Blog > Komentarze do wpisu
Avantasia - Ghostlights

Avantasia - Ghostlights

Gatunek: power metal
Kraj pochodzenia: Niemcy
Rok wydania: 2016
Wytwórnia: Nuclear Blast

W rzeczywistości, w której największe uznanie publicystyki zdobywają kapele w stylu Baroness i Deafheaven czy, z drugiego końca spektrum, choćby Imperial Triumphant, albo Young And In The Way, uprawianie kiczowatego, zakorzenionego w latach 90. niemieckiego power metalu, nie będącego na dodatek (zamierzoną) parodią gatunku, musi wymagać sporej dozy bezkrytycznego poczucia własnej zajebistości. Dzięki jednostkom obdarzonym owym przymiotem możemy cieszyć się wydawnictwami takimi jak najnowszy, dosiadający tęczowego jednorożca album Avantasii. Tak, cieszyć się – muszę powiedzieć, że po pierwszym zderzeniu z Ghostlights, dość szokującym po długim czasie obracania się w klimatach przywołanych na początku tekstu, zacząłem nie tylko go akceptować, ale nawet słuchać z przyjemnością.

Dla niewtajemniczonych, Avantasia to projekt dowodzony przez zasłużoną postać sceny euro-power, niejakiego Tobiasa Sammeta, pod którego egidą ów śpiewający basista gromadzi co parę lat grupkę tuzów i tworzy pełne rozmachu metalowe opery. Podczas gdy pierwsze dwa wydane pod tym szyldem krążki były klasycznie powerowe (do dzisiaj zdarza mi się nucić Seven Angels), każdy kolejny nieco głębiej wypływał na hard rockowe wody. Tegoroczny Ghostlights nie stanowi wprawdzie pełnego zwrotu w kierunku cięższych dźwięków, odznacza się jednak odrobinę mroczniejszym zabarwieniem niż kilka poprzednich wydawnictw. Nadal jest to oczywiście typowo rozrywkowa muzyka – solidnie wykonana, bogato zaaranżowana i zaopatrzona w masę niemożliwie chwytliwych, perfekcyjnie zjadliwych, choć bezpiecznych i znajomych motywów. W odniesieniu do Rhapsody ukuto swego czasu określenie „Hollywood metal”. Idąc tym tropem, Avantasia to „Disney metal”.

Formuła piosenek na Ghostlights jest całkiem zróżnicowana i można powiedzieć, że w ramach określonej konwencji, trudno znaleźć wśród nich jakieś ewidentne niewypały. Mystery of a blood red rose zaczyna przejażdżkę na bardzo meat loafowskim biegu, wpadając w ucho za sprawą bombastycznej, musicalowej melodyki, by po niespełna czterech minutach ustąpić pola najdłuższemu na płycie Let the storm descend upon you z Jornem Lande i Ronniem Atkinsem (Pretty Maids)za mikrofonem. Jest to typowa suita w stylu Avantasii i numer popisowy Sammeta. Idealnie przebojowe melodyjki i motoryczne riffowanie prowadzą do markowego, podniosłego refrenu, który ma wystarczająco dużo pozytywnej energii, by obalić jakąś małą, posępną dyktaturę. W drugiej połowie numeru pojawia się nieodzowne, służące głównie narracji zwolnienie, niebawem efektownie powracające na wyższe obroty, w towarzystwie złowieszczej wokalizy Jorna.

W przekrojowym skrócie, znajdziemy również na Ghostlights cukierkowo mroczny, ale znów uroczo chwytliwy The haunting, z gościnnym udziałem chrapliwego głosu Dee Snidera a także czymś w rodzaju dziecięcego chóru;  kroczący, ciężki (jak na tutejsze standardy) Seduction of Decay z fajnym występem Geoffa Tate’a; stricte powermetalowe, rozpędzone Babylon vampires i numer tytułowy, gdzie o swoim nieśmiertelnym wokalu przypomina Michael Kiske; goth-rockowy hicior Draconian love i walcujący, choć opatrzony dziwnie radosnym refrenem Master of the pendulum, z udziałem Marco Hietali z Nightwish. Stawkę zamykają fińskawy z charakteru Unchain the light (ukłon w stronę Stratovarius i Sonaty Arktiki) i idealny na pożegnanie, melancholijny A restless heart and obsidian skies. Do tego, aby nie było zbyt różowo (lub wręcz przeciwnie), dostajemy dwie ckliwe i niestety kiepskie balladki w postaci Isle of Evermore z Sharon den Adel i Lucifer. Jeśli wcześniej kogoś nie zdążyły rozboleć zęby, to nastąpi to na pewno podczas słuchania tych dwóch kompozycji.

Jak już napisałem, właściwie każda z wymienionych piosenek, poza tymi nieszczęsnymi pościelówami, stanowi materiał na autonomiczny singiel. Gra instrumentalistów jest efektowna, gitarzyści (etatowy Sascha Paeth i goście – Kulick i Hartmann) nie opieprzają się i serwują wachlarz fajnych zagrywek, od szybkich i energetycznych, jak w Babylon vampires, po ciężkie, gniotące w stylu tych niosących Master of the pendulum, każdy numer ozdabiając obowiązkowymi solówkami, które choć klasyczne, wstydu im nie przynoszą. Całość oczywiście unurzana została w orkiestrowych aranżacjach i klawiszach, konsekwentnie budujących klimat, podbijających majestatyczny, pompatyczny wydźwięk kawałków i współistniejących na równych prawach z pozostałymi instrumentami.

Ghostlights, ma się rozumieć, nie zabłyśnie na muzycznych salonach. Nie odkrywa nowych lądów, ani nie stara się przekraczać granic, a odziana w rurki, brodata część metalowej braci nawet nań nie spojrzy. Avantasia kieruje go jednak do ustalonego, rozłącznego ze wspomnianym przed chwilą grona fanów, którzy nie mają prawa czuć się zawiedzeni. To poprawny, solidny materiał, a słuchanie go jest po prostu lekką i przyjemną rozrywką, zupełnie jak oglądanie dobrze wyprodukowanego, acz niewymagającego filmu sci-fi. Żeby się nim cieszyć trzeba zaakceptować konwencję i wybaczyć zgrane banały. Wówczas spełni swoją rolę w zupełności.

Ocena: 7/10

Oficjalny klip do Mystery of the blood red rose w youtube

czwartek, 04 lutego 2016, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: