Blog > Komentarze do wpisu
Podsumowanie roku: Top 10 płyt 2015

Mimo, że na Irkalli życie toczy się powoli, ubiegły rok upłynął mi pod znakiem dość intensywnego słuchania różnych fajnych płyt i skomponowanie „top 10” wcale nie było łatwe i oczywiste. Z biegiem lat, zapewne wskutek swobodniejszego przepływu informacji i łatwiejszego dostępu społeczeństwa do porządnego sprzętu muzycznego, coraz istotniejszy jest na scenie metalowej głos kapel „garażowych”, nie związanych z dużymi wytwórniami. To z kolei powoduje, że niemal co dzień można odkryć coś naprawdę ciekawego. Oczywiście, do historii przejdą nieliczni, jednak już sama możliwość nieustannego eksplorowania muzycznych horyzontów bardzo mnie cieszy i choć ostatecznie do czołówki poniższego zestawienia trafiły relatywnie duże nazwy, kilka odkryć również się załapało. Kto więc podbił moje serce w ciągu ostatnich 12 miesięcy?

Blind Guardian - Beyond the red mirror1. Blind GuardianBeyond the red mirror.
Spośród wszystkich weteranów niemieckiej sceny power metalowej (których byłem wiernym słuchaczem jakieś 10 lat temu), tylko Blind Guardian wciąż mają coś do powiedzenia i nie zadowalają się przeżywaniem na nowo wspomnień ze złotych czasów swojej kariery. Jednocześnie, to co robią, robią doskonale. Beyond the red mirror to ich najlepsza płyta od czasu A night at the opera. Jest epicka, teatralna i wypełniona świetnymi, niebanalnymi kompozycjami. Ostatecznie, całokształt wrażeń z nią związanych pozwala mi wybaczyć jej kiepską produkcję i przyznać pierwsze miejsce na liście. Recenzja tutaj.

Paradise Lost - The plague within2. Paradise LostThe plague within.
Ponurzy Brytyjczycy na nowo podbili serca metalowej gawiedzi. I nic dziwnego! The Plague within jest wypadkową ich wszystkich dotychczasowych dokonań – wydobyta z mroków lat 90. surowość pierwszych trzech płyt otrzymała zaraźliwy, piosenkowy szlif charakterystyczny dla późniejszych krążków. Poszerzanie horyzontów Nicka i Grega w szeregach bardziej ekstremalnych kapel (Vallenfyre, Bloodbath) również pomogło materiałowi, który dzięki temu zyskał na niewymuszonym ciężarze i ogólnej aktualności. The plague within i Beyond the red mirror lądują w tym zestawieniu niemalże ex aequo. Guardiani zwyciężają przez mój osobisty sentyment.

3. ClutchPsychic warfare.
Dobry, porządny hard rock jest jednym z istotnych składników mojej muzycznej diety i cieszy mnie, że raz na parę lat ukazuje się w tym rozległym gatunku naprawdę doskonały krążek, który jednocześnie pokazuje fucka modom, nie stara się być post, nu, garage, indie, czy cholera wie czym. Psychic warfare urzekł mnie tym ponadczasowym duchem, chwycił za łeb od pierwszej nuty i dzięki genialnym numerom, trzymał do ostatniej. Przyznam, że prezentowane przez Clutch połączenie podlanego specyficznym humorem ZZ-topowskiego południowego grania z mastodonowym, metalawym podejściem bardzo mi pasuje i koniecznie muszę zorientować się w ich back-catalogu.

Steven Wilson - Hand Cannot Erase4. Steven WilsonHand.cannot.erase
Mistrzostwo koncepcyjnego prog rocka. Wilsonowi udało się utrzymać idealny balans między rozbudowanymi suitami, a prostszymi formami, a wszystko spleść w wybitnie wpijającą się w świadomość, spójną całość, na dodatek okraszoną perfekcyjnym wprost brzmieniem. Hand.cannot.erase wywołuje całą gamę emocji – jest smutna, a zarazem podnosząca na duchu, niepokojąca i radosna, refleksyjna, ale przede wszystkim po prostu przepiękna. Nie sposób opisać ten krążek w kilku krótkich zdaniach, powiem więc tylko, że na polu współczesnego rocka progresywnego trudno mi sobie wyobrazić dla niego konkurencję.

A Forest of Stars - Beware the sword you cannot see5. A Forest Of StarsBeware the sword you cannot see.
A Forest Of Stars zabierają słuchacza w psychodeliczną podróż, w atmosferze przywodzącej na myśl jakiś absyntowy wid, bądź misterium w przytułku dla obłąkanych, niesamowitej i pięknej, choć momentami przerażającej. Anglicy znajdują miejsce dla rozkręconej, brutalnej avant-blackowej jazdy czy klimatycznych postowych pejzaży i przeplatają je delikatnymi, akustycznymi partiami á la Pink Floyd, w których dodatkowo błyszczy niesamowita, natchniona melorecytacja w wykonaniu wokalisty. Beware the sword you cannot see okazało się perełką w morzu okołoblackowych produkcji, które w ubiegłym roku zalało scenę metalową.

6. MoonspellExtinct.
Dawno nie słyszałem Moonspell w tak dobrej, przekonującej formie. Nie żeby ich ostatnie kilka płyt było nie w porządku. Po prostu na Extinct osiągnęli perfekcyjną równowagę wszystkich składników i radocha płynąca z słuchania go jest ogromna. Recenzja tutaj.

7. Avatarium – The girl with the raven mask
Debiut Avatarium miał w sobie duży potencjał, ale brakowało mu autonomicznego charakteru, mimo że sama Jennie-Ann Smith swoim głosem potrafiła wywołać gęsią skórkę. The girl with the raven mask to już inna bajka. Edling z ekipą poszerzyli wachlarz środków wyrazu, dorzucili do mikstury dwa porządne killery, trochę soulu (absolutnie magiczny Iron mule), folku (Pearls and coffins), wszystkie kawałki nurzając w klasycznym doomie i wysmażyli płytę, która nie tylko pozwala przeboleć zapowiadaną emeryturę Candlemass, ale wprowadza na scenę nową, rozpoznawalną markę.

Leprous - The congregation8. Leprous The congregation
Tak, tak, wiem – marudziłem na tę płytę w recenzji, zarzucając jej głównie dłużyzny. Tak to jednak bywa z muzyką, że jak się już uleży i przegryzie, to koniec końców czasem trudno się od niej uwolnić. The congregation okazał się właśnie jednym z takich przypadków. A co do dłużyzn, dopiero Iron Maiden pokazali mi w tym roku, czym one naprawdę są i że byłem w tej materii czepialski względem Norwegów. Recenzja tutaj.

9. MardukFrontschwein.
Formuła Frontschwein plasuje się mniej więcej pośrodku odległości pomiędzy Panzer division, a Wormwood. Jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana kompozycyjnie od pierwszej, a jednocześnie bardziej zwięzła i bezkompromisowo brutalna od tej drugiej. W efekcie dostajemy dokładnie taką jak trzeba pigułę rasowego skandynawskiego blacka na słoneczne dni, które proszą się o to, żeby je zrujnować. Recenzja tutaj.

Akhlys - The dreaming I10. Akhlys – The dreaming I
Tyle wyszło amerykańskich blacków w ubiegłym roku! Niewątpliwie coś wartościowego się między nimi znalazło, nieprawdaż? Moim faworytem jest najnowsze dzieło Akhlys. Większość blackowego zła, które przypływa zza oceanu jest na tyle „klimatyczna” (nie wspominając o tych, inspirowanych Deafheaven), że traci na ciężarze i w efekcie brakuje jej niezbędnego pierdolnięcia. Autorom The dreaming I udało się stworzyć muzykę, która niewątpliwie nosi znamiona tego otchłannego, rytualnego podejścia, posiada przebijające mrok, jasne partie, a zarazem jest cholernie ciężka i gęsta. Naprawdę działa na wyobraźnię.

Na dobiegu:

1. Killing Joke - Pylon
2. Arcturus – Arcturian
3. Cattle DecapitationThe Anthropocene extinction
4. My Dying BrideFeel the misery
5. LocrianInfinite Dissolution

Wyróżnienie za produkcję:
GraveyardInnocence & Decadence. Mimo, że piosenki nie powalają (choć The apple & the tree, Exit 97 i Cause & defect są ze wszech miar zacne), płytka brzmi cudownie.

Wyróżnienie za okładkę:
KampfarProfan.

Kampfar - Profan

Najlepszy koncert:
Primordial w Warszawie.

Rozczarowanie roku:
Iron MaidenThe book of souls. Moje oczekiwania były najwyżej na poziomie kolan, a i tak Harrisowi i spółce nie udało się ich przerosnąć. Kicha.

środa, 13 stycznia 2016, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: