Blog > Komentarze do wpisu
Deströyer 666 - Wildfire

Destroyer 666 - Wildfire

Gatunek: black thrash metal
Kraj: Australia
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Season of Mist

Deströyer 666 zawsze kojarzył mi się z dość skocznym, choć bezlitośnie plugawym i agresywnym black thrashem, który z zasady gniótł i szarpał flaki niczym nabijana zardzewiałymi gwoździami żelazna rękawica. Zwłaszcza ich debiut Unchain the wolves (nie mówiąc o EPce Violence is the prince of this world) i późniejszy Cold steel… for an iron age dobrze wpisywały się w to porównanie. Wydany w 2009 roku Defiance wciąż całkiem solidnie napierdalał (The barricades are breaking, na ten przykład), nic więc nie zwiastowało nadejścia stylistycznej wolty, którą odwinął K.K. Warslut z nowo uformowanym składem kapeli na swoim najświeższym dziele, zadziwiająco rock’n’rollowo zatytułowanym – Wildfire.

Nie mnie osądzać, czy wyrzucenie za okno zimnej, wojennej dewastacji i zastąpienie jej organicznym, ciepłym brzmieniem i imprezową speed metalową jazdą z głębokimi ukłonami w stronę Venom wynikło z potrzeby serca uwolnionego od dawnych kolegów frontmana, czy tkwi w tym odrobina koniunkturalizmu. Skupię się na efektach transformacji. Fakt, Deströyer 666 A.D. 2016 jest dużo bardziej przyjazny użytkownikowi niż Deströyer 666 A.D. 2002, co niewątpliwie może zrazić część starych fanów, ale do cholery, kawałki wchodzące w skład nowego materiału są po prostu zajebiste. Łączą w sobie piekielny jad, jakiego stary Cronos na pewno już nigdy nie da rady z siebie wykrzesać, pracę gitar, której nie powstydziłyby się gwiazdy NWOBHM w swoich najlepszych czasach i nieskrępowaną ognistą przebojowość w stylu dzisiejszych retro heavymetalowców z Enforcer czy Portrait. Piosenki jadą na dynamicznych, wściekłych kanonadach sekcji rytmicznej, atakują wiadrami najwyższej jakości riffów á la Mercyful Fate czy Slayer i wręcz buchają, na klasyczną modłę, masą powplatanych  gdzie się tylko da, piorunujących solówek.

Krążek otwiera szybkie combo w postaci Traitor i Live and burn – murowanych koncertowych killerów z refrenami idealnymi do darcia mordy i motoryką, która wprawia tłum w stan istnego szaleństwa (byłem, doświadczyłem). Podobnie prezentują się White light fever i kawałek tytułowy, zdecydowanie najwyraźniej hołdujące praojcom black metalu. Hounds at ya back to dla odmiany całkiem melodyjny numer o zaraźliwym groove, z dodatkiem czystego wokalu, przywodzący na myśl zeszłoroczne dzieło Tribulation, zaś toczącemu się w wolniejszym tempie Hymn to dionysus, za sprawą opartych na tremolach riffów i sekcji blastbeatów, najbliżej do klasycznie pojętego współczesnego blacku. Album zamyka, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Defiance, podniosły i epicki (jak na D666) utwór o zdecydowanie melancholijnym zabarwieniu, jak drakkar odpływający w daleki rejs powrotny na antypody.

Wildfire to świetna płyta, choć gdyby została wydana parę lat temu, jej notowania mogłyby być wyższe. Sztuczka polegająca na ortodoksyjnym powrocie do złotych lat klasycznego heavy metalu zdążyła niestety zostać wyeksploatowana i Deströyer 666 załapał się z premierowym materiałem na schyłek mody na takie granie. Na szczęście, piosenki zawarte na krążku, dzięki swej jakości, bronią się zupełnie dobrze niezależnie od trendów i jeżeli ktoś potrafi wybaczyć K.K. Warslutowi odejście od klimatów skąpanego w dieslowskich oparach wojny czołgów drugofalowego blacka, powinien czuć się nimi w pełni usatysfakcjonowany.

Ocena: 8/10

Klip do Wildfire w youtube

niedziela, 24 kwietnia 2016, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/10/20 13:37:56
Mocne kawałki my gramy z EKG MUSIC BAND ale coś bardziej spokojnego pod publikę a tutaj widzę konkret ale słucha się tego wyjątkowo dobrze ! Pozdrawiam.