Blog > Komentarze do wpisu
Iced Earth - Dystopia

Iced Earth - Dystopia

Gatunek: power metal
Kraj pochodzenia:
USA
Rok wydania:
2011
Wytwórnia:
Century Media

Dystopia jest pierwszą płytą Iced Earth po ostatecznym rozstaniu zespołu z najbardziej charakterystycznym dla niego wokalistą, Mattem Barlowem - płytą która jednocześnie otwiera nowy rozdział w dyskografii Amerykanów, po zakończeniu koncepcyjnej sagi Something Wicked. Gdy dowiedziałem się o zaplanowanej na październik premierze tego materiału i o zwerbowaniu w szeregi kapeli dotychczasowego członka kanadyjskiego Into Eternity, Stu Blocka, zupełnie nie spodziewałem się, jak przyjemną niespodzianką okaże się rzeczone wydawnictwo. Zwłaszcza, że okres w twórczości grupy, gdy za mikrofonem stał Ripper Owens, uważam za mało interesujący i ogólnie rzecz biorąc słaby, a chwilowy reunion z Barlowem przy okazji The crucible of man, choć mile widziany ze względów sentymentalnych i nie pozbawiony jasnych punktów, w porównaniu z takimi dziełami jak Burnt offerings, Something wicked this way comes, Dark saga a nawet Horror show wypadł w mojej opinii dość blado.

Jak się jednak okazało, przez ostatnie trzy lata Jon Schaffer, założyciel i mózg zespołu, nabrał wiatru w żagle, i zrzuciwszy brzemię wspomnianego wcześniej konceptu stworzył prawie czterdzieści minut naprawdę solidnego heavy metalu, który ma potencjał by wynagrodzić fanom grupy rozczarowania minionej dekady. Od pierwszych sekund wyraźnie słychać, kto stoi za całością muzyki – sztandarowe dudniące gitarowe riffy są stałym elementem twórczości Iced Earth, tyle że tym razem jakoś więcej w nich życia i różnorodności niż jeszcze parę lat temu. Utwór tytułowy otwiera płytę z impetem lokomotywy, jednocześnie ujawniając, jak trafnym był wybór gardłowego. Stu Block, który w Into Eternity mimo dobrej skali prezentował się raczej przeciętnie, na Dystopii wprost rozgniótł moje wątpliwości na miazgę. Dopatruję się w tym oczywiście również ręki Schaffera, który najprawdopodobniej dołożył wszelkich starań, by aranżacje partii wokalnych odpowiednio przypominały te, które znamy ze starszych krążków z Barlowem. Imponujące umiejętności Kanadyjczyka pozwoliły jednak dodatkowo wzbogacić kompozycje ekstremalnie wysokimi partiami na granicy wrzasku à la Rob Halford lub Ripper Owens, efektownie urozmaicającymi znajomą formułę.   

Rozpoczynający się akustycznym wstępem drugi utwór na krążku, Anthem, jest murowanym hiciorem, utrzymanym w średnim tempie, z miarowym, kroczącym riffem i refrenem stworzonym do chóralnego odśpiewania z publicznością w trakcie koncertów. Podobnie jak w przypadku openera, melodia momentalnie zapada w pamięć, także dzięki temu, że kolejne wersy tekstu zaśpiewane są z autentycznym zaangażowaniem – tu znów brawa dla Blocka. Uderzenia dzwonu zapowiadają wejście kolejnego numeru, który w duchu Stand Alone, przez niespełna trzy minuty atakuje kanonadą ciętych riffów, agresywnym naporem bębnów i pełnym wściekłości wokalem, głębokim i niskim, to znów wznoszącym sie na wyżyny skali w iście halfordowskim stylu. Gdy wybrzmiewają ostatnie takty Boiling point, muzycy serwują słuchaczowi chwilę wytchnienia w postaci Anguish of youth – pięknej, acz nie pozbawionej mocniejszych wejść ballady, która tylko nieznacznie ustępuje pod względem jakości klasykom z gatunku Melancholy czy Watching over me.

Dystopia stanowiłaby prawdziwą perłę w dyskografii Iced Earth, gdyby cała była tak porywająca jak otwierające ją cztery utwory. Niestety zdarzają się tu momenty nieco mniej udane i o ile jeszcze Dark city i zamykający tracklistę, ponad siedmiominutowy Tragedy & triumph prezentują się naprawdę imponująco, o tyle zdecydowanie przesłodzony, opatrzony kiepskimi rymami i sztampowym, banalnym refrenem End of Innocence, nieciekawy, choć zdecydowanie najcięższy na płycie Days of rage oraz bezbarwny V, nieco psują finalny efekt.

W warstwie lirycznej Jon Schaffer zastosował podobny zabieg jak w przypadku albumu Horror Show z 2001 roku. Tym razem jednak inspirację zaczerpnął z filmowych wizji antyutopii – w kolejnych utworach natknąć się można na tematykę znaną z V for Vendetta, Dark City, Equilibrium czy nieodzownego Matriksa. Wprowadzenie takiej klamry, bądź co bądź niezbyt oryginalnej, jakkolwiek pasującej do metalowej estetyki, zwiększyło w moim odczuciu integralność materiału i rozpoznawalność poszczególnych kawałków i spowodowało, że od pierwszego przesłuchania dodatkowo kojarzą się one z konkretnymi obrazami.

Cieszę się że mogłem napisać tę recenzję w takim tonie, gdyż prawdę mówiąc, po The glorious burden i Framing Armageddon moje zainteresowanie twórczością Iced Earth drastycznie spadło i nie spodziewałem się, że jeszcze usłyszę z obozu Amerykanów tak mocną dawkę klasycznego power metalu. Choć nie jest to idealnie równy album, jego najjaśniejsze punkty po prostu miażdżą, dzięki czemu, parafrazując Ryszarda Ochuckiego, minusy nie przesłaniają nam plusów i kolejna pozycja zyskuje żelazne miejsce w tegorocznym, podsumowującym „top ten”.

Ocena: 8,5

Profil myspace

poniedziałek, 07 listopada 2011, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: