Blog > Komentarze do wpisu
Unisonic - Unisonic

Unisonic

Gatunek: power metal / hard rock
Kraj pochodzenia: Niemcy
Data wydania: 2012
Wytwórnia: Ear music

Na premierę tej płyty część fanów metalu czekała z niecierpliwością, jest to bowiem wynik ponownego  zejścia się po ponad dwudziestu latach duetu muzyków z klasycznego składu Helloween, w którym ta legenda niemieckiego power metalu nagrała swoje najbardziej sztandarowe dzieła, obie części Keeper of the seven keys. Wprawdzie Michael Kiske i Kai Hansen, bo o nich mowa, spotkali sie w przeszłości kilka razy, między innymi przy okazji powstawania The metal opera Avantasii i Land of the free Gamma Ray, pod szyldem Unisonic  postanowili jednak zaprezentować światu pełne wspólne wydawnictwo.

Podczas gdy Hansen od lat osiemdziesiątych nieprzerwanie z oddaniem parał się z graniem szeroko pojętego  heavy metalu, Kiske gdzieś na etapie tworzenia Pink bubbles go ape i Chameleon zaczął zbaczać w kierunku melodyjnego hard rocka. Mniej więcej od tego okresu przestałem interesować się jego działalnością i poza pojedynczymi wyjątkami twórczość „Kiszki” jest mi obca. Do Unisonic podszedłem w każdym razie z nadzieją, że to obecny leader Gamma Ray obejmie stery i tym samym napełni tę płytę duchem klasyków sprzed ponad dwóch dekad, przywracając jednocześnie swego kompana scenie metalowej.

Po kilku przesłuchaniach materiału muszę stwierdzić, że jego ciężar gatunkowy plasuje się mniej więcej  na poziomie wspomnianych wcześniej ostatnich dokonań Helloween sprzed Andiego Derisa. Płytę otwiera co prawda powerowy, singlowy Unisonic, a następujący po nim Souls alive utrzymuje tempo i charakter poprzednika, od numeru trzeciego zasadniczo zaczyna się jednak tendencja spadkowa tak w zakresie intensywności, jak co gorsza, jakości. Gdzieś w połowie albumu rodzi się pytanie: co właściwie robi Hansen?! Odnoszę wrażenie że zagrał większość utrzymanego głównie w średnim tempie materiału dzierżąc w jednej ręce browara – oczywiście za wyjątkiem solówek, które obowiązkowo pojawiają się w każdym z kawałków. Jedno jest pewne, takiego riffu jak w Unisonic, próżno szukać w kolejnych minutach krążka, a dobrych pomysłów na piosenki, czy choć ciekawych zagrywek również z czasem ubywa.

Sytuację na szczęście nieco ratuje Kiske, który całkowicie objął tutaj obowiązki wokalisty. Jego głos praktycznie się nie zestarzał od początku lat 90. i wypada wybornie w większości kompozycji choć może nie wchodzi już na tak wysokie rejestry jak w czasach Keeperów. W mojej opinii to właśnie ten pan sprawia, że omawiany materiał jest, koniec końców całkiem słuchalny – przy wybiórczym podejściu i jeśli przymknąć oko na warstwę liryczną, w której klisza goni kliszę, ale do tego akurat niemiecki heavy metal zdążył nas już przyzwyczaić.

Choć Unisonic jako całość bazuje na niemiłosiernie oklepanych i na dodatek odegranych bez polotu patentach, tu i ówdzie pojawiają się jaśniejsze momenty. Otóż, poza dwoma pierwszymi, naprawdę fajnymi numerami (wspomniane Unisonic i Souls alive) warto zwrócić uwagę na klimatyczny, kojarzący się z rockiem z lat 80. I’ve tried oraz ewentualnie podniosły Renegade. Reszta mogłaby moim zdaniem znaleźć się w jednym worku z odrzutami z sesji nagraniowej Pink bubbles go ape, więc jeśli ktoś ma dużą tolerancję na lukier lub bardzo tęskni za czasami Heavy metal hamsters czy When the sinner, pewnie znajdzie tu jeszcze coś dla siebie.

Ocena: 5/10

Profil myspace

sobota, 07 kwietnia 2012, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: