za to niewątpliwie w twierdzy Josefov, gdzie w sierpniu pojawi się Emperor. I tam się spotkamy!

sobota, 14 stycznia 2017, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/01/23 18:38:30
Dość nieoczywiste płyty, muszę przyznać. :) A że Katatonia w TOP 10 to jestem zdziwiona nawet.
-
2017/04/06 20:06:11
Zgadzam się z każdą pozycją :)
-
2017/06/16 16:11:11
Genialny był tamten rok :D