Blog > Komentarze do wpisu
Relacja z koncertu: Helloween, Warszawa, Progresja 16.02.2016

Tak się złożyło, że kiedy poprzednio widziałem Helloween na koncercie, w trasie również towarzyszył im Rage. Byłem wówczas oddanym fanem Dyń, jak zresztą wielu innych zacnych niemieckich (i nie tylko) kapel power metalowych. Po trzynastu latach, podczas których ta część mojej płytoteki pokryła się warstewką kurzu, postanowiłem zrobić sobie sentymentalną podróż do Warszawy na gig promujący ich nowy album. Mimo spadku zainteresowania, przez minioną dekadę nie przestałem zupełnie śledzić ich dokonań i jestem do pewnego stopnia zaznajomiony ze wszystkimi wydawnictwami, które ostatnio spłodzili. Co więcej, uważam, że trzymają stały, całkiem niezły poziom, wobec czego spodziewałem się po wieczorze w Progresji masy dobrej zabawy i solidnie zdartego gardła. Nawiasem mówiąc, zaliczyłem również swego czasu epizod pod znakiem Rage, tak więc występ tria pod wodzą Peavy’ego Wagnera uznałem za nader sympatyczną przystawkę.

Helloween_4

Do klubu dotarłem mniej więcej w połowie show Crimes of Passion. Gdy zainstalowałem się na miejscu, a w mojej ręce wylądował pierwszy kubek piwa, Brytyjczycy właściwie gotowi byli do opuszczenia sceny. Stanąłem więc w jej okolicy w oczekiwaniu na Rage. Trzeba oddać Wagnerowi, że jest wystarczająco charyzmatyczny, by już po kilku minutach grania bez problemu zjednać sobie długowłosą brać. Inna sprawa, że jego zasługi na heavy metalowym polu są niemałe – idę o zakład, że większość zebranych tego dnia gości Progresji wiedziała kto zacz i nie potrzebowała dodatkowej zachęty do dobrej zabawy. Niestety, mimo że z przyjemnością słuchałem, a nawet śpiewałem hity w stylu Black in mind, End of all days czy nieśmiertelnego Higher than the sky, całość występu nieszczególnie mnie porwała. Oszczędnie zaaranżowanym i odegranym numerom zabrakło iskry. Wypadły statecznie, nie lepiej niż poprawnie, niemniej panowie spełnili swoje zadanie i z powodzeniem rozruszali publikę zanim na scenę wstąpiła gwiazda wieczoru.

Helloween_3

Helloween przywitali ludzi kombem w postaci Eagle fly free i Dr Stein. Nie sądzę, żeby na sali znalazł się ktoś niezadowolony z takiego manewru. Gardła niewątpliwie dostały w kość. Trzeci w kolejce, My God- given right, nie tak dobrze jeszcze zakorzeniony w mojej pamięci, dał mi trochę odsapnąć przed kolejnym dubeltowym wystrzałem, czyli Steel tormentor i Mr Torture. Zespół, jak przystało na starych wyjadaczy, momentalnie zawładnął lokalem. Andi Deris, w wyśmienitej formie wokalnej (gość naprawdę się wyrobił przez ostatnie kilkanaście lat), odziany w obowiązkową flanelową koszulę, śpiewał kolejne kawałki, gestykulując i zawłaszczając scenę do spółki z Markusem Grosskopfem. Klasyczny duet, wsparty przez relatywnie świeżą krew – Saschę Gerstnera – tworzył rozrywkowy trzon składu i z powodzeniem rozkręcał imprezę, podczas gdy Michael Weikath rzeźbił solówki zajmując, jak zwykle, ustronne miejsce z boku sceny. Dani Loeble zasiadł za imponującym zestawem perkusyjnym i łoił z młodzieńczą werwą, zapewniając piosenkom niezbędny impet. Otrzymał też swoje pięć minut na siarczyste solo, gdy pozostali Dyniogłowi łapali oddech na zapleczu. Bardzo dobrze zaprezentował się zwłaszcza w zestawieniu z garowym Rage, który, mam wrażenie, bez polotu wybijał proste, przewidywalne rytmy. Muzycy, choć nie tacy już młodzi, wypadli bardzo naturalnie i żywiołowo. To dobrze, bo zobaczywszy wcześniej ich wypacykowane i wyfotoszopowane fotki w książeczkach płyt, obawiałem się nieco widoku zakonserwowanych, pudrowanych mumii.

Helloween_1

Setlista niemal w pełni mnie usatysfakcjonowała. Oprócz wymienionych wcześniej numerów, z klasyków usłyszeliśmy Power, Where the rain grows i, na uspokojenie, Forever and one, zaś z nowszych Heroes i Lost in America z My God-given right, a także Straight out of hell i Waiting for the thunder z przedostatniego krążka Niemców, chyba najsłabiej mi znanego z całej ich dyskografii. Ciekawy zabieg, w postaci medleya z Halloween i Keeper of the seven keys, uzupełnionych Sole survivorem, Are you metal? i I can zamknął podstawową część wieczoru, lecz po intensywnych oklaskach artyści wrócili na scenę, by postawić kropkę nad i hat-trickiem: Before the war, Future World i I want out. Gdybym miał wybrzydzać, chętnie usłyszałbym coś z Rabbit don’t come easy (może Sun 4 the world) i z bardzo dobrego Gambling with the devil (najchętniej The bells of the 7 hells), najlepiej zamiast dwóch numerów ze Straight out of hell. Gdyby natomiast z głośników popłynął The departed i jakaś reprezentacja Walls of Jericho (Victim of fate? Tak, wiem, że to zupełnie nieprawdopodobne) to już w ogóle byłby szczyt szczęścia.

Helloween zagrali niczym dobrze naoliwiona maszyna, dzięki czemu impreza była przednia. Kiedy ostatecznie pożegnali się z słuchaczami, nie czułem niedosytu. Poza tym ledwie mogłem mówić, więc przedłużenie show o jeszcze kilka hitów mogłoby źle się skończyć dla moich strun głosowych. Bardzo duży plus wydarzenia stanowiło świetne nagłośnienie w klubie. Wokal, element najbardziej wrażliwy na ewentualne niedostatki akustyki i często ginący wśród ogólnego zgiełku, był perfekcyjnie słyszalny. Nie odniosłem również wrażenia, żeby perkusja dominowała w miksie, co nierzadko ma miejsce podczas metalowych koncertów. Faktem jest, że nie stałem pod samą sceną, więc nie wiem jakie warunki mieli ludzie szalejący przy barierkach. Pamiętam, że kilka miesięcy temu na Blind Guardian zauważyłem, że z bliska słyszalność w Progresji nieco kuleje.

Helloween_2

Chłopakom z Helloween udało się ponownie rozbudzić sympatię, jaką darzyłem ich jeszcze przed paroma laty. Następnego dnia po występie z dużą przyjemnością, dwukrotnie przesłuchałem od deski do deski My God-given right i zacząłem nucić pod nosem ich starsze kawałki. Jeżeli głównym zadaniem tras koncertowych jest promocja nowego materiału kapel, to wtorkowa impreza spełniła to założenie w stu procentach. Fajnie byłoby kiedyś nadrobić zaległości z teutońskiej sztuki i wybrać się na Gamma Ray lub Grave Digger, a z innej beczki, gdyby kiedyś ponownie zdarzył się reunion, zaliczyć gig Iced Earth z Mattem Barlowem za mikrofonem.

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Namtara.

piątek, 19 lutego 2016, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: