Blog > Komentarze do wpisu
The Shitstorms - Introducing...

Introducing... The Shitstorms

Gatunek: punk rock / stoner
Kraj pochodzenia: Polska
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Plexus of Infinity

Dostałem niedawno do przesłuchania debiutancki minialbum The Shitstorms, świeżutkiego bydgoskiego tria zapaleńców, od paru już lat wgryzających się w lokalną scenę, choć dotychczas pod innym szyldem. Jako że ich wcześniejsze dokonania sygnalizowały spory potencjał, z zaciekawieniem odpaliłem Introducing…, licząc na kawałek przyjemnego, żywiołowego, rockowego grania. Jak się okazało, moje oczekiwania miały zostać spełnione i to ze sporą nawiązką. Materiał od pierwszych dźwięków dobitnie pokazuje, że jego autorzy to ambitni i świetni technicznie instrumentaliści, którzy pod płaszczykiem radosnego, energetycznego hałasowania, wyraźnie wskazującego na inspirację rosnącą w siłę amerykańską sceną z pogranicza punka, stonera i plażowego popu á la Beach Boys, przemycają masę genialnych pomysłów i dają rzadko spotykany popis rzemiosła. Na dodatek nie da się nie zauważyć, że mają dryg do pisania efektywnych, ultra przebojowych numerów.

Wydawnictwo jest niestety króciutkie – zawiera zaledwie trzynaście minut muzyki. Składają się na nie cztery utwory, każdy o nieco innym charakterze. Na wstępie – We are the shitstorms – doskonała wizytówka i manifestacja obranego przez chłopaków kierunku, brzmiąca jak coś, co mogliby nagrać Ramonesi na dopalaczach, po wzięciu kilku dodatkowych lekcji z obsługi instrumentów. Po nim dostajemy pogodny, jakby skrojony dla nieco szerszej publiki Demon Dog, krótki, acz skuteczny niczym cios w mordę Death by audio i powolny, apokaliptyczny The afterglow, o zdecydowanie najmroczniejszym wydźwięku z całej stawki.

Kawałki niesie motoryczna, zwracająca uwagę kreatywnością praca perkusisty – Jacka Grzywniaka, który zdaje się czekać tylko na pretekst, by zerwać się z łańcucha i poszaleć. Okazja taka trafia mu się raz po raz, a wtedy daje się ponieść wyobraźni i z zadziwiającą lekkością częstuje słuchaczy niespodziewanymi, często zaskakującymi techniką patentami. W We are the shitstorms prezentuje krótką, dynamiczną solówkę, w Demon dog wchodzi na błyskotliwe, jazzujące bicie, zaś w refrenie The afterglow wgniata w glebę i walcuje tłustymi, niskimi kawalkadami, których nie powstydziłby się niejeden doomowy bębniarz. Nieustannie współpracujący i wymieniający się na pierwszym planie duet przesterowanej do maksimum, roztrzeszczanej gitary wiodącej (Łukasz Domański) i warczącego basu (Stanisław Cybulski) serwuje szybkie, energetyczne punkowe riffy, odpływając jednak co rusz to w przepalone solówki i improwizacje, rodem z pustynnych obszarów, gdzie kiedyś rządził Kyuss, to znów, zwłaszcza w The afterglow w klimaty cięższego, niepokojącego, prawie dronowego buczenia z okolic Black Sabbath czy Electric Wizard. W ten sposób pięknie przełamana zostaje pozornie prosta formuła piosenek. Nad wszystkim unosi się naprawdę fajny głos Łukasza. Czy to skąpany w pogłosie, ale trzymający wybitnie pozytywną i chwytliwą linię melodyczną w We are the shitstorms, wściekły i brudny w Death by audio, czy bawiący się falsetem w Demon dog, sprawdza się znakomicie i naprawdę pomaga utworom głęboko zagnieździć się w świadomości.

Kiedy wybrzmiewa ostatni, zamykający zestaw dźwięk, czuję zdecydowany niedosyt. Niespełna kwadrans to za mało, żeby nacieszyć się Introducing…. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby usłyszeć przynajmniej drugie tyle tej niespotykanej dotąd na polskiej scenie błyskotliwej mikstury wyrafinowanego, kreatywnego grania z atawistyczną garażowo – punkową postawą, skąpanej w przepalonej stonerowej zupie. Czekam wobec tego niecierpliwie na ciąg dalszy historii w wykonaniu The Shitstorms i zaciskam kciuki za to, by przyszłe kompozycje trzymały ten sam poziom, były równie skupione i iskrzyły nie mniejszą energią niż ich zwiastun.

Ocena: 9/10

Profil bandcamp zespołu

niedziela, 13 marca 2016, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: