Blog > Komentarze do wpisu
Haures - No mercy

Haures - No Mercy

Gatunek: melodic death metal
Kraj pochodzenia: Polska
Rok wydania: 2011
Wytwórnia: self-released

W lipcu światło dzienne ujrzało niewielkie, bo składające się zaledwie z trzech kawałków demo założonego w 2010 roku żywieckiego zespołu Haures. Kiedy krążek ów trafił w moje ręce, zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać, ponieważ nie spotkałem sie wcześniej z muzyką tej kapeli. Z krótkiej informacji podanej przez samych autorów wynikało jednak, iż obracają się oni w estetyce melodyjnego deathu. Jako iż polska scena nie obfituje nadmiernie w wykonawców parających się tym gatunkiem sztuki i szczerze mówiąc, poza pojedynczymi albumami nie miałem szerszej styczności z tą gałęzią rodzimej muzycznej ekstremy, po No mercy sięgnąłem z niejakim zaciekawieniem.

Wraz z szumem fali rozbijającej się o brzeg morza, nadchodzą pierwsze nuty kawałka otwierającego demo. To, co natychmiast zwraca uwagę to liryki Angelus suicidium, napisane i zaśpiewane w języku polskim. Rzecz godna odnotowania, bo o ile na blackowym poletku to już od jakiegoś czasu nie pierwszyzna, w przypadku szeroko pojętego metalu śmierci jest to wciąż zabieg co najmniej niepopularny. No właśnie, ale czy No mercy tak naprawdę należy do tego ostatniego gatunku? Myślę iż można zaryzykować umieszczenie opisywanych piosenek w takiej szufladce, choć numer inaugurujący tracklistę budzi w tej kwestii pewne, moim zdaniem uzasadnione wątpliwości.

Już od pierwszych taktów zaskakuje bowiem warstwa instrumentalna kompozycji - prosta, galopująca linia wiosła Marcusa i takiż kręgosłup perkusyjny stanowią tło dla melodyjnej gry gitary wiodącej i rytmicznego growlingu Samaela, który staje w Haures za mikrofonem. Zdecydowanie słychać tu inspirację dokonaniami Szwedów z Amon Amarth, jednakże autorzy No mercy zrobili kilka kroków dalej w kierunku viking metalu, poświęcając deathową technikę i brutalność na rzecz niezaprzeczalnej motoryki, chwytliwości oraz... prostoty. Niewątpliwie wiernym tradycji gatunku elementem wspólnym wszystkich trzech kawałków z demówki jest niski, acz wyraźny wokal, który swoim charakterem znów jednoznacznie przywodzi na myśl sztukę z północnych rubieży Europy, będących ojczyzną takich postaci, jak Johan Hegg, Peter Tägtgren czy Dan Swanö.

Kiedy wybrzmiewają ostatnie dźwięki openera, nadchodzi przyjemne zaskoczenie. Otóż już w następującym po nim There’s no sun struktura kompozycji wyraźnie się komplikuje i panowie, mimo iż nadal obracają się w bardzo przebojowych sferach ekstremy, pokazują, iż wiedzą na czym polega pisanie ciężkiej muzyki. Riffy towarzyszące zwrotkom i refrenowi zdają się nieco bardziej złożone i zdecydowanie ciekawsze od tych z Angelus suicidium, natomiast mniej więcej w połowie utworu następuje zmiana tempa, zwolnienie, a po nim całkiem fajna, niemal hard rockowo – heavy metalowa solówka.

Chwilę się zastanawiałem, czy dźwięk który otwiera ostatni numer na krążku jest jakimś zaplątanym w tym viking metalowym otoczeniu, kosmicznym samplem i czy zwiastuje on kolejną metamorfozę stylu Haures. Wszystko wskazuje jednak na chwilowy wybryk muzyków, gdyż przez całe cztery minuty trwania Lying in my grave podobne zjawisko sie nie powtarza. Tak czy inaczej, piosenka numer trzy jest moim faworytem na No mercy. Mimo że najkrótsza, jest bowiem zdecydowanie najciekawsza. Po raz wtóry artyści serwują słuchaczowi  rasowy, heavy – viking metalowy galop, tym razem jednak więcej niż w kawałku otwierającym demówkę dzieje się w warstwie instrumentalnej – odważniejsze i jakby bardziej przemyślane zwolnienia i kolejna chwytliwa, klasyczna solówka zwiastują niestety finał tego krótkiego wydawnictwa, które zamyka wygrowlowane przez wokalistę  „I’m fucking dead!”*. Mam nadzieję, że wbrew niezdrowemu stanowi, będącemu tematem kończącego płytkę utworu, członkowie Haures powstaną z grobu i w niedługim czasie zaprezentują pełen album, to co usłyszałem na No mercy, pozwala bowiem oczekiwać co najmniej kilkudziesięciu minut niezłego, przebojowego melodeathu w wikingowskich klimatach.

Ocena: 7/10

Profil myspace

* Dowiedziałem sie od zespołu, że w rzeczywistości wers ten brzmi "...but I fucking can't". Przepraszam za tę niewielką, aczkolwiek zmieniającą nieco sens ostatniego zdania recenzji pomyłkę.

środa, 31 sierpnia 2011, namtar_of_irkalla

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: