Blog > Komentarze do wpisu
Orden Ogan - Ravenhead

Orden Ogan - Ravenhead

Gatunek: power metal
Rok wydania: 2015
Kraj pochodzenia: Niemcy
Wytwórnia: AFM

Wspominałem jakiś czas temu, że rok 2015 ruszył z power metalowego kopyta. Nowa płyta Blind Guardian prezentuje się doskonale. Brazylijczycy z Angra w podrasowanym składzie również skutecznie pokazali na co ich stać. Moim trzecim typem jest zaś najświeższe wydawnictwo coraz szerzej promowanej przez wytwórnię, wzrastającej niemieckiej gwiazdy o dziwacznej nazwie Orden Ogan. Z ich twórczością zetknąłem się po raz pierwszy parę lat temu, kiedy to zwrócili moją uwagę świetnym, niebanalnym krążkiem Easton hope i od tamtego czasu śledzę z zainteresowaniem ich poczynania, czekając na kolejne manewry.

Kwartet proponuje zakorzenioną w najlepszych tradycjach rodem z lat 90. (zatrudnienie A. Marschalla jako grafika dodatkowo to podkreśla) melodyjną, a przy tym całkiem intensywną muzykę, z coraz mniej wyraźnym progresywnym zacięciem i pewnymi ciągotami do teatralnych aranżacji, które nasuwają mi skojarzenia ze sztuką Areny. Kompozycje wchodzące w skład Ravenhead oparte są w dużej mierze na klasycznym, dogęszczonym podwójną stopą, galopie sekcji rytmicznej, stanowiącym konstrukcję dla mocarnych thrashowych riffów i podniosłych melodii, serwowanych przez ścigające się gitary. Całokształt warstwy instrumentalnej utworów wypada naprawdę ciężko, chwilami, choćby w F.E.V.E.R., niemalże melodeathowo. Orden Ogan jednak, w wyjątkowo udany sposób, nieustannie kontruje ten ciężar wspaniale chwytliwymi, często chóralnymi partiami wokalu, a także wplecionymi tu i ówdzie klimatycznymi, „minstrelskimi” motywami i wszechobecnym klawiszowym tłem. Tak uzyskana bitewna, a jednocześnie mistyczna i natchniona atmosfera stanowi unikalny pierwiastek muzyki Niemców, a także jej największą siłę. Wykreowanie przekonującej aury umożliwia w dużej mierze charakterystyczny głos Sebastiana Levermanna, który równie porywająco wypada w agresywnych frazach, przykładowo w refrenie F.E.V.E.R., jak i w tych delikatnych, płynących, które słychać między innymi w The lake i w zwrotce piosenki tytułowej.

Ravenhead stawia głównie na motoryczne, bezpośrednie hiciory. Jest to wyraźny krok wstecz w stosunku do wcześniejszych albumów zespołu, jakkolwiek tendencja do upraszczania środków wyrazu zarysowała się już trzy lata temu, na To the end. Choć blind guardianowski w klimacie A time to give i balladowy, pełen patosu Too soon wyłamują się z szeregu, trochę brakuje mi przekraczania barier i odważniejszego flirtu z prog rockiem, który niegdyś miał miejsce choćby w genialnych Nobody leaves i To new shores of sadness. Kawałki takie, jak Ravenhead, Deaf among the blind, Evil lies in every man, a zwłaszcza F.E.V.E.R. to po prostu świetne, pełne impetu i do bólu chwytliwe numery, lecz niestety pozbawione wyższych aspiracji. Nieco obniża to ostateczny poziom mojego zadowolenia, czerpanego z obcowania z płytą.

Niemcy promują swój nowy materiał występując w roli gości na trasach Hammerfall i Powerwolf. Sęk w tym, że szwedzka legenda, w swojej obecnej wyświechtanej formie nie ma do nich startu, o drugim z bandów nie wspominając. Nie ulega wątpliwości, że kwartet z Arnsbergu niedługo wymości sobie miejsce wśród największych współczesnych ekip power metalowych. Mam nadzieję jednak, że nie okupi swej pozycji dalszym poświęceniem świeżego podejścia i odważnego kombinowania z formą, na rzecz sprawdzonych, bezpiecznych patentów i mainstreamowych rozwiązań. Póki co, mimo włączenia się ostrzegawczego światełka, jestem dobrej myśli i czekam na więcej.

Ocena: 7/10

F.E.V.E.R. w youtube

czwartek, 12 marca 2015, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: